... czyli podróże małe i duże ...

Marrakesz, Imlil – Maroko 2018

… czyli obchodzimy Międzynarodowy Dzień Misia

Rejon Sidi Chamarouch

Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy do tego afrykańskiego kraju, chyba od razu zakochaliśmy się w jego zaczarowanych górach i tak chyba zaczęła się nasza miłość do gór Atlasu Wysokiego. Jak staramy się być co roku w Bieszczadach, tak też i zaczęliśmy kultywować nową świecką tradycję i w okresie moich urodzin lecimy do Maroko, jesienno-zimowy okres ma swój duży plus w postaci niższych temperatur, a co za tym też idzie dużo mniejsze obłożenie turystyczne i lepsze ceny 🙂 Zacznijmy może od aspektów technicznych wyjazdu:

Bilet na osobę linii Ryanair kosztował nas 301,10 zł wraz z bagażem rejestrowym ( co akurat jest ważne jak chcemy przywieźć olej arganowy)

Autobus z lotniska (tam i powrót) – 30 dirhamów na osobę

Grand Taksi do Imlil – 300 dirhamów ( po 100 na osobę)

Noclegi:

Dar Atlas Charme (Imlil – Tamatert) – dwie noce ze śniadaniem dla trzech osób ( dwa pokoje) – 318 zł

Riad Hayat – jedna noc teoretycznie ze śniadaniem (którego finalnie i tak nie było ) – 151 zł

Na nasz przedłużony weekend od 23 do 26 listopada pojechaliśmy wraz z naszym znajomym Marcinem, którego poznaliśmy na wyjeździe do CERN, a ostatnio był też z nami w Kijowie. Wiadomo im nas więcej tym raźniej, a i ceny też można podzielić przez trzy, co w przypadku transportu lokalnego jest bardzo pożądane 🙂 Trasa na lotnisko minęła nam w spokoju, bo przyjemnie jedzie się do Krakowa w nocy, Ryanair też nie zafundował nam żadnych przygód, ot wszystko było o czasie i około godziny 11:00 wylądowaliśmy na lotnisku Menara w Marrakeszu. Jest to jeden z największych portów lotniczych w Maroku i moim zdaniem jedno z fajniejszych lotnisk na jakim byłem. Na miejscu wypisaliśmy karty wjazdowe i ustawiliśmy się w dość dużej kolejce do kontroli paszportowej, odczekaliśmy swoje, bo chyba ponad godzinę, zadowoleni z wjazdowymi pieczątkami ruszyliśmy na podbój Maroko.

Nie mieliśmy z sobą gotówki, więc poszedłem wybrać pieniądze z bankomatu i tu uwaga przy karcie Revoult, bankomat pobiera prowizje 23 dirhamy. Kurs Mastercarda jest ok, tylko prowizja go trochę psuje. Podobno są jakieś bankomaty w Marrakeszu, które nie pobierają prowizji, nam nie udało się trafić na takowy, albo nie można było pobrać pieniędzy albo opłata 23 dirhamy z tym, iż w trakcie wybierania pieniędzy bankomat nie informuje o pobieraniu prowizji, ot taka niespodziewanka 🙂 (prowizja jest stała niezależna od kwoty, która wybieramy)

Ruszyliśmy na przystanek autobusowy nie zaczepiani przez taksówkarzy (co wydawało się dziwne), autobus linii L 19 czekał na przystanku, zakupiliśmy bilety i po 15-20 minutach znaleźliśmy się na głównym placu Marrakeszu, Jamaa el-Fnaa, gdzie szybciutko powędrowaliśmy na pocztę wymienić walutę, obecnie najlepszy kurs można trafić w tym miejscu, co i też było proporcjonalne do czasu odstania w kolejce 🙂

