... czyli podróże małe i duże ...

Słowenia, Triglav 2020

… czyli ten śmigłowiec to po nas ?

To po nas ?

Słowenia i Triglav chodził nam już dawno po głowie, bo wiadomo kolejny szczyt do Korony Europy, ale po pierwsze plany psuły nam linie lotnicze, bo z Polski praktycznie lata tam tylko LOT i cena jest niezbyt ciekawa, po drugie Covid19. Słowenia od kilku miesięcy była zamknięta dla Polaków, ale akurat w sierpniu trafiliśmy na okienko a, że się tak dziwnie złożyło, iż w tym czasie mieliśmy urlop to jedziemy 🙂 Najpierw Flixbusem do austriackiego Villach, aby z Villach dojechać pociągiem do miejscowości Jesenice, stamtąd dalej do miejsca naszej bazy czyli miejscowości Žirovnica, a dokładnie Selo pri Žirovnicy czyli kilometr dalej.

Dla niewyspanego, bo średnio z moim 193 cm umiem spać w transporcie, to każdy kilometr więcej jest męczący, ale to nie koniec przygód, bo owszem mieliśmy załatwiony wcześniejszy meldunek, z tym, że tylko teoretycznie, bo praktycznie jak w Etiopii trzeba było czekać i to do 10:00, a byliśmy o 8:00, w sumie do 11:00, bo tak średnio się nami interesowali. Marudzenie biorę na poczet zmęczenia. Olewam to, dostaliśmy pokój w sumie nawet nas przepraszali jest ok, raczyliśmy się też śniadaniem więc moja „bucowatość” minęła i nawet spać mi się już nie chciało. Sporo dnia zostało, więc szkoda go marnować, szybki „risercz” i ruszamy w rejon Wąwozu Vintgar. Trasa bardzo przyjemna, po drodze mijamy opuszczone gospodarstwo wyglądające bardzo klimatycznie, kawałek dalej chodzimy po koronie jeziora, która wygląda trochę jak skocznia 🙂 aby sielskimi łąkami dojść do miejscowości Blejska Dobrava, a dokładnie pod cmentarz. Tam akurat zaczyna się szlak do wąwozu z tym, że trzeba uważać, bo szlak jest jednokierunkowy my najpierw poszliśmy w złym kierunku, ale tablica znaleziona po kilku minutach dała nam dużo do myślenia 🙂 więc zapytaliśmy chłopaka z biura informacji i wszystko stało się jasne. Ruszamy przez cmentarz a później leśną drogą coś a la nasz Beskid Śląski do wejścia do wąwozu. Po drodze jeszcze trafiamy na fajny tunel kolejowy 🙂 Wejście do wąwozu „obudkowane” wstęp 10 ojro, trochę boli, ogólnie ceny w Słowenii takie coś między Włochami i Austrią, ale bardziej w kierunku Austrii, a jakość taka trochę „demoludów”. Nie ukrywam, że to dla mnie najgorszy kraj byłej Jugosławii.

Nic, płacimy za dwa bilety 20 ojro i ruszamy, szlak bardzo fajnie zrobiony, podesty zamontowane w skałach, mostki, szum krystalicznej wody naprawdę rewelacja, na końcu mamy jeszcze wodospad Slap Šum, ale lepiej wygląda na zdjęciach niż w rzeczywistości, ot mieliśmy pod koniec pochmurno więc nie zobaczyliśmy pełnego uroku spadającej wody 🙂 co i tak nie zmienia naszej fascynacji jej krystaliczną czystością. Trasa super, wracamy w rejon cmentarza, gdzie wypatrujemy lokalny bar.

