... czyli podróże małe i duże ...

Ukraina – Kijów 2018

… czyli w górę i w dół 🙂

Kijów jesienią

Ukraina to kraj do, którego mamy bardzo duży sentyment. Sympatyczni ludzie, cudowna przyroda, bardzo dobre jedzenie i tani alkohol 🙂 Dlatego też jakoś zbytnio się nie zastanawialiśmy z kupnem biletu do Kijowa. Późna jesień ,więc może być różnie z pogodą, jak to mówią, nie ma złej pogody jest tylko złe ubranie … ale zacznijmy od początku czyli od technicznych aspektów wyjazdu:

Lot liniami Wizzair – 138 zł tam i powrót na osobę

Hotel Trias – 1540 Hrywien około 208 złotych dwa noclegi dla 3 osób

Metro – żeton na wejście 4 hrywny

Karta telefoniczna – Kyivstar 140 hrywien 3 giga internet

Wyjście na statuę Matki Ojczyzny – 300 hrywien

Uber

Maps me

Jakieś drobne na wstępy, jedzenie etc.

Lot mieliśmy z Katowic, więc wraz z naszym znajomym Marcinem (poznanym na wypadzie do CERN) ruszyliśmy na lotnisko. Sama podróż przebiegała bezproblemowo, powiem więcej, dolecieliśmy 20 minut przed czasem 🙂 Zaraz obok lotniska mieliśmy Narodowe Muzeum Lotnictwa im. Olega Antonova, dla nas miejsce obowiązkowe do odwiedzenia. Czego tam nie było, dużo Migów w tym mój ulubiony 29, do niektórych maszyn można było wejść do środka i tak odwiedziliśmy prezydenckiego TU – 134A, transportowego potwora ze śmigłowców Mi-28, gdzie pan z obsługi muzeum opowiadał nam o aspektach technicznych tego kolosa, do tego mogliśmy usiąść za jego sterami. Wewnątrz znajdował się komputer polskiej produkcji, takie wielkie 4 duże szafy, oraz różne czarne skrzynki, które i tak nie są czarne 🙂 Można było usiąść w fotelu pilota przed małą wieżą kontroli lotów, obejrzeć bombowce strategiczne, rakiety przenoszące głowice nuklearne, posiedzieć w samolotach pasażerskich, które jeszcze niedawno latały w naszym LOT-cie i tak uciekły 3 godziny 🙂

Ruszyliśmy z powrotem na lotnisko zakupić kartę telefoniczną, 140 hrywien mniej i sympatyczny Ukrainiec konfiguruje mi telefon, cóż zostaje tylko zamówić Ubera, cena pod hotel ok 100 hrywien, a u taksówkarza 10 euro. Nie komentuję tego bo do taksówkarzy ja nie mam siły.

Wpisałem nazwę hotelu w Ubera, ruszamy, ale… dowiaduję się że nie ten adres 🙂 nazwa hotelu ma średnio cokolwiek wspólnego z naszym hotelem. Wysiedliśmy i dalej poszliśmy piechotą, po drodze racząc się hot dogami z budki na ulicy 🙂 Byliśmy dość blisko hotelu więc szło się przyjemnie i za parę minut dotarliśmy na miejsce. Hotel znajdował się na 9 piętrze jakiegoś wieżowca, dostaliśmy apartament dwupokojowy. bardzo przyjemny i chyba niedawno wyremontowany bo … nie było żyrandoli tylko same żarówki 😛 za to widok na Kijów z 9 pietra bardzo przyjemny. Winda też niczego sobie (trochę baliśmy się nią jeździć) i pan portier na wejściu, ogólnie miejsce bardzo bezpieczne blisko do metra i blisko do sklepów, nawet całodobowych.

Po odpoczynku postanowiliśmy ruszyć coś zjeść, padło na sprawdzoną na Ukrainie sieciówkę Puzata Hata, oj tam pofolgowaliśmy sobie kulinarnie, jak zwykle solanka na pierwszy rzut a później szkoda gadać, niebo w gębie 🙂 i to za rozsądne pieniądze, ale wiadomo gdzie są sami lokalesi to też i jedzenie dobre i tanio 🙂 Po drodze do naszej żarłoczni mijaliśmy Stadion Olimpijski, ale jakoś tak nie chciało nam się sprawdzić czy można wejść do środka.

