... czyli podróże małe i duże ...

Chorwacja 2018

… czyli poligon, uchodźcy i 50 km na piechotę 😛

Panorama spod szczytu

GPS trasy : Wikiloc 2D  Ayvri 3D

Chorwacja to nasz przedostatni przystanek do zdobycia korony gór Bałkanów 🙂 Dzięki znajomym z pracy mamy już stamtąd flagę, sowę i kubek ale po najwyższy szczyt i Małego Księcia to już musieliśmy się sami pofatygować. A dlaczego w tym roku? 🙂 A bo akurat trafiły się bilety z Wizz’a za 44zł do Splitu. Marcin musiał już tylko wykombinować jak wrócić 🙂 I tak powstał plan na aktywne spędzenie przedłużonego wrześniowego weekendu. W czwartek na lotnisko w Katowicach podrzucili nas Kasia i Piotrek, z nimi też umówiliśmy się na poniedziałkowy wieczór w Krakowie, gdzie mieliśmy wylądować w drodze powrotnej. Bilet na autobus z Lotniska do centrum Splitu mieliśmy już kupiony przez internet i wydrukowany. Autobus ruszył jak tylko się względnie zapełnił. Na dworzec autobusowy w centrum dotarliśmy na jakieś 20 min przed odjazdem autobusu jadącego przez Knin. Tym razem bilety kupiliśmy w kasie, potem się okazało, że bez problemu kupilibyśmy je też u kierowcy. W Kninie byliśmy po około 2 godzinach, udało nam się jeszcze zrobić jakieś szybkie zakupy w Lidlu. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w guest house Slatki Snovi, trasa od Lidla zajęła nam może z 15-20min. Właścicielka przywitała nas domowymi ciasteczkami, likierem truskawkowym i pysznym schłodzonym kompotem. Pokazała nam też na mapie wszystkie możliwe warianty zdobycia Vrh Dinare, najwyższego mierzącego 1831m n.p.m. szczytu Chorwacji. Uprzedziliśmy ją, że wybierzemy najdłuższy wariant trasy i pewnie następnego dnia wrócimy po północy.

W piątek rano wypiliśmy szybką kawę, zjedliśmy po croissancie i pobiegliśmy do Lidla zrobić zapasy na trasę. Nie kupowaliśmy zbyt wiele bo jakieś 5km przed szczytem jest schronisko, uznaliśmy że wystarczą nam po 2 butelki wody mineralnej na głowę, wędlina, kabanosy i 4 bułeczki. Do startu trasy mieliśmy spod Lidla jakieś 4km i postanowiliśmy dojść tam na piechotę, samą trasę na szczyt mieliśmy ściągniętą w postaci śladu GPS na komórce. Początkowo trzeba było iść główną drogą, minęliśmy komisariat policji, dalej koszary wojskowe, zaś nas minął zaabsorbowany zawartością swojego pyska pies, zdążyłam mu zrobić zdjęcie i to wyrwało go z zadumy. Odłożył to co ze sobą niósł i wrócił do nas, o dziwo to ze mną postanowił się najpierw przywitać mimo że Marcin wyciągał już ręce, żeby poczochrać go za uszami. Wyglądał na głodnego więc dostał kabanosy. Potem szedł jeszcze za nami jakieś 2 km ale w bezpiecznej odległości bo nie ufał nam tak do końca. Ostatecznie zgubiliśmy go gdzieś między domami. Wreszcie udało nam się dojść do początkowego punktu trasy. Tam zagadnął nas jakiś mężczyzna mieszkający nieopodal. Pytał skąd jesteśmy, jakie mamy plany i przy okazji ostrzegł nas, że jeśli pójdziemy ścieżką, możemy natknąć się na uchodźców, wspominał też o wcześniejszej akcji policji w tym rejonie. Nam i tak bardziej pasowało iść ścieżką a nie szutrową drogą, więc zaraz po zrobieniu zdjęć tablicy z informacjami na temat manewrów wojskowych w strefie przez którą wiedzie szlak, ruszyliśmy nią wzdłuż rzeki. Już po około 100-200 metrach natknęliśmy się na porzucone buty, ubrania, jakiś plecak, kawałek dalej leżała szczotka do włosów, jakiś koc. A jednak ostrzeżenia miały jakieś potwierdzenie. Na właścicieli tych rzeczy się jednak nie natknęliśmy, przynajmniej póki co. Trasa była przed nami długa, leśnymi ścieżkami szliśmy w kierunku drogi, do której mieliśmy dobijać jeszcze wiele razy bo co jakiś czas było możliwe przejście na skróty. Już niedaleko drogi z krzaków wyszedł w naszym kierunku policjant a drugi szedł od zaparkowanego na szutrowej drodze radiowozu. Nie wyglądaliśmy na uchodźców toteż się nami zbytnio nie zainteresowali. Kolejny odcinek trasy wiódł już drogą, przeszliśmy może z 300m i gdzieś z lewej strony zaczęły ruszać się krzaki, tym razem nikt już do nas nie wyszedł bo jak ta osoba lub osoby zobaczyły Marcina zaczęły uciekać w kierunku, z którego w krzakach się przedzierały, przynajmniej krzaki tak szybko zaczęły chybotać jakby ktoś przed nami uciekał.

