... czyli podróże małe i duże ...

Uzbekistan 2026

czyli… od Morza Aralskiego po góry Tien-Szan

Uzbekistan 2026 – trekking na płaskowyżu Pulatkhan

19 maja – 3 czerwca 2026 

Uzbekistan 2026 to podróż od Morza Aralskiego po góry Tien-Szan — przez Taszkent, pustynię Aralkum i sześć dni trekkingu z namiotem.

Na pomysł wyjazdu do Uzbekistanu wpadliśmy przy okazji promocji Turkish Airlines w lipcu 2025 r. Sam lot miał odbyć się 13 maja 2026 r., ale doszło do małych zmian, głównie przez linie lotnicze, i finalnie odlot mieliśmy 19 maja. Wstępnie pomysł był na góry Tien-Szan, ale Bożenka namówiła mnie na zobaczenie Morza Aralskiego. Nie będę powielał historii, jaka wiąże się z tym akwenem, warto sobie o niej przeczytać na Wikipedii. Pokrótce powiem tylko, iż władze radzieckie doprowadziły do jego degradacji i wyschnięcia praktycznie 90% jego powierzchni. 

Zabrałem się za logistykę, jak ogarnąć ten rejon Uzbekistanu, i finalnie kupiliśmy bilety Uzbekistan Airways na lot do pobliskiego Nukus. Wylot 23 maja rankiem, a powrót 24 maja po 22:00. Nukus leży blisko wioski Moynaq i trzeba teraz ogarnąć jakiś transport w ten rejon, a najlepiej wycieczkę jeepem i z noclegiem w jurtach. Tak jak pomyśleliśmy, tak też zrobiliśmy. Szybko zacząłem wyszukiwać jakichś agencji, które w miarę sprawnie i za rozsądną cenę to ogarniają.

Padło na agencję Stantours, którą bardzo polecamy, bo mimo wcześniejszych obaw wszystko było dopięte na ostatni guzik, a i cena była rozsądna (300 euro od osoby), ale o tym później. Co do dalszej podróży w góry, plany zmieniały się kilkukrotnie. Finalnie wpadliśmy na pomysł zdobycia Płaskowyżu Pulatkhan w górach Tien-Szan. Lot mieliśmy z Warszawy i zdarzyła się zabawna sytuacja: dojazd do stolicy z Katowic jest droższy pociągiem lub autobusem niż przelot samolotem, więc zakupiliśmy również bilety lotnicze z Katowic do Warszawy i z powrotem.

Bez żadnych niespodzianek lecimy polskim LOT-em z Katowic do Warszawy, tam przesiadamy się na lot Turkish Airlines do Istambułu, a następnie, po odczekaniu kilku godzin, lecimy już do Taszkentu, stolicy Uzbekistanu. Lądujemy około 8:00. Z lotniska wychodzimy gdzieś około 9:00. Formalności graniczne, odbiór bagażu, a także zakup kart SIM zajmują nam trochę czasu. Jak to zawsze bywa, dla naszego bezpieczeństwa ja mam innego operatora GSM niż Bożenka. Formalności na lotnisku załatwia się bardzo przyjemnie, a obsługa lotniska w Taszkiencie jest na bardzo wysokim poziomie. Ceny pakietów z naprawdę dużą ilością internetu są bardzo przystępne.

Zabawa zaczyna się jak zwykle z taksówkarzami, bo na lotnisku jest ich najgorszy sort. Tu akurat jest podobnie i jeszcze przed wyjściem instalujemy sobie aplikację Yandex GO. Coś a la nasz Uber czy Bolt: szybka konfiguracja i wychodzimy. Zaczyna się cyrk. Od razu po wyjściu w hali lotniska dopada nas taksówkarz i chodzi za nami jak cień. Praktyka nauczyła mnie, że nie mówię po angielsku, tylko operuję językiem polskim, ewentualnie mówię, że jestem z Mołdawii. Kraj mało znany i nikt nie próbuje nas zrobić na jakieś wstawki typu „Lewandowski”. Bankomaty na lotnisku nie chcą z nami współpracować, więc dajemy sobie spokój i ruszamy poza teren lotniska, aby zamówić Yandexa.

