... czyli podróże małe i duże ...

Santo Antão trekking 2026

czyli… Wyspy Zielonego Przylądka na własną rękę

Santo Antão trekking – turyści idą kamiennym szlakiem wśród skalistych zboczy na wyspie Santo Antão, Wyspy Zielonego Przylądka

8 – 16 luty 2026 

Pomysł na Wyspy Zielonego Przylądka narodził nam się w głowach już dawno, tylko problemem był dolot. Głównie latają tam czartery, a te są w sezonie wakacyjnym, co za tym idzie – cena nie jest ciekawa. Do tego latają na wyspę Sal i to też nam średnio pasuje, bo nie lubimy kurortów. Jakoś tak przypadkowo trafiliśmy na bloga celwpodrozy.pl i jego autorka zainspirowała nas wyspą Santo Antão. Santo Antão trekking to był główny cel naszego wyjazdu na Wyspy Zielonego Przylądka.

Wyspy Zielonego Przylądka na własną rękę – jak się tam dostaliśmy

Zabieramy się za poszukiwania i tak wyszukałem loty z Paryża liniami Cabo Verde Airlines na wyspę São Vicente. Stamtąd już łatwo dostać się promem na Santo Antão, więc kupujemy bilety. Dodatkowo kupujemy bilet liniami easyJet z Krakowa do Paryża, bo jakoś trzeba tam dolecieć i wrócić. Kupujemy też bilety na prom z Mindelo do Porto Novo i z powrotem (bilet w obie strony kosztuje 3000 escudo od osoby) oraz uiszczamy opłatę lotniskową. Wizy nie ma, ale jest opłata lotniskowa – 3400 escudo od osoby. To tyle opłat na start.

I tak 8 lutego 2026 roku dreptamy na dworzec kolejowy w Czechowicach-Dziedzicach, gdzie bez niespodzianek wsiadamy do pociągu w kierunku Krakowa. Jedzie z nami jeszcze nasz kolega Marcin, który już nie raz z nami bywał w różnych dziwnych miejscach.

São Vicente i Mindelo – początek podróży po Cabo Verde

Loty i noclegi w Paryżu przebiegają bez niespodzianek. Na wyspie São Vicente lądujemy 9 lutego około godziny 15:00 i szybko znajdujemy taksówkę za 12 euro do naszego apartamentu. Cena jest ustalana z góry i raczej nie do negocjacji. Nie trafiliśmy też na alternatywę w postaci transportu zbiorowego, zwanego na wyspach aluguer. Z tego, co widziałem na mapach i czego dowiedziałem się ostatniego dnia pobytu, jeździ autobus do miasteczka.

Przystanek jest niedaleko ronda, ale o której i jak to działa – nie wiem. Naszym pierwszym celem jest największe miasto wyspy, Mindelo, gdzie mamy wynajęty apartament Casa da Luz. Apartament na drugim piętrze, bardzo przestronny, z dwoma sypialniami i balkonem. Oczywiście jest i klimatyzacja, ale tak szczerze temperatura jest jak na Maderze czy Azorach, więc mamy wieczną wiosnę.

Ruszamy na miasto, trzeba coś zjeść. Oczywiście polecajki z Google są o kant, bo tam, gdzie się wbiliśmy (La Pergola), ceny były jakby z kosmosu, a personel też nie był nami zbytnio zainteresowany. Olaliśmy i ruszyliśmy sprawdzić, gdzie startuje nasz prom. Miejscówka znaleziona, więc ruszamy znaleźć inną knajpkę, a w międzyczasie kupujemy kartę telefoniczną z internetem sieci UNITEL. Trafiamy do Coctail Mindel – duży taras, normalne ceny, więc zostajemy. Z tym że jest mały problem: obsługa nie mówi po angielsku, a po portugalsku to potrafię powiedzieć dzień dobry i dziękuję (no, jeszcze znam pozdrowienie dla krów).