Czas nas trochę gonił, więc postanowiliśmy ruszyć do naszego następnego celu czyli muzeum Katastrofy Czarnobylskiej, my już parę lat wcześniej na wycieczce do „zony” odwiedziliśmy to muzeum, ale Marcin tam nie był, więc postanowiliśmy zobaczyć go jeszcze raz. Ruszyliśmy kijowskim metrem, bardzo klimatycznym, dodać należy, że jest to najgłębsze metro na świecie, ale o tym później.

O muzeum Katastrofy Czarnobylskiej nie będę się rozwodził, gdyż pisaliśmy już na ten temat w naszej relacji z wypadu do „zony” <link>, niewiele też zmieniło się od naszego ostatniego pobytu. Dodana została ekspozycja związana z tragedią na japońskiej Fukushimie. Od siebie mogę dodać, że jako męski osobnik jestem dość odporny, ale łódź z zabawkami dzieci, które zginęły w tej tragedii bardzo daje do myślenia. :/

Na zewnątrz zrobiło się już ciemno, postanowiliśmy coś przekąsić i poszliśmy do pizzerii znajdującej się niedaleko muzeum, chwile posiedzieliśmy, zjedliśmy jakieś ciacho i ruszyliśmy dalej. Tak dotarliśmy na Plac Kontraktowy, gdzie oczywiście zainteresowało nas diabelskie koło oświetlone na biało, na początku mieliśmy ochotę się przejechać, ale im byliśmy bliżej tym bardziej się nam nie chciało i finalnie daliśmy sobie spokój 🙂

Ruszyliśmy metrem w kierunku Majdanu czyli Placu Niepodległości, wysiedliśmy na stacji Chryszczatyk czyli głównej alei kijowskiej, gdzie wieczorem możemy popatrzyć na występy miejscowych artystów i tak straciliśmy spokojnie godzinę patrząc na pokaz tańca nowoczesnego i słuchając muzyki granej na ulicy. Doszliśmy do Majdanu, tam udaliśmy się w kierunku Hotelu Ukraina, gdzie z dachu galerii handlowej można było popatrzyć na panoramę, po drodze mijaliśmy kolumnę na której znajduję się pomnik bogini Berehynia, po drodze zostaliśmy zaczepieni przez dziewczynę sprzedającą jakieś plecionki, dostała ode mnie garść czeskich koron i chorwackich kun (bo tylko takie monety zostały nam w portfelu po ostatnich wyjazdach), gdzie to wymieni to już nie wiem 🙂 Na dachowym tarasie, można napić się piwka, ewentualnie wódeczki jeśli się oba te trunki przyniesie samemu 🙂 Ot taka fajna wyluzowana atmosfera, ale wszystko co dobre szybko się kończy, ruszyliśmy pooglądać globus i niedziałające fontanny. Ot czas szybko płynie, a że byliśmy na nogach od 3 w nocy, zaczęliśmy powoli być zmęczeni, ruszyliśmy do metra aby kierować się na nasz hotel, po drodze posłuchaliśmy jeszcze koncertu na pianinie miejscowego artysty (ja w międzyczasie odwiedziłem salon Xiaomi), aby finalnie już udać się do stacji Pałac Ukraina, a stamtąd piechotką do naszej bazy. Na miejscu Marcina zaczął dopadać sen, a ja wraz z Bożenką ruszyliśmy do sklepu kupić herbatę i jakieś piwo 🙂 po drodze zaczepił nas jakiś miejscowy pijaczek, nie chciał z nami zbytnio dyskutować bo stwierdził, że jesteśmy z Rosji, a on Rosjan nie lubi, w sumie się mu nie dziwię. W hotelu odcięło Marcina, wyglądał jak jakiś meksykański rapero-gangus z kapturem na głowie rozłożony na sofie 😛 i tak wesoło upłynął nam pierwszy dzień 🙂

Z racji tego, iż drugim dniem była niedziela postanowiliśmy pojechać na ukraiński targ staroci o nazwie Kurazh Bazar, zapakowaliśmy się do metra i zgodnie z namiarami GPS wysiedliśmy na stacji Vystavkovyi Tsentr, gdzie ruszyliśmy na teren parku Expocenter of Ukraine. Park sam w sobie fajny, fontanny, wielkie budynki, place, a bazaru jak nie ma tak nie ma, pytaliśmy kilka osób, ale nie doszliśmy do tego kiedy i jak. Najprawdopodobniej odbywa się w jakieś konkretne dni, a nie jak pisało w internetach co niedzielę.