Dirhamy wymienione, to szukamy punktu, gdzie możemy kupić kartę GSM, po drodze zwabieni tłumem lokalesów znajdujemy knajpkę, gdzie raczymy się miejscowym fast foodem, cena bardzo dobra, a kanapka z kurczakiem i frytki za 15 dirhamów smakowały nam wybornie. Porcja wielka, ot zaspokoiliśmy głód 🙂 Na tej samej ulicy też zakupiliśmy kartę Maroc Telecom z 5 GB netu za 100 dirhamów, plus bodajże free rozmowy i smsy, sprzedawca skonfigurował nam telefon i ucieszeni ruszyliśmy szukać transportu do Imlil. Pogoda taka sobie, z aplikacji wynikało, że będzie padać, co bardzo pokrzyżowało nam plany, ale za to w Marrakeszu ciepło 🙂 Ruszamy na stacje benzynową niedaleko placu el-Fnaa, tam w drodze negocjacji za 300 dirhamów ruszyliśmy do Imlil, startowaliśmy z 600 :P. Po godzinie znaleźliśmy się się w Imlil, wysiedliśmy w standardowym miejscu na placu obok informacji turystycznej. Po krótkiej wymianie zdań z podkreśleniem, że jesteśmy tu już trzeci raz, miejscowi szybko dali nam spokój tylko zdawkowo pytając czy nie chcemy przewodnika, raków i innych górskich gadżetów 🙂 Imlil leży na wysokości 1800 m npm, więc temperatura jest dużo niższa niż w Marrakeszu, zaczęło też padać, do tego niski pułap chmur zakrywał góry, ale sama wioska ma swój specyficzny klimat i nawet w złej pogodzie dla mnie tryska pozytywną energią. Daliśmy się namówić w lokalnej knajpce na herbatkę z miętą tzw. Berber Whisky, gdzie też się przepakowaliśmy, zabezpieczyliśmy plecaki pokrowcami wodoodpornymi i przebraliśmy się w kurtki, na zewnątrz rozpadał się deszcz na dobre, a do przejścia mieliśmy jeszcze około 2 kilometry do wioski Tamatert na wysokość ponad 2000 m npm. Trasa minęła bez większych problemów, znaliśmy ją już na pamięć, więc nawet wspinanie się po ciemku nie sprawiało nam żadnej trudności, jedyny problem jaki miałem to moja angina, ale antybiotyki działały dobrze, więc i ja funkcjonowałem jak należy 🙂

W środku wioski znajduje się meczet a obok niego nasz nocleg czyli Dar Atlas Charme, telefon do właściciela i jesteśmy już w środku 🙂 Miejsce zaskoczyło nas bardzo pozytywnie, ja i Bożenka mamy osobny pokój , Marcin również. Pokoje wielkie, urządzone nowoczesnie z elektrycznymi piecykami imitującymi kominek 🙂 suma summarum chyba najlepszy w naszej karierze nocleg w Maroko, do tego na starcie czajniczek herbatki miętowej, a za 200 dirhamów właściciel zobowiązał się ugotować nam kolację i tak po godzinie zostaliśmy uraczeni wazą pełną pysznej zupy, a za chwile na stole wylądował wielki tajine, w międzyczasie wymieniliśmy się z właścicielem numerami telefonu oraz kontami na whatsappie. Pojedzeni, popici idziemy do swoich pokoi, ustalamy jeszcze godzinę, o której jemy śniadanie i tak w akompaniamencie padającego deszczu kładziemy się spać, jutro podobno ma być pogoda 🙂

Ranek wygląda średnio zachęcająco, góry zasłonięte chmurami, za to na stoliku czeka na nas śniadanie, ciepła woda w termosie, mleko, chlebek marokański, placki, miodek, dżemik, jajka i jeszcze parę innych smacznych rzeczy 🙂 Pałaszując śniadanie przez wielkie okna obserwujemy pogodę, która z minuty na minutę robi się coraz lepsza, widzimy już pobliskie szczyty i błękit marokańskiego nieba, może nie zrobimy zaplanowanych wcześniej czterotysięczników, ale jest szansa na bardzo fajny treking. Najedzeni, spakowani (mamy ze sobą po 3 litry wody na głowę) ruszamy w drogę, właściciel jeszcze pyta czy jesteśmy właściwie wyposażeni, a jak potrzebujemy transportu na powrót to mamy mu dać znać.

Trasę mamy alternatywną, za wioską odbijamy w lewo, omijając górą Imlil, kierując się na wioskę Aroumd, po drodze mijamy wodospad przelewający się przez drogę, co zaczyna nam przypominać podróż sprzed paru lat do Nepalu. Widoki piękne, pogoda idealna i tak dochodzimy do wioski, tu trochę się kręcimy, ale miejscowi mieszkańcy pokazują nam właściwą drogę i po strzałkach na murach docieramy do meczetu, a dalej już do ogrodów, którymi kierujemy się wzdłuż koryta rzeki Oued Rheraya w kierunku głównego szlaku na najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego, Jabel Toubkal.

Trasa biegnie górą i możemy obserwować gąsienice turystów idących dolnym szlakiem, a przy okazji mamy okazję obejrzeć boisko piłkarskie 🙂 widoki cudne i jak na razie mało kogo spotykamy na trasie, jest idealnie. Tak docieramy do głównego szlaku, gdzie po drodze spotykamy małe karawany koni i osiołków wiozące prowiant i leniwych turystów 😛 nie jest tego dużo, idzie się bardzo przyjemnie, powolutku wspinamy się w górę podziwiając miejscowe szczyty bez nazw.