No cóż, pani kelnerka raczej zbytnio nie rozumie, co od niej chcę, więc pokazując palcem, zamawiamy klasyczne danie – cachupę. Ja z mięskiem, Bożenka z rybą, a co Marcin, to już nie pamiętam. Do tego bierzemy piwo. Cachupa to taka ich mieszanka kukurydzy, fasoli i manioku. Różnie to podają. Na stronach wyczytaliśmy, iż jest to gulasz, my dostaliśmy raczej coś o konsystencji naszej sałatki jarzynowej. Smaczne, tanie i pożywne. Najedzeni postanowiliśmy odwiedzić pobliski market, aby kupić przekąski oraz jakieś piwko na wieczór.

Markety owszem są, ale tak jakoś dziwnie zaopatrzone, a przed marketami lubią stać żebrzący panowie. Do mnie jeden zagaduje i pyta, czy nie kupię mu mleka (give me one milk). Zastanawia mnie, na cholerę mu mleko, i tak sobie kminię, chodząc po sklepie, ale olałem. Kupiliśmy, co mieliśmy kupić, i ruszamy do naszego apartamentu. Tam się na dobre rozpakowujemy i degustujemy miejscowe piwo. Z Marcinem dyskutujemy o tych żebrzących. Mówi mi, że chcieli od niego 1000 escudo, a ja mówię, że ode mnie mleko. Nagle łapię, że nie chodziło o one milk, tylko one mil, czyli 1000 po portugalsku. 🙂 Zagadka z mlekiem rozwiązana.

Marcin znalazł stadion, a w oddali słyszymy jakby bębny, czyli pewnie jest jakiś mecz. Ja z Bożenką tak średnio za piłką przepadamy i zbytnio się tym nie interesujemy, ale Marcin kombinuje, jakby nas tam wyciągnąć. Po kilku namowach ruszamy. Jest już ciemno, więc we trójkę bezpieczniej. Z tym że Mindelo wydaje się bardzo bezpiecznym miejscem. Widać policję, mieszkańcy bardzo sympatyczni i pomocni. Ruszamy w kierunku stadionu, po drodze mijając bardzo fajne murale. Ogólnie na São Vicente i Santo Antão jest dużo bardzo ładnych murali.

Odgłos bębnów jest coraz bliżej, aż trafiamy na stadion, a raczej boisko za murem, a tam niespodzianka. Mieszkańcy trenują przed finałem karnawału. Taniec, zabawa, muzyka – naprawdę warto było się wybrać i tak w latynoskich rytmach spędzamy tam ponad godzinę. Lekko ogłuszeni dźwiękami wracamy do naszego apartamentu i kładziemy się spać. W międzyczasie Marcin jeszcze zauważył, że nasz prom jest o 8:00 (!), a nie o 9:00, więc ustawiamy zegarki na 6:30, aby być na miejscu o 7:00.

Prom z Mindelo na Santo Antão i dojazd do Ponta do Sol

Poranek bez niespodzianek. Około 7:10 wtaczamy się do poczekalni mieszczącej się w takim dużym hangarze. Około 7:30 ruszamy pod bramę, gdzie sprawdzają nam bilety, i pakujemy się na prom. Siadamy w wygodnych fotelach i praktycznie równo o godzinie 8:00 odpływamy. Trochę wieje, więc promem buja, co dla mnie i Marcina jest dużą atrakcją. Bożenka z racji choroby lokomocyjnej odpuszcza sobie chodzenie po pokładzie.

My za to dobrze bawimy się szczególnie na górnym pokładzie, gdzie najbardziej buja. Wszystko, co dobre, w końcu się nudzi, więc wracamy do Bożenki, a ja ruszam kupić kawę. Ceny na promie takie jak w mieście – kawa 100 escudo, czyli niecałe euro. Kawa kawą, ale donieść ją do naszych siedzeń to już inna para kaloszy. Jakoś się udało i wraz z Bożenką raczymy się bardzo smaczną kawą.

Tak mija godzina i praktycznie o 9:00 dopływamy do miasteczka. Ruszamy na mały rekonesans, po drodze raczymy się oczywiście cachupą i zapijamy ją ponchą. Tak jakoś dostajemy się do centrum Porto Novo, gdzie udaje nam się złapać transport do naszej głównej bazy, czyli miejscowości Ponta do Sol. Tam mamy nocleg na kilka dni i stamtąd też zaczynają się i kończą najciekawsze szlaki.