No cóż, trzeba jednak w tym rejonie zachować czujność 😛 Przy drodze zrobiliśmy sobie później postój, przygotowaliśmy kanapki i zagryzaliśmy je kolorową papryką. Tym razem obok nas drogą przejechał wojskowy gazik. Niedaleko od miejsca postoju znowu zeszliśmy w mniej uczęszczane ścieżki a potem już trochę pod górę przedzieraliśmy się przez jakieś łąki i głazy. Jak ponownie dotarliśmy do drogi to znowu zrobiliśmy sobie postój 🙂 i znowu przejechał wojskowy gazik. Drogą docieramy aż do miejsca zwanego Markov Grob, są to rozstaje drogi na Suhopolju, gdzie przy drodze stoi mogiła. W oddali widać już wyższe góry, zastanawialiśmy się który ze szczytów jest naszym celem. Jednogłośnie uznaliśmy, że ten bliżej bo chyba nie ten hen hen daleko w chmurach 😛 a jednak 😛 Kawałek od nas zauważyliśmy zaparkowany samochód, okazało się, że ma polskie tablice rejestracyjne, więc była szansa spotkania jego właścicieli na trasie albo w schronisku 🙂 Na Suhopolju na betonowym cokole który wykorzystaliśmy żeby odpocząć ktoś poukładał ciekawe znaleziska 😛 łuski z karabinu 😛 jakąś zawleczkę 😛 a z bardziej neutralnych rzeczy widelec i połamany statyw. Dochodziły nas też jakieś krzyki 😛 okazało się że to wojskowe komendy bo tuż obok znajdował się poligon, żołnierzom zrobiono akurat przerwę, początkowo ciężko miałam ich dostrzec bo idealnie w swoich mundurach i hełmach zlali się z otoczeniem. Już bardziej widoczne były zaparkowane kawałek dalej ciężarówki. Ukradkiem zrobiłam zdjęcie i poszliśmy dalej. Przy drodze na wyciągnięcie ręki było pełno grzybów, tylko zbierać ich nie mieliśmy do czego, zresztą potem nie mielibyśmy też co z nimi zrobić. Na potwierdzenie tego, że idziemy we właściwym kierunku i schronisko jest coraz bliżej przy drodze znajdował się kierunkowskaz z nazwą Planinarski Dom.

My wybraliśmy sobie trasę troszkę okrężną i tak doszliśmy do dolinki z chatkami i zagrodami dla krów, owiec. Wyszły też w naszym kierunku psy pasterskie pilnujące stada ale nie planowały się z nami zaprzyjaźnić. Marcin uciął sobie też małą pogawędkę z mijającymi nas samochodem Chorwatami i niestety uświadomili nas, że po sezonie schronisko jest zamknięte ale znajdziemy tam wodę i dach pod którym możemy odpocząć.