No nic, ruszamy dalej, a dokładnie do clue naszego wypadu, czyli Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej upamiętniającego II Wojnę Światową. W muzeum tym już byliśmy, ale mieliśmy mało czasu i bardzo dużo rzeczy nie zobaczyliśmy łącznie z Pomnikiem Matki Ojczyzny. Tym razem nie mogliśmy tego opuścić i w godzinach południowych staliśmy u stóp 102 metrowej Matki Ojczyzny. No fajnie, ale gdzie wejście! Obeszliśmy pomnik dookoła i wszystko zamknięte, łącznie z zakazem wejścia na schody :/ (de facto świetne miejsce na spacer, widokowe i w ogóle). Nic schodzimy niżej… jest wejście. No to już się cieszymy, bo jest szansa na wejście na tarczę najwyższego pomnika w Kijowie, zasuwamy do kasy. Pani mówi owszem, ale musimy dogadać się z przewodnikiem, tu już wszystko idzie szybko wiemy, że musimy poczekać godzinę i można wejść tylko w dwie osoby, więc ja i Bożenka idziemy, Marcin musi zostać (Marcin wybrał taras widokowy trochę niżej, ale za to z widokiem pełne 360 stopni). Została godzina, więc idziemy na czołgi 🙂 Na placu przed pomnikiem stoją sobie trzy czołgi, gdzie można sobie cyknąć fotki, ale też się po nich powspinać, zabawy co niemiara 🙂 do tego w podziemiach pomnika jest całkiem fajna kawiarnia, więc czas umilamy sobie kawusią i miejscowymi wypiekami 🙂 Nadszedł nasz czas, ruszamy pod kasę na spotkanie z przewodnikiem. Na miejscu spotykamy innego, który mówi nam żebyśmy byli przygotowani, bo za 15 minut przyjdzie jego kolega po nas 🙂 Tak też się i stało, bardzo miły przewodnik zabrał nas do windy, czuliśmy się jak w jakimś tajnym pomieszczeniu KGB. Winda ciasna w kolorze brązu z telefonem rodem z filmów z Jamesem Bondem, wychodzimy z windy do marmurowej Sali Bohaterów, gdzie na ścianach wyryto imiona ponad 11 tysięcy żołnierzy i 200 robotników, którzy otrzymali tytuły Bohatera Związku Radzieckiego i Bohatera Pracy Socjalistycznej. Kubatura pomieszczenia jest potężna i robi duże wrażenie, ale to nie koniec naszej wycieczki, ruszamy drugą równie klimatyczną windą w górę na wysokość 61 metrów, tam zaczyna się już zabawa. Klimatyczne schody, nasz przewodnik zapina nam uprzęże, krótki instruktarz i ruszamy. Dochodzimy do wielkiej rury, tam zostajemy przypięci do stalowej linki i wspinamy się w górę, niczym w silosach pocisków nuklearnych 🙂 Na samym końcu taki trochę skomplikowany zakręt i wychodzimy włazem niczym żółwie ninja z kanałów do stalowej klatki przymocowanej do tarczy trzymanej przez Matkę Ojczyznę. Widok jest niesamowity! Wart każdej wydanej hrywny! Do tego przewodnik opisuje nam wszystkie główne budynki widoczne z tego miejsca, a widok miecza trzymanego w drugiej dłoni Matki Ojczyzny robi piorunujące wrażenie. Schodzimy tą samą drogą, miejscami jest trudniej, bo nie widzimy gdzie stawiamy stopy, ale wszystko dobrze się kończy, wracamy do Sali Bohaterów, a z niej z powrotem pod kasy.