Tak docieramy do wioski na ponad 2300 m npm Sidi Chamarouch, gdzie za 150 dirhamów raczymy się wybornym tajine, zagryzając marokańskim chlebem i popijając miętową herbatą, w dole szumi rzeka rozbijając się o skały, tworząc małe oczka wodne i wodospady, do tego wokół ośnieżone szczyty, widoki idealne na obiad 🙂 … i tak przeleciała godzina. Ruszamy dalej, Marcin postanawia dojść do schroniska na 3200 m npm Les Muflons, my z racji tego, iż nie ma żadnych szans na zdobycie czterotysieczników olewamy sprawę, bo w sumie już tam byliśmy zdobywając Toubkala, uznaje się nam jednak zaatakować nienazwaną górę z fajnie rosnącym na szczycie drzewie jałowcowym 🙂 Marcin rusza szlakiem, a my wskakujemy na skały i idziemy też w górę, ale w innym kierunku. Umawiamy się z Marcinem, że nas dogoni jak będziemy wracać (ale trochę wątpimy w to, że mu się uda, bo droga do Muflonów jest dość długa i taka trochę upierdliwa)

Maps Me pokazuje mi kawałek drogi na szczyt, ale tylko tak gdzieś 1/3 trasy, resztę musimy improwizować, trasa niezbyt trudna, ale wokół same „kujkujki” czyli takie kłujące krzaki do których kiedyś wpadłem zdobywając Toubkala, moja ręka wtedy wygląda jak z kreskówek z Kojotem i Strusiem Pędziwiatrem, po zderzeniu z kaktusem czyli pełna powbijanych kolców 🙂 ale tym razem nie zaliczyłem wpadki, dotarliśmy do rosnącego hiszpańskiego jałowca i kawałek wyżej na szczyt wznoszący się na 2606 m npm, widok piękny, w dole dolina rzeki Oued Rheraya, a po bokach wielkie grzbiety trzytysieczników, cuuuudnie!!!!! Szczyt bez nazwy jak to? No to trzeba go oznaczyć iście po niedźwiedzikowatemu ocierając się o korę drzewa 🙂 no to teraz już jest nasz, ochrzciliśmy go Niedzwiedzikiem i to z okazji Międzynarodowego Dnia Misia, który właśnie obchodziliśmy 🙂

Wszystko co dobre kończy się źle, więc ruszamy z powrotem do wioski, nie śpieszy się nam bo w sumie liczymy na to, że Marcin nas dogoni. W wiosce dajemy się namówić na sok z pomarańczy w cenie 15 dirhamów od szklanki, chwilę rozmawiamy z właścicielem mini restauracji i ruszamy w dół. Bożenka ciągle przygląda się płynącej rzece i znajdującym się na niej wodospadom, hmm trzeba by jakoś się do nich dostać i tak tracimy godzinę na zejście i fotografowanie. Widok cudny, wodospad, góry, czad, panorama na starcie naszej opisówki właśnie jest z tego miejsca.

Powoli zbliża się zachód słońca, więc ruszamy w dół, aby nie pogubić się na trasie do wioski Aroumd. Docieramy tam, jest jeszcze jasno, przeciskamy się wąskimi uliczkami korzystając ze śladu zaznaczonego przez GPS, aby na końcu zostać otoczonym przez miejscowe dzieciaki 🙂 i tak pozbyliśmy się ciastek i czekolady co widać na zdjęciach po twarzach miejscowej latorośli 😛 Powoli zaczyna się robić ciemno, ale drogę znamy, do tego mamy ślad z GPS-u, a Marcina jak nie widać to nie widać. Snujemy wersję, że jak fotografowaliśmy wodospady to nas gdzieś minął i teraz wyleguje się na kanapie w holu 🙂 W międzyczasie na whatsappie zamawiam nam już kolację 🙂 wracamy do naszego Riadu, właściciel zaczyna martwić się o Marcina, chce już organizować „wyprawę ratowniczą”. Tłumaczymy mu, że to doświadczony turysta, ma GPS, telefon, latarkę i ciepłe ciuchy więc nie ma o niego strachu. Tak mija godzina nim wrócił Marcin, gdzie w międzyczasie jeszcze chyba z trzy, cztery razy właściciel pytał mnie czy aby nie pójść go ratować 😛 Marcin wrócił cały i zdrowy z wielkim uśmiechem na twarzy, bo w nocy miał swojego osobistego przewodnika. Przewodnik ów nie miał latarki więc korzystał ze światła Marcina, a Marcin korzystał ze skrótów, które on znał 🙂 i tak razem dotarli na miejsce, dużo szybciej niż gdyby szli osobno 🙂

Kolacja jak zwykle na wypasie, zupka, chlebek marokański, tajine, do tego herbatka miętowa, mniam….. podyskutowaliśmy z Marcinem o Muflonach, w międzyczasie dogadując się z właścicielem na taksówkę do Marrakeszu, która przyjedzie po nas pod sam Riad 🙂 Najedzeni oglądamy jeszcze zdjęcia, szybka toaleta i wskakujemy pod koce, wcześniej ustalając jeszcze, że śniadanie jemy tym razem o godzinie 9:00.