Wyjście też jest ciekawe, bo od razu zaczepiają nas inni i pytają, czy nie jesteśmy aby z Petersburga. 🙂 Dochodzimy do bocznej drogi, zamawiamy taksówkę do hotelu. Co lepsze, taksówkarz na lotnisku chciał od nas 10 euro, a Yandex za dojazd policzył nam całe 6 zł z napiwkiem. Zatrzymaliśmy się w Alliance Hotel Tashkent, który bardzo polecamy. W pobliżu są sklepy, restauracje, ale też inne hotele, jakby coś złego się przydarzyło. Blisko jest też salon operatora GSM i bankomat.

Przylecieliśmy 20 maja, a wylot do Nukus (rejon Morza Aralskiego) mamy dopiero 23 maja, więc są trzy dni na rekonesans. Na starcie trzeba jednak odespać lot, bo mimo iż samoloty Turkish Airlines są wygodne, nie potrafię spać w podróży. Pokój mamy duży i przestronny (trzyosobowy), a klimatyzacja działa aż miło. Po krótkim odpoczynku ruszamy na rozpoznanie. Pod nosem mamy całkiem niezłą restaurację Anjir, gdzie polecamy wyciskane soki.

Kawałek dalej jest druga, bardziej lokalna, Somsa Osh Center, ale z bardziej ograniczonym menu. Osh to, w skrócie, ryż z mięsem, a somsa to pieczone pierogi z różnym nadzieniem. Jedno i drugie smakuje wybornie. W planie mamy jeszcze zobaczyć osławione metro taszkienckie i stację Kosmonavtlar. Jako ciekawostka: w piwnicach Somsa Osh Centre mamy gamerską knajpę i to taką z prawdziwego zdarzenia. Pełno stanowisk, są nawet specjalne gamerskie pokoje, do tego półmrok i podświetlenie robią na nas niezłe wrażenie. Chociaż na starcie myślałem, że zaprowadzili nas do jakiegoś undergroundowego nightclubu. 🙂

Co do metra w Taszkencie, warto poczytać na Wikipedii, bo nie chce mi się tu powielać informacji, które są ogólnodostępne w internecie. My mamy jakiś kilometr z małym hakiem do stacji Oybek, a zaraz po niej jest osławiony futurystyczny Kosmonavtlar i wiele innych ciekawych stacji. Warto sobie pojeździć i nacieszyć się ich widokiem. Bilet to przyłożenie karty do czytnika i tyle, cena też symboliczna. Nie chcę pisać ile, bo z czasem to się zmienia i będzie nieaktualne. Metro będzie nam towarzyszyć jeszcze wiele razy. Dzień powoli się kończy, a my ruszamy spać, bo jutro masa rzeczy do ogarnięcia.

Temperatura w Taszkencie nas nie oszczędza, ale to dopiero początek zabawy – pod koniec naszego wyjazdu będzie dużo gorzej. Dziś mamy lekko zachmurzone niebo, więc całkiem przyjemnie przemieszcza się nam po mieście. Po śniadaniu w hotelu ruszamy od razu do Muzeum Kolei (uzb. Toshkent Temiryo’l Texnikasi Muzeyi). Z tego, co pamiętam, bilet kosztuje 50 000 UZS od osoby, czyli jakieś 15-16 zł.

Muzeum jest na otwartym terenie i możemy podziwiać lokomotywy i wagony wyprodukowane w Związku Radzieckim, Czechosłowacji, a nawet w nazistowskich Niemczech. Do tego można wejść na wielką lokomotywę i podziwiać ją z zupełnie innej perspektywy niż z poziomu ziemi. Tu naprawdę można stracić bardzo dużo czasu, bo zwiedzania jest masa. Na terenie muzeum jest też kawiarnia (mocno powiedziane), gdzie możemy napić się świeżo wyciskanego soku. Nam mijają prawie trzy godziny.

Po drodze odwiedzamy Mustaqillik Maydoni, czyli uzbecki plac niepodległości, stworzony z wielkim rozmachem. Nie dane nam było zobaczyć Pałacu Prezydenckiego, bo wszędzie stali żołnierze bądź policjanci i dalej niż do ich posterunków nie udało się dostać. Odwiedziliśmy też Plac Pamięci i Chwały z pomnikiem Matki w Żałobie, gdzie płonie wieczny ogień. Miejsce to upamiętnia poległych w czasie II wojny światowej.