Dach nam się bardzo przydał bo niebo było już zaniesione i powoli zaczynało kropić. Rozpadało się dopiero gdy doszliśmy do schroniska. Oczywiście pocałowaliśmy klamkę tak jak nas uprzedzano ale taras przed drzwiami wejściowymi był zadaszony, była tam też ława, stół i krzesła. Wody niestety nie było bo ktoś zdemontował ręczną pompę za schroniskiem. Było już koło 16:00. Po drodze wymyśliliśmy, że w schronisku przenocujemy jeśli zbyt późno zejdziemy ze szczytu, ale tak z noclegu jak i z ciepłego posiłku wyszły nici. Nawet wody nie mogliśmy sobie dokupić a została nam już ostatnia butelka. Dobrze że rynny szybko zaczęły przebierać bo Marcin tak napełnił drugą butelkę wody. Zabarwiliśmy ją jeszcze tabletką multivitaminy z Lidla i nabrała jakiegoś znośnego smaku 😛 Czas wykorzystaliśmy jeszcze na zjedzenie ostatnich bułek i kiełbasy. Ze szlaku wiodącego od szczytu do schroniska zeszła grupka Polaków, tak jak myśleliśmy byli to właściciele samochodu, który minęliśmy na Suchopolju. Byli przemoczeni ale mieli reklamówkę pełną grzybów. Największy okaz jeden z nich niósł w ręce, był wielkości małej pizzy 😛 Zmęczenie jeszcze nie dawało nam się we znaki choć co jakiś czas same zamykały mi się oczy. Deszcz powoli przestawał padać tak więc postanowiliśmy ruszyć dalej, do szczytu zostało nam już tylko 5km.

Szlak wiódł już nieco bardziej w górę, niedaleko minęliśmy kolejnych członków polskojęzycznej wycieczki, okazało się, że namioty rozstawione na łącze niedaleko schroniska należą do nich, dogadali się również z jakimś gospodarzem co do korzystania ze studni. Powinniśmy nieco zagęścić ruchy bo koło 19:00 zaczyna się ściemniać, ale póki co jeszcze było w miarę jasno. Kiedy pięliśmy się już po zboczu góry słońce zaczęło rzucać złotą poświatę, udało nam się to wykorzystać i zrobiliśmy sporo zdjęć przed zachodem słońca a jak zrobiło się już szaro został nam ostatni odcinek trasy, w kosodrzewinie i kamienistym żlebie. Kiedy zobaczyliśmy w oddali cokół na szczycie robiło się już coraz ciemniej i o zrobieniu zdjęć bez doświetlenia latarką lub lampą błyskową mogłam zapomnieć.

Coś tam na szczycie cyknęliśmy komórkami, więc dowód na zdobycie przedostatniego szczytu do Korony Bałkanów mamy 😛 do tego wpisaliśmy się w dziennik, umieszczony w metalowej skrzynce na szczycie, i poszliśmy jeszcze kawałek pod metalowy krzyż. Schodziliśmy już w totalnych ciemnościach ale dzięki latarkom szło nam to całkiem sprawnie. Szlak nas jakoś dziwnie prowadził bo o mało nie minęliśmy bokiem schroniska i musieliśmy do niego wracać, żeby zrobić sobie krótki odpoczynek na czekoladę. Tak więc zostao jeszcze 20km do Kninu 😛 postanowiliśmy sobie skracać trasę jak tylko znajdziemy jakąś alternatywę, minęliśmy dolinkę nie natykając się już na żadne owce, tylko psy w oddali ujadały. Mijając zagrodę i domek, przy którym spotkaliśmy je idąc w kierunku schroniska mieliśmy nadzieję, że będą zamknięte, niestety jeden z psiaków postanowił wyjść za nami na drogę i pokazać kto tu rządzi, na szczęście skończyło się tylko na pokazie siły i szedł za nami szczekając dość krótko. Wg szlaku na komórce kawałek dalej miał być jakiś skrót ale nie udało nam się znaleźć żadnej ścieżki. Cały czas liczyliśmy jeszcze na autostop albo podwózkę przez policję czy wojsko. Na trasie powrotnej spotkaliśmy niestety tylko chłopaków, którzy postanowili przeczekać w samochodzie do rana zanim ruszą na szczyt a na tekst, że idziemy do Kninu powiedzieli tylko, że długa droga przed nami 😛 Wojska ani Policji też już nie spotkaliśmy.