Trasa mija nam w bardzo wesołej atmosferze, bo jedziemy na pace pickupa i podziwiamy wulkaniczny krajobraz wyspy. Praktycznie jedziemy wschodnim wybrzeżem wyspy aż do jej zielonej północy. Po drodze mijamy Cidade das Pombas i drugie bliskie nam miasteczko – Ribeira Grande – bo tutaj wysiadamy. Nasz kierowca od razu organizuje nam transport do Ponta do Sol, więc nawet nie mamy czasu się zastanowić, co, gdzie i jak. Odległość od Ribeira Grande do Ponta do Sol to już tylko kilka kilometrów, więc za chwilę lądujemy na centralnym placu miejscowości.

Ponta do Sol – pierwsze spotkanie z Santo Antão

Od razu idziemy ogarnąć nasz nocleg Casa Celeste i po rozpakowaniu ruszamy na zwiedzanie. Ogólnie miejscówka bardzo ciekawa: mamy m.in. opuszczone stare lotnisko, a w sumie głównie pas startowy, ukrytą za nim plażę, fajne murale, skały z, jak to określiła Bożenka, żaboludem oraz naprawdę świetny zachód słońca. Ogólnie szwendamy się po miejscowości i mamy z tego masę uciechy, bo rejon opuszczonego lotniska robi naprawdę świetne wrażenie. Brzeg oceanu, skały, piasek i pas startowy, do tego mała ukryta plaża, gdzie spotykamy odpoczywających lokalesów. Nacieszyliśmy się lotniskiem, ruszamy dalej w kierunku małego portu Boca de Pistola, gdzie na niby malujemy łodzie, cieszymy się muralami i brzegiem, po czym ruszamy w kierunku ulicy Rue de Papasa.

Na końcu mamy skały: na jednej z nich jest krzyż, a na drugiej żabolud :), czyli taki, nazwijmy to, pomnik pływającego nurka. Zbliża się zachód słońca, a my sobie siedzimy i delektujemy się pięknymi widokami. Wieczór i noc w Ponta do Sol są idylliczne, a kręcenie się po uliczkach jest bardzo przyjemne. Wracamy do naszego apartamentu i tam z właścicielką ogarniamy sobie transport do miejscowości Cruzinha, skąd ciągnie się 15-kilometrowy szlak wzdłuż wybrzeża aż do Ponta do Sol. Tak kończy się nam pierwszy dzień na Santo Antão.

Trekking Cruzinha – Fontainhas – Ponta do Sol

Ranek bez niespodzianek: śniadanko, kierowca już na nas czeka i ruszamy do Cruzinha. Po drodze kierowca zatrzymuje się w widokowych miejscach, abyśmy mieli namiastkę tego, co możemy zobaczyć. Wyżej jest też wyraźnie dużo chłodniej, tym bardziej o poranku. Trasa to około 30 kilometrów krętymi drogami, więc mniej więcej po godzinie jesteśmy w Cruzinha. Trafić na szlak nie ma większego problemu. My ruszamy bezpośrednio z wioski, chociaż niektórzy turyści jadą jeszcze kawałek dalej, bo droga, mimo iż polna, jest dobrej jakości.

My jednak postanowiliśmy iść piechotą i to był strzał w dziesiątkę, bo niedaleko resortu Questel Bronq mamy czarną plażę, a na niej przez dłuższy czas jesteśmy sami. Gdy już zamierzamy wracać na szlak, dołącza do nas para, która przyszła z resortu. Zostawiamy ich, aby delektowali się tym, co my przed chwilą, i ruszamy dalej. Nie będę się rozpisywał i spojlerował, co widzieliśmy na szlaku, ale jest naprawdę bardzo urozmaicony. Do tego można pobawić się w szukanie znajdziek i odbijanie w pobliskie boczne ścieżki. Raz w lewo w kierunku oceanu, a raz w prawo w kierunku gór.

