czyli trekking przez torfowiska i jeziora Kõrvemaa

10 – 13 września
To już nasz drugi wyjazd do tego bałtyckiego kraju. Jeśli interesuje Cię nasza miejska eskapada z roku 2017, to zapraszam do tego miejsca Estonia – Tallinn – 2017. Tym razem stawiamy na trekking w Estonii, a dokładnie na odcinek szlaku długodystansowego Oandu – Aegviidu – Ikla. Cała trasa to 370 km. My wycinamy z tego tylko około 40 kilometrów. Powód banalny – mamy tylko cztery dni, ot weekendówka.
Lot Kraków Tallin bez niespodzianek, tak samo dojazd pociągiem. Raptem 15 minut piechotą z lotniska do dużej galerii handlowej w Ülemiste. Obok niej stacja kolejowa, skąd w około 10 minut można znaleźć się w sercu Tallina.
Najpierw odwiedzamy galerię, gdzie w sklepie Matkasport kupujemy kartusz z gazem. Warto też zatrzymać się w łotewskiej sieciówce Lido, tam raczymy się pysznym łososiem, solianką, popijając to kompotem.
Jak wspomniałem, przejazd pociągiem to jakieś 10 minut. Od dworca do hotelu st. Olav mamy około 600 metrów. Zaczyna padać, ale klimat starego miasta w nocy rekompensuje tę mokrą aurę. Sam hotel robi na nas duże wrażenie. Wielki żyrandol, meble i cała otoczka idealnie pasują do klimatu starego miasta.
Nasz pokój przypomina trochę te, które znamy z Ameryki Łacińskiej, czyli z podwórza wchodzi się do takich miniapartamentów. Jest łóżko, jest prysznic, mamy internet – co nam więcej trzeba?
Dzień się jeszcze nie skończył, a w planie jest Linnahall, czyli opuszczona hala widowiskowo-sportowa z czasów Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1980 roku. Znajduje się w portowej dzielnicy Kalamaja i charakteryzuje się dużą liczbą schodów – tak bym to pokrótce ocenił.
Noc, deszcz, stary budynek – zapowiada się sporo niezłej zabawy. Widok stamtąd na wieżę kościelną starego miasta i oświetlone pobliskie hotele robi spore wrażenie. Budynek wygląda jak typowy urbex i na zewnątrz jest ogólnodostępny. Warto zwracać uwagę na to, co jest pod nogami. Wyszczerbione schody, brak barierek, przebijająca się trawa.
Schodami dochodzimy do samego portu, z którego obecnie pływają katamarany do Helsinek. My żadnego nie trafiamy, stoją jakieś dwa duże statki i tyle. Atrakcją może też być lądowisko dla śmigłowców, zalewane przez morze. Ot można tam zrobić fikołka, bo całe jest śliskie i porośnięte jakimś morskim zielem. Nie bylibyśmy sobą, jakbyśmy tam nie poszli i się trochę poślizgali.
Ciekawostka: w pobliżu jest park, a w nim sauny. Szkoda, że wcześniej o tym nie wiedzieliśmy, bo z takiej atrakcji żal nie skorzystać. Co się odwlecze, to nie uciecze. Następnym razem odwiedzimy.
Aura może i dodaje mroczności przy Linnahall, ale do chodzenia po mieście za bardzo się nie nadaje. Ruszamy do hotelu, nie ma sensu moknąć – przed nami jeszcze trzy dni dobrej zabawy.
Po bardzo smacznym śniadaniu kierujemy się na główny dworzec autobusowy Balti jaam. Tam o godzinie 9:42 autobusem linii 151 ruszamy w kierunku przystanku Viru Raba, gdzie zaczynamy naszą wędrówkę.
Sam zakup biletu jest bardzo prosty. Wystarczy powiedzieć kierowcy, dokąd chcemy jechać i ile potrzebujemy biletów. Płacimy kartą. W naszym przypadku dwa bilety kosztowały razem 8 euro. Warto też wsiąść już na Balti jaam. Autobus bardzo szybko się zapełnia, a perspektywa stania w nim przez ponad godzinę nie wygląda zbyt zachęcająco.
Pogoda zgodnie z oczekiwaniami się poprawiła i na przystanku Viru Raba mamy idealnie czyste niebo. Do tego o 11:00 jest już nawet znośnie ciepło. Czas zacząć naszą wędrówkę. Dziś do pokonania mamy ponad 20 km.