Przy piwku w towarzystwie Słoweńców kontemplujemy o życiu doczesnym spoglądając z jednej strony na cmentarz, a z drugiej na szczyt Stol, górujący nad doliną 🙂 Wszystko co dobre musi się skończyć, na drugie piwko może i miałem smaka, ale perspektywa powrotu i to, że Bożenka dolewała mi ze swojego, jakoś tak wpłynęło na to, iż jednak nie 🙂 do Žirovnicy było jakieś 5 km, korona zapory przypomina skocznie, więc po co kusić los 🙂 Wracamy tą sama trasą, szybka toaleta i padam spać, nieprzespana noc daje o sobie znać 🙂 Jutro ruszamy nad jezioro Bled. Wczoraj rozpracowałem autobusy, więc dojazd do Bled nie był jakoś szczególnie trudny, minus – od nas autobus jeździ tylko w dni robocze więc trzeba było pofatygować się jakieś 5 kilometrów do miejscowości Lesce. Tam już mieliśmy transport, a z racji tego, iż tempo było dobre zasiedliśmy w kawiarni znajdującej się na dworcu kolejowym naprzeciwko przystanku autobusowego i raczyliśmy się pyszną kawusią 🙂 Autobus był o czasie, ruszamy, aby za chwile wylądować w korku przed miejscowością Bled, no cóż weekend więc nie ma się co dziwić. Było już dość blisko naszej destynacji, więc chwila w korku nie robiła nam różnicy.

Plan mieliśmy ambitny, czyli obchodzimy dookoła jezioro, plus zaliczamy zamek i dwa szczyty w pobliżu. Po drodze trafiamy na biuro turystyczne, gdzie zainteresowaliśmy się jaskiniowym spływem kajakowym, cena nawet spoko. Uznaliśmy, że po zdobyciu Triglavu to będzie nasz następny cel w Słowenii 🙂 Ruszamy w górę w kierunku zamku, po drodze zahaczamy na lokalnie wyrabiane lody (mniam) i zwiedzamy Kościół św. Marcina, dalej trasa biegnie ostro w górę i za chwilę znajdujemy się przy wejściu do Zamku. Widać po niektórych, że cena za wstęp jest lekko mówiąc hardcorowa, część osób rezygnuje i omija Zamek idąc szlakiem obok. Cena jak na taki skrawek miejsca widokowego trochę zbyt duża, ale raz się żyje i 13 ojro od głowy poszło z karty 😛 Co mogę powiedzieć, jeśli masz dobrą pogodę to naprawdę dobrze wydane pieniądze, widok na jezioro wymiata i jest to chyba najwyższy punkt, z którego można je obserwować. Oj trochę czasu tam spędziliśmy, plus jeszcze raczyliśmy się piwkiem w cenach krakowskich, więc jakiejś wielkiej tragedii nie było (8 ojro za dwa małe piwa), jest tam jeszcze jakaś winnica i muzeum, ale ogólnie nic ciekawego w porównaniu z widokami. Siedzieliśmy na tarasie sącząc piwerko, delektując się cudownym widokiem. Czas szybko leci, a drogi jeszcze przed nami trochę zostało. Teraz schodzimy w dół, do wyboru mamy kilka rodzajów tras, my jednak lubimy iść jak najbliżej jeziora, pogoda dopisuje więc wypożyczamy łódkę, aby zobaczyć z bliska wyspę Blejski Otok. Wypożyczenie łódki to bodajże koszt 10 ojro na godzinę, nic powinno wystarczyć 🙂 Tylko jest małe ale, ja czymś takim nigdy w życiu nie pływałem i początek był naprawdę traumatyczny, zygzakowałem niczym okręt uciekający przed łodzią podwodną 🙂 ale suma summarum udało się to opanować i trochę pooglądaliśmy rejon wokół z innej perspektywy 🙂 Nawet udało się dopłynąć dość blisko wyspy, ale do brzegu nie dobiliśmy bo czasu już było mało 🙂 wracamy uważając aby nie doprowadzić do abordażu z innymi pływającymi „okrętami”, gdzie kapitanowie są równie zaprawieni w boju jak ja 🙂