Za czarną plażą, już na szlaku, mamy drogowskaz wskazujący dalszy kierunek trasy. Jest też droga w prawo, powoli wspinająca się w górę. W pewnym momencie wchodzimy w taką dolinę, gdzie wszędzie wokół mamy wysokie skały. Zanika szum morza, a idąc dalej, trafiamy na jakieś zapomniane pole uprawne ogrodzone murem z kamieni. Dalej nie idziemy, bo jednak już trochę zboczyliśmy ze szlaku, ale ta zieleń wokół nas robi piorunujące wrażenie.

Można też wypatrzyć opuszczone domostwa rybackie znajdujące się w skałach zaraz przy oceanie. Za Corvo, z tego, co pamiętam, skręcamy tym razem w prawo i schodzimy dość mocno w dół, aż do poziomu oceanu. Tam znajdujemy mały domek, w którym został jakiś stary rybacki sprzęt. Ot, kolejna znajdźka.

Co chwilę mamy cudowne miejsca do obserwacji krajobrazu. Trafiają się ruiny dawnych domostw, gdzie odpoczywamy trochę dłużej zwiedzając ten rejon. Jest też sympatyczny osiołek. Finalnie mamy niespodziankę, bo trasa biegnie przez niezwykle malowniczą miejscowość Fontainhas, której kolorowe domy przyklejone do stromego zbocza robią kapitalne wrażenie

Od wioski trasa biegnie już asfaltem aż do samego Ponta do Sol. Mieliśmy iść 15 kilometrów, ale wyszło o 5 więcej, bo nie sposób nie pójść w bok. 🙂 Na szlaku można trafić na lokalne knajpki. O ile dobrze pamiętam, jedna jest w Corvo, a następne dopiero w Fontainhas, więc warto mieć wodę przy sobie, bo to wszystko dopiero pod koniec trasy.

Tarasowe pola i szlak z Ribeira Grande w stronę Sinagoga

To nasza ostatnia noc w Ponta do Sol. Rano zostawiamy bagaże i żeby nie marnować czasu, ruszamy na następny szlak. Tym razem wymyśliłem trasę przez tarasowe pola uprawne. Ruszamy do Ribeira Grande i stamtąd już piechotą w górę, aby finalnie dojść w pobliże miejscowości Sinagoga. Do pokonania niespełna 1000 metrów w górę i tyle samo w dół, ale czego tutaj nie było! Są lokalne małe wioski, zielone doliny i wszędzie dookoła kaskadowe pola uprawne – wygląda to niczym w Wietnamie. Na trasie trafiamy na świnki, psy, koty, a nawet Bruce Lee. 🙂

Widoki zapierają dech w piersiach, ale trasa, mimo iż krótsza niż ta z wczoraj, jest jednak dużo trudniejsza z racji pokonywanej wysokości. Do tego jeszcze dochodzi brak oznaczeń. GPS bardzo wskazany, o czym przekonały się dwie panie z Francji, które finalnie podążały za nami, a my, bawiąc się niczym w podchody, zostawialiśmy im znaki na trasie. Po drodze można natrafić na sklepy, gdzie można zaopatrzyć się w owoce bądź coś chłodnego do picia. Samą końcówkę polecamy przejść drogą asfaltową, bo na przełaj jest trochę upierdliwie – bardzo strome schodzenie.

Xoxo i Lombo de Pico – zielone serce Santo Antão

Finalnie wychodzimy na drogę, gdzie bez problemu łapiemy alugera, dojeżdżamy do Ribeira Grande, stamtąd do Ponta do Sol, zabieramy bagaże i jedziemy znowu do Ribeira Grande, aby później złapać alugera w rejon miejscowości Xoxo, gdzie mamy nocleg w Residencial Mãe Nona. Krążą różne historie o właścicielu, ale mocno mijają się z prawdą. Koleś jest świetny, ma genialne poczucie humoru i niesamowity talent organizacyjny. A nasz apartament jest olbrzymi, do tego mamy balkon z widokiem na rzekę oraz kurki, kaczki i gęsi. Koguty, o których ktoś wspominał w opiniach, to bzdura. Naprawdę trzeba mieć bardzo płytki sen, aby ich pianie budziło. Raczymy się miejscowym piwkiem i trzeba iść spać, bo jutro śniadanie i ruszamy na szlak.