Kręcąc się koło Pałacu Prezydenckiego, udało nam się nawet dostać na stadion klubu Pachtakor (uzb. Paxtakor), ale nasza przygoda skończyła się na budynku administracji, bo dalej były już mury i zamknięta brama. Wsiadamy do metra i jedziemy na osławiony Bazar Chorsu. Tu raczymy się kwasem chlebowym i po krótkiej wędrówce uciekamy. Jako turyści jesteśmy wręcz nękani namowami do zakupu czegokolwiek. Do tego co chwilę, gdy ktoś rozpoznaje, że jesteśmy z Polski, słyszę „Lewandowski”. Sam bazar jest olbrzymi, charakteryzuje się wielkimi budynkami z niebieskimi kopułami ozdobionymi charakterystycznymi uzbeckimi wzorami.

Wracamy do hotelu, aby po kolacji ruszyć do Magic City, czyli uzbeckiego Disneylandu. Jakoś specjalnie daleko nie mamy, więc ruszamy piechotą miejscowymi uliczkami. Jeszcze przed samym Magic City, nad rzeką, mamy takie małe, oświetlone miasteczko z niezliczoną ilością knajpek, a w oddali widać główny zamek opisywanego miasta magii.

Nic, ruszamy z powrotem na most i kierujemy się do celu. Na wejściu czeka na nas wielka brama świecąca w wielu kolorach, plus kontrola bezpieczeństwa. Samo wejście wygląda już bardzo ciekawie, a dalej jest naprawdę fajnie. Masa restauracji, zamek i scena na wodzie. Co lepsze, od 18:00 co godzinę są pokazy i my łapiemy się na jeden z ostatnich, o 22:00. Trzeba przyznać, że gra aktorów, światło i dźwięk robią swoje, ale to i tak nie wszystko, co na nas tam czeka. Jest tyrolka, ale maksymalnie do 100 kg wagi, więc ja odpadam.

Są toalety stylizowane filmowo, np. na Grę o tron. Jest wielkie akwarium oraz Aya Project, czyli siedem sal ze światłem, muzyką, lustrami i projekcjami. Można też zanurzyć się w piłeczkach w sali, gdzie generowane są obrazy z kosmosem. Ogólnie warto odwiedzić, bo jest dużo dobrej zabawy. Czas szybko biegnie i musimy wracać. W hotelu jesteśmy około północy. Pozostaje tylko kłaść się spać, bo jutro czekają kolejne atrakcje.

Co najważniejsze, znaleźliśmy sklep, gdzie można kupić gaz do naszego Jetboila, więc jesteśmy podwójnie zadowoleni. Gaz do kuchenki kupujemy w sklepie rowerowym znajdującym się niedaleko stacji metra Kosmonavtlar. Najprościej podam koordynaty GPS: 41.308407, 69.269168; najlepiej szukać od ulicy Islam Karimov. Sklep jest malutki, znajduje się na parterze budynku, wejście od ulicy. Cena nie jest dobra, bo wychodzi drożej niż w Polsce, ale to chyba jedyna rzecz, którą kupiliśmy droższą niż u nas. Poza tym jest dużo taniej, szczególnie w restauracjach i transporcie.

22 maja ruszamy znowu w miasto, delektujemy się stacjami metra, a później podziwiamy pomnik narodowego bohatera Uzbekistanu, Amira Timura. Jak ktoś chce wiedzieć coś więcej, zapraszam na Wikipedię. Ja od siebie dodam, że obok jest bardzo klimatyczny Hotel Uzbekistan, relikt dawnego ustroju. Zamierzamy w nim spędzić ostatnią noc w stolicy, ale o tym później.

My ruszamy dalej do Muzeum Politechniki, a tam czekają na nas eksponaty w postaci samochodów z dawnego radzieckiego ustroju i nie tylko. Po drugiej stronie mamy wszystkie bajery związane z nieistniejącą już koreańską marką Daewoo, znaną również w Polsce. Czego tam nie ma. Cieszymy się widokiem radzieckiej Czajki, Moskwiczy, UAZ-ów, Pobiedy, a nawet amerykańskiego Forda – oj, jest co oglądać. Dalej ruszamy na górne piętro, ale tam są już raczej głównie interaktywne atrakcje dla dzieci, więc jeszcze raz schodzimy na parter nacieszyć się czarem radzieckiej motoryzacji. Wizytę w Muzeum Politechniki uznajemy za bardzo udaną.