Teraz już przez publiczną plażę, pełną ludzi ruszamy na szczyty, a do zrobienia są dwa z nich. Pierwszy to Ojstrica 611 m npm., ze świetnym widokiem na wyspę i całe jezioro, trasa bardzo przyjemna, z końcowym ubezpieczeniem stalową liną, ale nie jest to via ferrata, ot takie łatwe podejście. Widok świetny, trochę nam się już pogoda psuje, ale chmurki dodają dramatyzmu 🙂 Na szczycie jest ławeczka, można sobie usiąść i podziwiać fantastyczny widok. Ruszamy na drugi, czyli Velika Osojnica 756 m npm, tam to za bardzo nie ma co oglądać, bo szczyt znajduje się w lesie, ale też jest fajnie. Zejście w dół i znowu ruszamy brzegiem do centrum miasteczka, trasa najmniej ciekawa, bo blisko ruchliwej drogi, później mijamy serie drogich hoteli, deptak i zatrzymujemy się na takim fajnym tarasie na kawę 🙂 do autobusu zostało jeszcze trochę czasu, więc kawusia jest jak najbardziej wskazana, a że knajpka jest blisko przystanku to mamy wszystko pod stałą kontrolą. Autobus przyjeżdża o czasie my dojeżdżamy do Lesce, a stamtąd już piechotką do Žirovnicy, wracamy już po ciemku, kolację jemy na tarasie podziwiając nocne niebo 🙂 Jutro planujemy już kilkudniowy wypad po najwyższy szczyt Słowenii, dogadujemy się jeszcze z personelem co do zostawienia naszych bagaży w depozycie, nie ma jakiegoś większego problemu i idziemy spać.

Rano szybkie śniadanie i zasuwamy do Lesce, gdzie oczywiście zaliczamy kawę w naszej knajpce przy dworcu kolejowym, po chwili już jesteśmy w autobusie jadącym do Bohnij Jezero. Trasa jest przyjemna, niedługa, Słowenia jest dość małym krajem. Z Bohnij wzdłuż drogi idziemy do miejscowości Stara Fuzina, gdzie w miejscowym markecie zaopatrujemy się w coś do jedzenia i picia, a następnie ruszamy w kierunku Kanionu Mostnica. Za wejście musimy zapłacić 2 euro od osoby, punkt opłat znajduje się na moście, z którego można spojrzeć w niezłą przepaść. Trasa jest tak zaplanowana, że w kierunku schroniska Planiska koca na Vojah idziemy jedną stroną rzeki Mostnica, a wracamy drugą. Trasa jest naprawdę bardzo ładna obfitująca w przepaście, ciekawe formy skalne, wypłaszczenia, gdzie można przy szumie krystalicznej rzeki odpocząć, są też i punkty z ławeczkami. Opłata jak na Słowenię niska, a atrakcyjność przejścia dość wysoka. Tak dochodzimy do schroniska, w górach zaczyna psuć się pogoda, obsługa chowa parasole, my raczymy się pożywną zupa Jota z rzepy, fasoli i ziemniaków mniam, a później kawusia. Pogoda się poprawiła, ruszamy zobaczyć Slap, czyli po słoweńsku wodospad, a dokładnie Slap Mostnica, trasa prosta wodospad fajny, chcemy go jeszcze zaatakować od góry, ale przy mokrej skale i osuwającej się ziemi jest to dość karkołomne i rezygnuję będąc prawie na jego szczycie, jakoś tak średnio chce spaść, wystarczy mi wrażeń jakie miałem ze wspinania się na skały wodospadu w Panamie 🙂 Kończy się sielanka i zaczyna wspinanie, trasa jest coraz bardziej upierdliwa, od wodospadu raptem około 6,5 km ale do pokonania przewyższenie 1100 metrów, trochę obawiamy się pomruków burzy, ale jest daleko, co i potwierdza nam apka w telefonie. Śmigamy mozolnie w górę aż trafiany na polanę (Planina Spodnja Grintovnica), gdzie można uzupełnić braki w wodzie, ewentualnie przysiąść i odpocząć. Zostało jeszcze 4,5 kilometra wydaje się ok, po drodze spotykamy Polaka, który chce jeszcze dziś dostać się do Bled, on nie napawa nas optymizmem bo, mimo że Maps Me pokazuje mi tylko 3 kilometry do schroniska, Pan mówi, że droga do schroniska jeszcze daleka. W sumie daleko może nie było, ale dość upierdliwie do pewnego momentu, później widoki przy zachodzącym słońcu były cudowne, a w tle nasz jutrzejszy cel, Triglav. Pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa i praktycznie w górach okienko mieliśmy tylko na jutro. Schronisko Vodnikov dom na Veljem plju usytuowane świetnie, ale Pan właściciel okazał się typowym Januszem. Pierwszy zgrzyt, mieliśmy rezerwację i to przez niego potwierdzoną, której w sumie nie było, ale jednak po chwili znowu była, cena za nocleg to hardcore, ot coś a la włoskie schroniska z tym, że włoskie schroniska to zupełnie inna jakość i obsługa. Za noc ze śniadaniem za dwie osoby 90 ojro (pokój 6 osobowy) byliśmy razem z sympatyczną niemiecką parą, masa pokoi wolna i wyglądało to trochę jakby na złość Niemcom nas wpakował. Upierdliwość pana Janusza na tym się skończyła, w schronisku ciepło, jest woda wszystko działa, toalety czyste, można coś zjeść, dziewczyny na kuchni bardzo sympatyczne. Da się płacić kartą, co do cen wiedziałem, ile co i jak bo wcześniej rezerwowałem, no cóż taki urok miejsc blisko szczytów „must see”. Śniadanie w formie szwedzkiego stołu, obficie zastawionego, do tego kawusia i pyszna herbatka, na bardzo duży plus.