Ranek wita nas słoneczną pogodą i pysznym śniadankiem, pojedzeni pakujemy się i ruszamy Grand Taxi do Marrakeszu, podziwiając po drodze szczyty Atlasu 🙂 Wysiadamy przy placu el-Fnaa i od razu ruszamy do znanego nam już z wypadu w 2014 roku Riad Hayat, na miejscu widać, że riad został poddany lekkiemu liftingowi, zmienił się też właściciel. Dowiadujemy się też, że o śniadaniu o godzinie 7:00 możemy zapomnieć i za bardzo nic nie dostaniemy wzamian. Nic, trzeci raz już tu na pewno nie zagościmy. Dochodzi jeszcze problem z wcześniejszym zameldowaniem, niby mailem było uzgodnione, że się da, a tak naprawdę musieliśmy godzinę czekać, sumując: miejsce może dobrze usytuowane bo blisko głównego placu, ale właściciel i klimat już nie ten sam, a szkoda :/

Ruszamy na miasto, trzeba załatwić wydrukowanie karty pokładowej, bo na lotnisku nie obowiązują karty elektroniczne, kawałek od naszego riadu jest księgarnia, gdzie za 30 dirhamów drukujemy trzy karty pokładowe. Zadowoleni ruszamy coś zjeść, wybór pada na najwyższy chyba taras przy placu, czyli restaurację El Waha, bardzo sympatyczny kelner, najlepsze ceny w okolicy, dobre jedzenie i najlepszy widok na plac el-Fnaa co nam więcej trzeba, tak mija ponad godzina. Marcin chce zobaczyć ogrody Jardin Majorelle więc ruszamy na przystanek autobusowy i za 4 dirhamy pomykamy gdzieś w okolicę ogrodów 🙂 zwiedzając po drodze niezabytkową część miasta. My odpuszczamy sobie ogrody, zasiadamy w pobliskiej kafejce przy kawusi, do tego zamawiamy pyszne wieeelkie ciasto czekoladowe … mniam 🙂 Tak mija nam czas w towarzystwie miejscowych kotów, Marcin wraca, ruszamy dalej, wsiadamy do autobusu L 4 aby dojechać do placu, ale okazuje się, że autobus może i do placu jeździ, ale w innym kierunku, więc lądujemy na centralnym dworcu autobusowym. Dworzec też fajny, robimy małe rozpoznanie, więc jak się nam zachce jechać gdzieś indziej to już wiemy co i jak, a przy okazji trafiamy na miejscowy targ (nieturystyczny) gdzie trafiamy Małego Księcia w wersji arabskiej 🙂 Zadowoleni kierujemy się na plac, po drodze kupując olej arganowy, magnesy dla znajomych i różne dziwne marokańskie pachnidła, zasada jest taka, iż im dalej od el-Fnaa tym taniej 🙂 Powoli robi się ciemno, a że znowu zgłodnieliśmy ruszamy do El Waha na wyżerkę, do tego sycąc oczy z tarasu widokiem placu w nocy 🙂 najedzeni ruszamy jeszcze na spacer po el-Fnaa i powoli kierujemy się do naszego riadu, tam szybka kawusia na dachu i idziemy spać, rano pobudka w godzinach bardzo traumatycznych gdzieś około 6:00 🙂

W przeciwieństwie do Imlil, rano w Marakeszu jest ciepło, pakujemy się (pod łóżkiem znajdujemy nie naszą skarpetę możliwe, że od Zgredka) i ruszamy na taksi. Za 50-60 dirhamów można dojechać na lotnisko, tak też robimy i około 8:00 jesteśmy już na lotnisku, gdzie w restauracji raczymy się pysznym śniadankiem z wyciskanym sokiem z pomarańczek i pyszną kawusią 🙂 Odprawy przebiegają sprawnie w sympatycznej atmosferze i za 4 godziny z hakiem lądujemy w Krakowie, skąd samochodem ruszamy do naszej kochanej Pszczyny 🙂