Trekking w Estonii – szlak Oandu–Aegviidu–Ikla
Dzień 1 – Viru Raba – Paukjärv – Jussi telkimisala Trasa: 21,68 km | [Zobacz trasę na Wikiloc]
Wita nas duży parking zapełniony mniej więcej w połowie samochodami. Można tam też przepakować się pod wiatą oraz skorzystać z toalet. Dalej przechodzimy przez coś w rodzaju bramy i ruszamy wysypaną kamyczkami ścieżką.
Główną atrakcją tego rejonu jest dość rozległe torfowisko. Czeka tam na nas również wieża obserwacyjna „Viru raba vaatetorn”. Sama trasa nie wymaga gumowców. Szlak na torfowisku prowadzi drewnianymi chodnikami i podestami. Rudy kolor torfowiska, niebieskie niebo z chmurami odbijające się w małych jeziorkach robią na nas niesamowite wrażenie, a widok z wieży jeszcze je potęguje. Dodam tylko, że w tym rejonie jest dość sporo turystów. Łatwy dojazd oraz stosunkowo krótka i niemęcząca trasa robią swoje.
Koniec tego dobrego, wracamy na szlak. Tutaj chyba mamy najgorszą część trasy. Po krótkim leśnym odcinku wychodzimy na przelotową drogę w kierunku granicy z Rosją. Trzy kilometry poboczem nie są czymś specjalnie miłym. Po drodze Bożence zaczynają się też rozwalać podeszwy w butach. Na szczęście zabraliśmy też trailówki, więc nie ma problemu, aby iść dalej.
Po tym karkołomnym odcinku, na którym co chwilę mijają nas samochody z prędkością ponad 100 km/h, wchodzimy w dużo spokojniejszy rejon. Droga szutrowa prowadzi nas już w kierunku pierwszego z jeziorek – Pikkjärv. Po drodze mijamy też sporo zbieraczy grzybów.
Nad samym jeziorkiem mamy świetne miejsce biwakowe. Jest wiata, jest grill, kosze na śmieci. Wokół płasko, można spokojnie rozbić namiot. Mamy za sobą około 10 kilometrów. To oznacza czas na małą przerwę. Wodę można bez problemu nabrać z jeziora, ale bez filtrowania bądź przegotowania bym jej nie pił. Mamy czas, więc i filtrujemy, i gotujemy. Jetboil pracuje na pełnych obrotach, a my zajadamy się liofilizatem, dokładając kabanosy i szynkę.
Do tego miejsca można też dojechać samochodem i sympatyczny Estończyk, który przyjechał tu z dzieckiem, grilluje sobie kiełbaski. Nawet chciał nas poczęstować, ale byliśmy tak najedzeni, że grzecznie odmówiliśmy.
Zostało nam około 10 kilometrów do celu. Czasu mamy bardzo dużo, a plan B przewiduje też inne miejsca, gdyby coś złego się przydarzyło. My akurat idziemy bez niespodzianek. Mijamy jeziorka Särgjärv i Pärnjärv, powoli zbliżając się do wielkiej połaci torfowiska. Przed nami ścieżka utworzona z drewnianych desek – bardzo stabilnych. Dużo węższa niż ta na starcie, do tego odcinek przez torfowisko ma ponad 3 kilometry. A na środku niespodzianka – wieża obserwacyjna.
Słońce, lekkie chmurki, błękit odbijający się w wodzie, rudy kolor torfowiska – trasa zapiera dech w piersiach. Zatracamy się w czasie, idąc w stronę wieży. Bożenka cyka zdjęcie za zdjęciem. Nie powiem – ja również.
W połowie trasy czeka na nas nagroda w postaci wieży widokowej, która wyłania się spomiędzy karłowatych drzew. Widok z niej robi wrażenie. To dopiero połowa. Ruszamy dalej. Po drodze spotykamy innego piechura, który akurat idzie w przeciwnym kierunku i to jemu oddajemy nasz punkt widokowy pod opiekę.