Najedzeni ruszamy w kierunku szczytu, pogoda jest niezbyt ciekawa, ale z tego co wyszukałem ma padać dopiero wieczorem. Trasa prowadzi skalnymi szlakami. Mozolnie pniemy się w górę, podziwiając niesamowite widoki, aby wreszcie dotrzeć do schroniska Triglavski dom na Kredarici, widok z niego i personel to naprawdę wielki plus naszej dzisiejszej wędrówki, oczywiście raczymy się słoweńską zupką, cola do picia, bo cukier się przyda. Nie ma też żadnego problemu z zostawieniem plecaka i ruszeniem na lekko na szczyt. Kiedy zajadamy się pyszną zupą, przylatuje śmigłowiec i możemy podziwiać dodatkowo taką atrakcję, rewelacja, pilot odlatując robi wszystkim pokaz, wlatując prawie pionowo w przepaść. Szukając ubikacji spotykam parę z Polski, mają wątpliwości co do wyjścia, bo pogoda jest taka sobie, jednak postanawiają ruszyć. Ja wracam do Bożenki i rozważamy możliwość zostania w schronisku na noc, ale pogoda rano ma być zła więc jednak uznajemy, że ruszamy dzisiaj i to był strzał w 10 tkę.

Trasa no cóż idziemy na lekko, ale to nasza pierwsza via ferrata. Lonża, uprząż, kaski wszystko ok, ale … jest lekko mówiąc hardcorowo, wspinamy się po prawie pionowych ścianach, ale jak to mówią strach ma wielkie oczy i w sumie nawet zasuwanie grzbietem między Małym Triglavem a Triglavem po jakimś czasie nie robi na nas wrażenia mimo przepaści w jedną i drugą stronę. Widoki są niesamowite, do tego pogoda się poprawiła, a nasze schronisko wygląda jak mały klocek z Google Earth. Napompowani adrenaliną wychodzimy na szczyt 🙂 i 24 sierpnia 2020 r. w poniedziałek zdobywamy najwyższy szczyt Słowenii Triglav 2864 m npm 🙂 Na szczycie przywitały nas kruki, ciekawie zaglądając czy aby nie zabraliśmy czegoś smacznego dla nich 🙂 Seria zdjęć przy przetaczających się chmurach, do tego z dachu Słowenii widzimy całe pasmo Alp Julijskich, jest bosko 🙂 Powrót do schroniska mimo obaw był bardzo przyjemny, schodziło się szybko i sprawnie, do tego po drodze mimo późnej pory mijaliśmy jeszcze osoby idące na szczyt. Przy zejściu z Małego Triglavu pogoda zaczęła się już mocno psuć, a na samym dole już pod schroniskiem rozpadało się i to tak dość ostro. Weszliśmy do środka i w spokoju piliśmy sobie piwko jako nagroda za zdobyty szczyt, deszcz lał coraz mocniej i nasza trasa dalej stała pod dużym znakiem zapytania, zastanawialiśmy się nad noclegiem, ale do zachodu słońca jeszcze trochę czasu zostało więc, jak trochę deszcz zelżał, to ruszyliśmy dalej, ale nasz plan trasy musiał zostać trochę zmodyfikowany ze względu na brak szlaku, który mieliśmy na mapie jako ślad GPS, a tak średnio chciało nam się znowu wspinać po mokrej skale.