Na miejscu szukamy Marcina, ale gdzieś nam się zapodział, więc kupujemy bilety do znajdującego się na parterze muzeum związanego z konfliktem Ukraińsko – Rosyjskim w rejonie Krymu, a w kolejnych salach możemy zobaczyć sprzęt z II Wojny Światowej. Trzeba przyznać, że Ukraińcy potrafią w bardzo ciekawy sposób stworzyć ekspozycje muzealne, bardzo szybko ucieka nam tam czas, a zostało do obejrzenia jeszcze sporo sprzętu wojskowego i tak ruszyliśmy w kierunku ekspozycji kolejnych machin wojennych. Posiedzieliśmy za sterami Miga, Ił-a, obejrzeliśmy czołgi, wyrzutnie samobieżne, okręt wojenny i masę innego sprzętu wojskowego, jak za pierwszą nasza wizytą w tym muzeum tak samo teraz brakło nam czasu. Zrobiło się ciemno, zaczęliśmy być głodni. Czas zamówić Ubera i uciekamy do Puzatej Chaty na obiadokolację 🙂

Jeszcze było nam mało, byliśmy na jednym z najwyższych punktów w Kijowie, więc czas odwiedzić najniżej położoną stację metra na świecie, czyli Arsenalna. Bożenka sprawdziła czas dojścia na peron położony na głębokości 105 metrów pod powierzchnią ziemi – ponad 4 minuty jazdy schodami ruchomymi 🙂 trzeba też dodać, iż kijowskie metro ma bardzo szybkie schody ruchome, co na początku było dla nas dużym zaskoczeniem.

Czyli komplet w jednym dniu 91 m w górę i 105 metrów w dół 🙂 ale dalej mamy mało, ruszamy na kolejkę szynowo-linową. Wsiadamy do metra i wysiadamy na stacji Poshtova, gdzie za 4 hrywny jedziemy w górę kolejką 🙂 Mijamy Monastyr św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach, okazały budynek Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy, Pomnik Ofiar Wielkiego Głodu. W oddali widzieliśmy pomnik Bohdana Chmielnickiego (ciepło nazwanego przez nas Bogusiem, mimo że za jego panowania dostaliśmy jako Polacy bęcki), ale ten rejon zostawiliśmy sobie na następny dzień. Czas powoli ruszać do hotelu, ale nie chcieliśmy zjeżdżać jak lenie kolejką więc postanowiliśmy zejść z tym, że trasa nieoświetlona i nie do końca skończona, a co za tym idzie szliśmy przez las radośnie potykając o korzenie wywracając się 😛 i tak dotarliśmy do cywilizacji. Po drodze zahaczyliśmy o kafejkę, a Marcin poszedł zobaczyć Łuk Przyjaźni Narodów (nam się już nie chciało), spotkaliśmy się przy dolnej stacji kolejki i ruszyliśmy padnięci do hotelu. Tak zakończył się drugi dzień naszego pobytu w Kijowie 🙂

Trzeci dzień i ostatni zaczęliśmy od wymeldowania się z hotelu, bez żadnych przeszkód ruszamy dalej, na główny dworzec kolejowy w Kijowie, tam też zostawiamy zamknięte w metalowych szafkach nasze bagaże. Jedna szafka to 40 hrywien za 24 godziny przechowywania, szafki zamykają się na szyfr, który ustawiamy czterema pokrętłami, od wewnętrznej strony drzwiczek (przydaje się znajomość cyrylicy) sama czynność jest prosta mimo, iż na początku wyglądało to dość skomplikowanie. Z depozytu na dworcu można skorzystać na dwa sposoby, samoobsługowo jak my, bądź udać się do okienka i przekazać bagaż obsłudze, która umieści go w odpowiednim miejscu i da najprawdopodobniej jakiś żeton/numerek, depozyt bagażu znajduje się w piwnicach dworca, znaleźć tam też można mocno oblegane toalety 🙂 Trzeba dodać, iż w tym rejonie są dwa dworce, jeden lokalny, gdzie najpierw trafiliśmy, oraz międzynarodowy (główny) i na tym drugim znajdują się depozyty, ten pierwszy jest zaraz obok wyjścia z metra.