Ciekawostka: zauważyłem żółte słupki wbite w torfowisko. Zastanawiam się, co za mózg wpadł na pomysł, aby poprowadzić gaz w tak łatwopalnym rejonie. Tyle że oznaczenie to nie ma nic wspólnego z gazem. Oznacza granicę poligonu wojskowego, której podczas ćwiczeń nie można przekraczać. Mamy szczęście, bo najbliższe ćwiczenia dopiero 18 września, czyli za kilka dni, więc nie musimy obawiać się ani latających pocisków nad naszymi głowami, ani ukrytych komandosów w torfie. 🙂
Przed nami jezioro Paukjärv, gdzie przy powolnej wędrówce plan B przewidywał nocleg. My jednak z czasem nie mamy zbyt dużego problemu. Za to rejon wokół jeziora to dawny obóz NMKÜ, takiego estońskiego odpowiednika YMCA (Young Men’s Christian Association). Działał on od 1931 do 1940 i zajmował 6 hektarów. Nazywał się Koitjärve. Po zajęciu Estonii przez ZSRR obóz zlikwidowano, a teren i związaną z nim infrastrukturę przeznaczono na obóz pionierski. Dziś można tak naprawdę zobaczyć tylko resztki betonowego paleniska.
My szukaliśmy jeszcze innych śladów, okrążając jezioro z prawej strony (szlak prowadzi po lewej), ale nie znaleźliśmy żadnych pozostałości po domkach czy kąpielisku.
Idąc dalej, mijamy też jeziora Linajärv, Ümarjärv, Kaasikjärv. To także miejsca, gdzie ewentualnie można zostać i rozbić namiot. Jak wspomniałem, mieliśmy duży zapas czasu, a trasa ubywała nam bardzo szybko. Ponad dwie godziny przed zachodem słońca doszliśmy do celu naszej dzisiejszej wędrówki, czyli kampingu w rejonie jeziora Vainjärv.
Miejsce to nazywa się Jussi telkimisala i mimo trudnej do wymówienia nazwy, zaprasza nas na nocleg. Mamy dwie zadaszone wiaty, grill, dostęp do jeziora i toaletę z prawdziwego zdarzenia, z której można, będąc dobrze zamaskowanym, obserwować teren. 🙂
Rozbijamy się między wiatą a toaletą. Teren płaski, jakby czekał specjalnie na nasz namiot. Kolację robimy pod wiatą i nawet komary specjalnie się nami nie interesują.
Noc spędzamy pod bezchmurnym, gwiaździstym niebem w totalnej ciszy. Rzadko się zdarza tak spokojna noc na szlaku. Nawet miś estoński nie zapukał nam do namiotu. Pewnie dlatego, że jedzenie wisiało daleko od nas. 🙂 Tak tylko przypominamy, że zostawianie jedzenia na noc w namiocie nie jest dobrym pomysłem, bo zapukać może coś znacznie gorszego niż zmyślony przeze mnie miś.
Dzień 2 – Jussi – Aegviidu – Nelijärve Trasa: 18,98 km | [Zobacz trasę na Wikiloc]
Drugi dzień to kolejne 20 kilometrów, z tym że nagrodą jest prysznic i normalny nocleg. Przez noc nasz namiot złapał trochę wilgoci i przy porannym słońcu musiał trochę przeschnąć. Czasu specjalnie nie traciliśmy. Przygotowanie śniadania i jego konsumpcja dały mu szansę wyschnąć.
Dzisiaj na trasie rządzą grzyby oraz ich amatorzy. Nie spotykamy piechurów, tylko samych grzybiarzy. Trzeba przyznać, że jest wysyp grzybów. Nawet my znajdujemy ich całkiem sporo. Czasem szkoda, że jesteśmy tak krótko, bo zjadłoby się rano dobrą jajecznicę z grzybami.
Dzisiejsza trasa, o dziwo, bardzo często prowadzi w górę i śmiejemy się z Bożenką, że przed nami kolejne 8 metrów do zdobycia na przestrzeni 6 kilometrów. 🙂 Mijamy jeziorka, torfowiska, schodzimy po drewnianych schodach. Przechodzimy mostek z duszą na ramieniu, patrząc, jak uginają się pod nami deski. Tabliczka przy wejściu zakazywała biegania po nim.