Decyzja podjęta, wracamy do Janusza, po drodze nam jeszcze dolało, a Janusz nie byłby sobą, gdyby czegoś nie odwalił. Najpierw, mimo że w książce meldunkowej było pusto to powiedział mi, że jest miejsce tylko w dormitorium, no cóż jakoś to przeżyjemy, ale po chwili zastanowienia wpadł na chytry plan i zapytał mnie czy aby nie mam może rachunku z poprzedniej wizyty, no takowy miałem. Błysnęła iskra w oku i dalej było już miło i przyjemnie plus cały pokój 6 osobowy do naszej dyspozycji za 90 ojro ze śniadaniem 🙂 a miało być tylko dormitorium 🙂 Rachunek mi zabrał jak diabeł duszę 🙂 Dla nas to było obojętne czy jest z rachunkiem czy bez ważne, że na głowę nie leje 🙂 Rano wypaśne śniadanko, pożegnaliśmy się i ruszamy w dół, trasa jest upierdliwa, ale idzie dużo szybciej niż w górę 🙂 Na polanie stajemy i robimy kawusię delektując się pięknymi widokami, w sumie było pochmurno 🙂 na razie nie leje jest ok. Dochodzimy do wodospadu i już po płaskim zasuwamy do schroniska Planiska koca na Vojah i tam oczywiście Jota 🙂 mniam. Wysoko w górach pogoda nie za bardzo, my już niżej przynajmniej deszczu nie mamy 🙂 powrót przez wąwóz już nie jest tak malowniczy z racji aury i błota. Jeszcze kawałek i jesteśmy w Starej Fuzinie, przy markecie pakujemy się do knajpki i raczymy się piwkiem Laśko, odpoczywamy i knujemy jak tu szybko wrócić do Bled, bo akurat zamierzamy zostać tam na dwie noce. Ciągnie nas na jaskiniowy spływ kajakowy. Wracamy wieczorem, znajdujemy nasz hostel „The Best Hostel” Patrick, pracujący tam chłopak, to typ osoby co potrafi szybko i sprawnie wszystko wytłumaczyć, bez zbędnego owijania w bawełnę, mamy swój mały pokoik z łóżkiem piętrowym. Rozpakowujemy się i ruszamy na podbój Bled, a dokładnie na zakupy do marketu, gdzie zaprzyjaźniamy się z bardzo sympatyczną ekspedientką 🙂 Szanse na wypad kajakiem do jaskiń też spadły do zera, gdyż najbliższy wolny termin z racji Covidu19 to na za tydzień, no cóż szkoda. Uznajemy, że jutro zwiedzamy stolicę, czyli Ljubljane.