Na Suchopolju zatrzymaliśmy się już na dłużej bo zmęczenie zaczęło nam już porządnie dawać w kość. Przynajmniej gwieździste niebo umilało nam takie dłuższe postoje bo był pretekst, żeby położyć się na trawie lub betonowych płytach. Taktyki na powrót mieliśmy już z Marcinem różne, ja przyspieszałam bo jak najszybciej chciałam być w Kninie, zaś Marcin wolał iść wolniej i co jakiś czas odpoczywać. Jeszcze jeden raz próbowaliśmy znaleźć zaznaczony na mapie w telefonie skrót ale wpakowaliśmy się w krzaki i żadnej ścieżki nie umieliśmy tam znaleźć. Uznaliśmy, że wracamy już po własnych śladach bo na szukanie skrótów schodzi nam za dużo czasu. Na ostatnim odcinku szukaliśmy rzeczy pozostawionych przez uchodźców bo stamtąd już mieliśmy niedaleko wyjście ze szlaku ale rzeczy żadnych już nie było, pewnie rano leżały na ścieżce bo zaskoczyliśmy ich właściciela 😛 Jak tylko dotarliśmy do cywilizacji zrobiliśmy sobie kolejny postój siedząc na asfalcie jak za „bajtla” 😛 Kompletnie nikt nie zwracał na nas uwagi bo zbliżała się 3 nad ranem i wszyscy spali. Żartowaliśmy tylko że o tej porze to można pomyśleć że z jakiejś dyskoteki wracamy 😛 to by nawet wyjaśniało dlaczego nas tak bardzo bolą nogi 😛 Znowu zmobilizowaliśmy się do przejścia kolejnego kilometra i kolejny postój pod kapliczką 😛 obiecujemy sobie że to już ostatni i idziemy dalej. Do naszego guest house’u zaszliśmy około 4:30, niestety musieliśmy obudzić telefonem właścicieli bo nie znaleźliśmy klucza, który mieli dla nas zostawić gdzieś na murku, okazało się, że zostawili go w skrzynce na listy ale o tym nie pomyśleliśmy. Po przejściu 50km w około 20 godzin byliśmy po prostu wykończeni, wzięliśmy tylko prysznic, nastawiliśmy budzik żeby nie przespać godziny wymeldowania, i położyliśmy się spać. Rano właściciele Slatki Snovi raz jeszcze zapytali nas jaką trasą poszliśmy na szczyt i skwitowali to tylko hasłem, że nie znają nikogo, kto by z Kninu poszedł na Vrh Dinare na nogach i wrócił tak samo 😛 Wypiliśmy kawę i ruszyliśmy do centrum miasta. Przed wyjazdem planowaliśmy zwiedzić jeszcze twierdzę ale nie przewidzieliśmy, że będziemy chodzić jak para emerytów o lasce. Postanowiliśmy kierować się prosto do dworca autobusowego robiąc sobie przystanki na śniadanie, kawę, ewentualnie piwo 😛 niezbyt może ambitnie ale przynajmniej nogi miały szansę odpocząć 😛 Ostatecznie dotarliśmy do dworca autobusowego i kupiliśmy bilet powrotny do Splitu, wyszedł jakoś taniej niż do Knina, dopiero po chwili Marcin zobaczył dlaczego 😛 dostaliśmy bilety studenckie 😛 nie wiemy tylko dlaczego 😛 albo tak młodo wyglądamy, albo z powodu plecaków bądź co bardziej prawdopodobne, dlatego, że Marcin spłoszył kasjerce natrętnego, podchmielonego zalotnika 😛 który męczył ją przy okienku opowieściami o swoim życiu. Resztę dnia już spędziliśmy w drodze. Najpierw 2 godziny do Splitu a tam już po około 30 minutach siedzieliśmy w autobusie do Dubrownika, gdzie trasa zajęła nam jakieś 5 godzin zamiast 4 jak w rozkładzie. Mimo mojej choroby lokomocyjnej na plus dla tej trasy była jej malowniczość, prawie cały czas jechaliśmy wzdłuż wybrzeża. Z dworca autobusowego w Dubrowniku pod nasz hotel dostaliśmy się Uberem bo żadne z nas nie chciało słyszeć o przejściu 3km na piechotę 😛 przynajmniej nie tego dnia. W hoteliku szybko się zameldowaliśmy i wyszliśmy poszukać jakiegoś fast-fooda, sklepiku lub restauracji, niestety było już około 23:00 i wszystko się powoli zamykało. Przeszliśmy dobrze ponad kilometr zanim znaleźliśmy jakąś piekarnię. Wyboru nie było tam zbyt dużego więc kupiliśmy parówki w cieście i coś do picia, zjedliśmy to na schodach i wróciliśmy. Znowu położyliśmy się spać po północy. Kolejny nocleg mieliśmy już mieć w rejonie lotniska więc na zwiedzanie Dubrownika ruszyliśmy z całym bagażem. Do starego miasta dojechaliśmy autobusem. Na początek postanowiliśmy poszwendać się uliczkami, zjeść coś by na koniec przejść murami wokół zabytkowego centrum.