Tak docieramy do wrzosowiska Jussi. Teren ten jest praktycznie bez drzew. Część drzew wycięto w latach 20. XX wieku, a obecny wygląd terenu ukształtowała późniejsza działalność wojskowa. Znajdował się tu radziecki poligon wojskowy. Co ciekawe, miejsce to jest celowo oczyszczane z krzewów i młodych drzew, aby utrzymać jego obecny wygląd. Samo wrzosowisko powstało na polu kemowym uformowanym przez lodowiec. Są tu zarówno płaskie wzniesienia o stromych zboczach, jak i mniejsze, zaokrąglone pagórki.
Ostatnim naszym postojem jest jeziorko Harakajärv. Tam też gotujemy zasłużony obiad. Przy okazji bawimy się z umorusanym od błota pieskiem jednego z grzybiarzy. Woda może i trochę brązowa, ale przefiltrowana i ugotowana jest równie smaczna jak ta z górskiego źródełka. Torf w niej zawarty dodaje estońskiego smaku. 🙂
Dalsza trasa to głównie szerokie leśne drogi. Dalej leśna droga zmienia się w szutrową, aby ostatecznie przejść w asfalt. Tak dochodzimy do miejscowości Aegviidu, skąd mamy pociąg do miejsca naszego noclegu. Można tam dojść pieszo, to około 5 kilometrów, z tym że pogoda zaczyna się psuć i według wszystkich znaków na niebie ma padać.
Pociąg mamy za jakieś 20 minut. Nie opłaca nam się iść piechotą, bo nasz nocleg w Nelijärve Holiday Centre jest jakieś 500–600 metrów od przystanku kolejowego. Została nam jeszcze cola w puszce, więc likwidujemy ją, czekając na transport.
Pociąg jest punktualnie, bilet kosztuje 1,70 euro. Bilety kupuję online na stronie linii kolejowych Elron. Łatwo, prosto i przyjemnie, płaci się między innymi kartą. Pani konduktor, gdy wsiedliśmy, pyta nas, dokąd jedziemy i od razu instruuje nas, abyśmy poszli na koniec pociągu, gdyż peron w miejscowości Nelijärve jest w remoncie i tylko krótki odcinek udostępniony jest dla pasażerów.
Wysiadamy zgodnie z instrukcją i po 10 minutach marszu jesteśmy na miejscu. Holiday Centre to w sumie trzy budynki znajdujące się nad jeziorem Purgatsi. Ten, w którym mamy mieszkać, przypomina mi trochę ten, który mieliśmy przyjemność odwiedzić, będąc w Odessie. Ot taki typowo radziecki klocek. Nic bardziej mylnego. Bryła może i przypomina dawne czasy, ale wewnątrz jest czysto i przytulnie, do tego wisienką na torcie jest bardzo miła obsługa. Dostajemy pokój trzyosobowy, mimo że wykupiony mamy dwuosobowy. Od przybytku głowa nie boli.
Drugi budynek to restauracja, a trzeci to taka reprezentacyjna willa. Są też inne obiekty, w tym sauna. Co do restauracji, to jest w starym estońskim stylu, a co za tym idzie, jedzenie musi być pyszne. My dajemy się namówić na lokalną potrawę Laku panni, a na koniec na miejscowy trunek Vana Tallinn. Oczywiście musimy też spróbować estońskiego kwasu chlebowego, czyli kali.
Ciekawostka: Laku panni po estońsku dosłownie znaczy „liż patelnię”. 🙂
Mimo że pogoda już zepsuła się na dobre, pojedzeni ruszamy na obchód jeziorka. W pokoju suszy się namiot, więc lepiej go zostawić w spokoju, nigdy nie wiadomo, co z niego wypełznie po nocy w lesie. 🙂
Nocleg bez niespodzianek. Ruszamy na bardzo dobre śniadanie, a potem już tylko powrót pociągiem na lotnisko. Zahaczamy jeszcze o Lido w galerii Ülemiste, aby najeść się przed lotem. I tak kończy się nasza weekendowa przygoda z Estonią.
Podobała Ci się ta relacja? ☕
Jeśli nasze opisy, zdjęcia lub ślady tras okazały się przydatne, możesz postawić nam kawę na kolejny wyjazd. Dzięki!

























































