Do przystanku mamy kawałeczek więc ruszamy z rana zaraz po śniadaniu, które sobie przyrządzamy w hostelu (w sumie Bożenka przyrządza), dojazd bez niespodzianek, ruszamy z kopyta od razu na zamek, gdzie można pójść pieszo, ewentualnie wyjechać kolejką szynową. Jedziemy kolejką, bo zakwasy bardzo 🙂 Wszędzie witają nas smoki, bo stolica Słowenii jest smoczym miastem 🙂 Widok z murów na miasto bardzo fajny, mamy jeszcze w miarę pogodę, która stopniowo się nam psuje, do zamku nie wchodzimy, bo cena jest oczywiście zaporowa, plus tak średnio nam się chce oglądać za 13 euro od głowy eksponaty w gablotkach. Za to znajdujemy ławeczkę w parku zamkowym i tam odpoczywamy 🙂 Czas płynie leniwie ruszamy na miasto zobaczyć m.in. Potrójny Most, bardzo charakterystyczna budowla, nie będę się jakoś specjalnie rozpisywał na jego temat, bo każdy może sobie znaleźć opisówkę na Wikipedii. Przez miasto przepływa rzeka Ljubljanica, a co za tym idzie można też popływać po niej statkiem, jakoś specjalnie nie jest to drogie więc za 10 ojro od osoby ruszamy na łajbę, na statku spotykamy też krajana, z którym wymieniamy się informacjami o Słowenii i innych krajach, w których byliśmy, tak fajnie mija czas i kończy się rejs 🙂 przepływamy m.in. pod Potrójnym Mostem. Ruszamy na mały shoping bo jakieś pamiątki trzeba kupić, po drodze objadamy się lodami i patrzymy na zamek, który góruje nad miastem. Stolica jest dość mała i kameralna, no i wszędzie są smoki 🙂 Czas wracać do Bled, do tego zakwasy robią się coraz gorsze 😛 Po drodze jeszcze raczymy się hotdogami w starym stylu, ale jakoś tak średnio są dobre w smaku. Dojazd autobusem bez żadnych przeszkód, odwiedzamy sklep i wdajemy się w rozmowę z zaprzyjaźnioną ekspedientką. Na drugi dzień wracam do Žirovnicy autobusem. Nauczeni, że nie warto być zbyt wcześnie zjawiamy się około 12:00 i wszystko jest ok, nawet mamy pokój premium z łazienką, gdzie urwałem zawias w drzwiach 🙂

Wieczór spędzamy na tarasie, obserwując miejscowych jak grają w dziwną grę, zbijając kulą na sznurku kręgle. Przy piwku knujemy co robimy jutro, jesteśmy rządni przygód, a sprzęt na via ferraty się marnuje, więc następny dzień zaplanowaliśmy wspinaczkowo. Plusem jest to, iż jest to dzień roboczy i mamy autobusy pod nosem, więc zaraz po śniadaniu ruszamy do miejscowości Mojstrana Dovje, gdzie czekają na nas „koty na moście” oraz via ferrata Mojstrana. Zahaczamy jeszcze o biuro turystyczne i ruszamy się wspinać. W czasie walki na Triglavie zgubiłem gdzieś rękawiczki, ale to jakiś większym problemem nie był, sprzęt na siebie i ruszamy w górę, do pokonania 180 metrów pionową ścianą w górę, dwie trasy C i D, ruszamy spokojnie wersją C, która jest całkiem, całkiem. Ogólnie bardzo fajnie zrobiona trasa, czas szybko mija, bo sam nie wiem ile wychodziliśmy chyba coś około godziny, może trochę więcej, widoki świetne. Fajnie wygląda taki mały z góry budynek informacji turystycznej i panorama na wioskę. Na szczycie charakterystyczna budka, gdzie można wpisać się do książki, spotykamy też fajna ekipę z Polski i wymieniamy się informacjami co i gdzie można ciekawego zobaczyć, powrót ze szczytu jest bardzo przyjemnym trekingiem w dól, który trochę zmodyfikowaliśmy, bo fajnie szło się krawędzią ściany 🙂 Jeszcze sporo dnia zostało, a że blisko jest do Planicy, to też tam ruszamy, po drodze zahaczając o miejscową knajpkę, gdzie raczymy się standardowo piwkiem Laśko 🙂