Głodni ruszamy do pobliskiej Puzatej Chaty, jak zwykle taca pełna ukraińskich specjałów, tym razem na deser jedliśmy sernik popijając kawusią 🙂

Najedzeni ruszamy zobaczyć pomnik Bogusia, metrem do stacji Poshtova, dalej kolejką pod Monastyr św. Michała Archanioła o Złotych Kopułach, kupujemy magnesy i idziemy ogrodem zwiedzać sam monastyr, kościół prawosławny słynie z bogatych zdobień co i tym razem mogliśmy zobaczyć, dalej dziedzińcem wychodzimy na zewnątrz przechodząc obok Pomnika Ofiar Wielkiego Głodu, aby finalnie dojść do do dzwonnicy Soboru Mądrości Bożej. Co do samego Soboru, to weszliśmy tylko na jego teren i powspinaliśmy się po dzwonnicy, jakoś tak nie mieliśmy ochoty zwiedzać całego kompleksu, który notabene jest chyba najdroższym turystycznym miejscem w Kijowie, a co do dzwonnicy, ano widok z niej bardzo fajny, szczególnie w stronę Bogusia 🙂 moim zdaniem dzwonnica ciekawsza niż rejon Soboru, ale to kwestia gustu.

Ruszamy dalej przechodząc obok Bogusia pod Cerkiew Św. Andrzeja, sama cerkiew jest w trakcie remontu i do środka wejść nie można, za to można pokręcić na wzgórzu wokół niej, spoglądając na panoramę Kijowa z leniwie płynącym w dole Dnieprem, ruszamy dalej obok domu Bułhakowa i tym miejscem bardzo się zawiedliśmy. 5 lat temu ulica ta robiła na nas wrażenie, teraz no cóż pełno stoisk z chińszczyzną po kosmicznych cenach nawet dla polaka. Tu słyszymy non stop angielski, a to od razu wskazuje, że ceny będą turbo turystyczne, tandetne bluzy z napisem Czarnobyl, mnóstwo agencji organizujących wyjazdy do „zony”, ot miejsce straciło swój urok (kurła kiedyś to było). Odwiedziliśmy jeszcze Hostel Dream House w którym byliśmy 5 lat temu, dalej wygląda bardzo klimatyczne i zachęcająco 🙂 Poszwendaliśmy się po miejscach widokowych w rejonie Zamkowej Góry, sumując dla nas było to najsłabsze miejsce w całym Kijowie do tego stopnia się tu źle czuliśmy, że olaliśmy odwiedzenie domu/muzeum Błuhakowa.

Czas pędzi nie ubłagalnie, ruszyliśmy w kierunku naszej ulubionej ukraińskiej restauracji zjeść ostatni w Kijowie posiłek, dla mnie już zabrakło solanki :/ ale barszcz ukraiński równie dobry. Najedzeni ruszamy w kierunku dworca odebrać swoje bagaże, Bożenka jak niewierny Tomasz, nie wierzy w to, że otworzę szafkę de facto przezemnie zakodowaną, do tego na miejscu jakiś pan się zakręcił i pani z obsługi specjalnym kluczem otworzyła mu szafkę przy akompaniamencie dzwonka szkolnego sygnalizującego nieautoryzowane otwarcie 🙂 W naszym przypadku było normalnie, dwa Marciny otworzyły szafki niczym zawodowi kasiarze sejf 🙂

Zrobiło się już ciemno, nawigując się idziemy do supermarketu, żeby zakupić małe co nieco, czyli….4 butelki koniaku Shustoff 😛 po drodze trafiamy jeszcze do sklepu militarystycznego, gdzie z racji tego, iż jesteśmy z Polski dostajemy upust na zakupy, ot miły akcent od sprzedawcy 🙂 ogólnie jak ktoś bawi się w ASG itp. to warto zainteresować się Ukrainą, dużo tam dobrego jakościowo sprzętu i w dobrych cenach.

Jeszcze łyk kompotu 🙂 (akurat kwas się skończył) w ukraińskiej restauracji i zamawiamy Ubera na lotnisko, sprawy lotniskowe w związku ze zmianą polityki bagażowej przez Wizzair były oczywiście zakręcone, dobrze bawiliśmy się pakując i wypakowując bagaże, ale jak to z nami bywa wszystko skończyło się dobrze i o czasie wystartowaliśmy.

Kijów na jesienny weekend to strzał w dziesiątkę, jesteśmy tu już drugi raz i na pewno wrócimy, zostało wiele do odwiedzenia, ot choćby Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, którego znowu nie udało się nam obejrzeć do końca 🙂