Szlak jest na wypasie, bo będziemy się szwendać w rejonie wioski Xoxo i bardzo charakterystycznej skały, a w sumie iglicy, Lombo de Pico. Mi to przypomina wacka, ale moje skojarzenia pominiemy, bo widoki na zielonym szlaku są cudowne. Kolejne piękne miejsce. Mamy tu praktycznie wszystko: od skał, przez malowniczą dolinę, pola kaskadowe, cieki wodne i urocze małe stawiki, po oczywiście wacka, czyli iglicę. Schodząc, trzeba jeszcze zrobić zdjęcie z tablicą Xoxo i ruszamy do naszego apartamentu. Tam zasłużone piwko. Ostatnia noc na Santo Antão, jutro wracamy na São Vicente, a tam mamy noc pod samym lotniskiem.

Powrót na São Vicente i ostatnia noc na Cabo Verde

Rano pobudka i śniadanie, pakujemy się i ruszamy drogą do Ribeira Grande. Owszem, jest to asfalt, ale trasa wyjątkowo widokowa i bardzo fajnie nam idzie do wioski na skrzyżowaniu. To raptem 5 kilometrów z lekkim hakiem, więc co to dla nas. W Ribeira Grande mamy swoją knajpę Bellcanto Snack Bar.

Naprawdę warto tam wpaść, bo jedzenie mają wyborne, plus pyszne desery. Tam też w pobliżu przechwytuje nas kierowca alugera i zabiera za naprawdę małe pieniądze do terminala w Porto Novo. Owszem, nie była to trasa bezpośrednia, tylko polowanie na turystów w wioskach po drodze, ale cena to, o ile pamiętam, czterokrotnie mniej niż za bezpośredni dojazd. Nam akurat to nie przeszkadzało, do tego jeszcze poznaliśmy inne ciekawe miejsca, które warto odwiedzić, będąc tu następnym razem. Mieliśmy też towarzystwo sympatycznego Kubańczyka, który nam co nieco o nich opowiedział.

Prom bez niespodzianek. Z Mindelo bez problemu dojechaliśmy taksówką do São Pedro niedaleko lotniska. Co dziwne, taksówkarze nie próbowali na nas żadnych wałków – 12 dolarów, tyle ile z lotniska. Co do São Pedro, naczytałem się, że ogólnie tam jest niebezpiecznie. Powiem szczerze: może 20 lat temu, ale obecnie to taka mała, senna, rybacka wioska z sympatycznymi mieszkańcami, kilkoma malutkimi knajpkami, do których trudno trafić, i sklepikiem.

My mieliśmy zarezerwowany stosunkowo drogi jak na Cabo Verde hotel Aquiles Eco Hotel. Eco, jak to wszędzie bywa, podnosi cenę, ale muszę przyznać, iż hotel wyglądał bardzo ciekawie, miał ciekawe rozwiązania i w ogóle było tam bardzo sympatycznie. Ot, bawiliśmy się w bananowe dzieci na Wyspach Zielonego Przylądka. 🙂 Jedno trzeba było przyznać: wiało tam okrutnie od oceanu, ale to akurat robiło nam klimat.

Na drugi dzień powrót bez niespodzianek do Paryża, tam nocleg na lotnisku i wracamy do Krakowa. Trochę żałujemy, że to tylko tydzień. Wyspy Zielonego Przylądka to naprawdę bardzo fajna destynacja z pięknymi widokami, dobrym jedzeniem i sympatycznymi mieszkańcami. Gdybym nie wiedział, że to Afryka, to w życiu bym w to nie uwierzył.

Jeśli spodobała Ci się relacja z Cabo Verde, zobacz też nasze pozostałe wyprawy po Afryce.

 

Podobała Ci się ta relacja? ☕

Jeśli nasze opisy, zdjęcia lub ślady tras okazały się przydatne, możesz postawić nam kawę na kolejny wyjazd. Dzięki!


☕ Postaw nam kawę