Autobusem śmigamy pod sama granice z Włochami do miejscowości Retece Planica, gdzie w restauracji Gostilna Uh wcinamy wyborny obiadek ze słoweńską zupką grzybową 🙂 Najedzeni ruszamy w kierunku kompleksu skoczni narciarskich, gdzie znajduje się największa skoczna na świecie czyli Velikanka, bądź jak obecnie ją nazywają Letelnica. Do kompleksu mamy jakieś 2 km, uznajemy, że wyrobimy się w godzinę 🙂 Tak… na pewno, po drodze trafiamy na wóz ekipy polskich skoczków, trenujących w tym czasie w Planicy, chwilę porozmawialiśmy i ruszamy dalej. Więc tak, obiekt to nie jedna skocznia tylko kompleks w sumie 7 skoczni w tym mamucia, 6 skoczni jest aktywnych i przygotowanych na letni sezon, zawodnicy skaczą na igelicie, który jest zraszany wodą ze specjalnych natrysków. Mogliśmy podglądać treningi, rewelacja. Do tego nikt się nie czepiał co do odwiedzenia budynku, gdzie przygotowują się zawodnicy, co tu wiele gadać super. Najlepsze jest to, że skocznia mamucia się przed nami ukryła 🙂 ano nie jest ona użytkowana w sezonie letnim i wygląda mniej spektakularnie w porównaniu do reszty kompleksu, ale to tylko z pozoru. Sącząc w knajpce Fantę, Bożenka mówi popatrz przy tej kupie trocin to jakaś skocznia jest chyba 🙂 podchodzimy i … wow to jest to, ruszamy po schodach w górę, co tu wiele mówić Olbrzymka z punktem K 200 metrów. Wspinaczka trochę nam zajęła, najpierw do progu, a później na rozbieg, widok rewelacja. Naprawdę warto popatrzeć z punktu widzenia skoczków 🙂 robi to niesamowite wrażenie. Ogólnie cały kompleks jest super. Powoli wracamy na autobus, odjeżdżamy jednym z ostatnich, jakie stamtąd jadą (miała być tylko godzina) fajne jest też to, iż z kompleksu widać szczyt Triglavu, tak, tak tam byliśmy 😛 Ostatni dzień w sumie w Słowenii, jutro wracamy tak jak przyjechaliśmy czyli najpierw z Jesenic do Villah a później Flixem do Katowic. Powrót bez niespodzianek, w Villach załapujemy się jeszcze na koncert we włoskiej knajpie, naprawdę bardzo przyjemne miasteczko. I tak minęły nam ostatnie dni urlopu w 2020 roku 🙂

Podsumowanie:

Transport:

Flixbus Katowice – Villah – Katowice – 351,98 zł za dwa bilety

ÖBB – pociąg: Villach – Jesenice – 17,20 euro (powrót tyle samo)

Lokalne autobusy: zależy od trasy od 2 do 6 euro

Noclegi:

Guesthouse Osvald – 144,40 euro ze śniadaniem ( 4 noce za dwie osoby)

The best Hostel – 64,38 euro bez śniadania (2 noce za dwie osoby)

Vodnikov dom na Veljem plju – 180 euro ze śniadaniem ( 2 noce za dwie osoby)

Wejściówki:

Wąwóz Vintgar – 10 euro

Zamek Bled – 13 euro