Wejście na mury jest odpłatne, bilety kupiliśmy od razu a potem znaleźliśmy w jednej z bocznych uliczek spokojną restauracyjkę, zjedliśmy Cievapcici z frytkami i sałatką, napiliśmy się chłodnego piwa i spokojnie obejrzeliśmy zdjęcia z poprzedniego dnia. W bonusie dostaliśmy jeszcze od obsługi kawę 🙂 to nas zachęciło aby jeszcze tego samego dnia w to miejsce wrócić. Kiedy tylko wychodziliśmy na główniejsze uliczki natykaliśmy się na tłumy ludzi, tak więc jak tylko była szansa uciekaliśmy w te boczne, lub rozsiadaliśmy się na jakichś mało uczęszczanych schodach. Czas mijał nam coraz szybciej więc poszliśmy w kierunku wejścia na mury, żeby nam ich nie zamknęli 😛 W pełnym słońcu przeszliśmy wokół całe stare miasto podziwiając je z góry. W dole kłębili się turyści, ukradkiem przemykały koty, niektóre zaś przyłapaliśmy na leniuchowaniu i wygrzewaniu się w słońcu. Na szczęście na murach co jakiś czas można było kupić coś do picia żeby się ochłodzić. Na sam koniec weszliśmy sobie jeszcze na wieżę przy końcu trasy, tym razem plecaki zostawiliśmy pod opieką ratowników medycznych, którzy przy wejściu siedzieli z apteczką i wodą. Po zejściu z murów wróciliśmy już autobusem do dworca. W kierunku lotniska myśleliśmy pojechać shuttle busem ale Pani w okienku kasowym poradziła nam autobus nr 10, który również w tamtym kierunku jedzie. Niestety nie udało nam się już zrobić przed odjazdem żadnych zakupów. Poczekaliśmy na 10tkę i dojechaliśmy do przystanku oddalonego kilkaset metrów od naszego hotelu.

Po drodze minęliśmy jeszcze jakiś pub, nawet myśleliśmy pójść tam na piwo ale nie było tam już dla nas miejsca, ostatecznie piwa napiliśmy się na tarasie przy naszym hostelu. Rano na lotnisko ruszyliśmy około 5:00, znowu skorzystaliśmy z Ubera bo tak jakoś 3km nie chciało nam się iść z buta 😛 i nogi ciągle bolały 😛 Powrót już mieliśmy kombinowany. Dolecieliśmy do Bergamo i musieliśmy sobie tam zagospodarować czas do wieczora. Jakoś nie chciało nam się kolejny raz zwiedzać miasta więc w Bergamo wsiedliśmy w pociąg, wysiedliśmy dwie stacje dalej i wdrapaliśmy się na jakiś pagórek z malowniczą panoramą miasta i ruinami jakiejś średniowiecznej fortyfikacji 😛 tam przebomblowaliśmy resztę czasu, nawet na chwilę zdrzemnęliśmy się pod drzewem. Na lotnisko wróciliśmy jakoś koło 18:00, i tak za wcześnie bo lot nam się opóźnił i to ponad godzinę. W Krakowie czekali na nas cierpliwie znajomi i przed północą odstawili nas do domu, gdzie dostaliśmy ostrą reprymendę od naszego psa „Mańka” bo nieładnie tak go zostawiać na weekend, za karę Marcin musiał go wyprowadzić na spacer koło północy, a mnie obudził o 2:54 i też musiałam z nim wyjść, oczywiście kolejny raz o 6:00 😛 w końcu trzeba było nadrobić stracony czas 😛

Praktyczne porady:

– połączenia lotnicze Katowice-Split (Wizzai), Dubrownik-Bergamo (Volotea), Bergamo-Kraków (Ryanair) – łączny koszt przelotów poniżej 300zł

– przejazdy na terenie Chorwacji – autobusy, rozkłady można znaleźć na www.balkanviator.com

– noclegi: Knin – polecamy Slatki Snovi a w Dubrowniku guest house Misita i drugi niedaleko lotniska Country House Pensjon

– 150 kun wejście na mury w Dubrowniku

13-17 września 2018