Ruszamy do Ogrodu Japońskiego, skąd mamy bardzo blisko do najwyższego budynku w Taszkencie, czyli Wieży Telewizyjnej. Aby wejść do ogrodu, trzeba kupić bilet. Już nie pamiętam, jaka to kwota, ale coś w okolicach 6-10 zł od osoby. Miejsce wyjątkowo urokliwe, znajdujące się nad wodą, bez zgiełku miasta – ot, idealny punkt na odpoczynek. Widać, że w czasach swojej świetności był to większy kompleks z lunaparkiem, kolejką linową i basenami. Obecnie został tak naprawdę tylko Ogród Japoński, a obok niego widać konstrukcję rollercoastera.

My postanawiamy wypożyczyć rower wodny i ruszamy sprawdzić, co kryje się w okolicy samego rollercoastera, oraz pooglądać pływające w zbiorniku kaczki, łabędzie i gęsi. Do tego świetnie pozuje nam do zdjęć Wieża Telewizyjna. Wykupiona godzina mija nam bardzo szybko. Wracamy na ląd i dalej delektujemy się spokojem ogrodu. Czas szybko mija, zwijamy się, aby pooglądać panoramę miasta z najwyższego budynku.

Idziemy piechotą, bo odległość nie jest jakaś straszna. Po drodze obserwujemy też, co zostało z lunaparku, kolejki i basenów. Rejon wieży ogrodzony jest wysokim płotem, ale to chyba dlatego, że część metra wychodzi na powierzchnię i można obserwować przejeżdżające wagoniki. Po schodach ruszamy do budynku wieży, tam kupujemy bilety za 150 000 UZS. Zostajemy poinformowani, że dzisiaj restauracja jest nieczynna, i skierowano nas do kontroli. Tę przechodzimy szybko i gładko. Dalej ruszamy długim korytarzem do pomieszczenia, gdzie znajdują się windy.

Jako dodatkową atrakcję można pooglądać makiety najwyższych budynków w różnych miastach na świecie, jest też mały sklepik z pamiątkami. Sympatyczna pani zaprasza nas do windy i już za chwilę jesteśmy na wysokości około 100 m, gdzie znajduje się taras widokowy. Sama wieża ma 375 m, ale pełna wysokość nie jest dostępna dla turystów. Widok z góry robi wrażenie, mimo iż w delektowaniu się nim przeszkadzają chmury i brudne szyby. 🙂 Mimo wszystko jest super.

Do tego niedaleko nas znajduje się Muzeum Pamięci Ofiar Represji, które o tej porze jest już zamknięte. Sam kompleks jest bardzo ciekawy, więc udajemy się tam od razu po wyjściu z Wieży Telewizyjnej. Obok znajduje się Park Shahidlar Xotirasi, a nieopodal płynie rzeka. Znowu mamy fajne miejsce na delektowanie się urokliwą zabudową oraz przyrodą Uzbekistanu. Powoli zbliża się zachód słońca, a my ruszamy do hotelu, bo następnego dnia mamy lot do Nukus i wycieczkę na Morze Aralskie.

Noc bez niespodzianek. Wstajemy około 5 rano, bo lot mamy o 7:15. Dla odmiany lecimy z Terminala 3, który jest dość daleko od terminala międzynarodowego. Yandex przyjeżdża po nas o czasie i po 20 minutach jesteśmy już na lotnisku. Nie mamy bagażu rejestrowanego, więc nie ma też problemu z całą buchalterią lotniskową. Zadowoleni siedzimy w wygodnym Airbusie linii Uzbekistan Airways i za niecałe dwie godziny jesteśmy w Nukus. Tam już czeka nasz kierowca i pakujemy się do jeepa Toyoty.

Klimatyzacja pracuje jak należy i powoli wyjeżdżamy z miasta, kierując się na starożytny kompleks Mizdakhan, gdzie oprócz wielkiej nekropolii znajduje się „Zegar Apokalipsy”, czyli Madresa (szkoła koraniczna), której budynek co roku traci jedną cegłę, a gdy cały się zawali, nastąpi koniec świata. Można temu zapobiec, a raczej go spowolnić, budując na terenie Madresy małą piramidkę liczącą siedem kamieni. Koniec świata nie nastąpił, więc widać trochę go spowolniliśmy. Sama nekropolia jest olbrzymia. Mamy nawet sporo czasu na zwiedzanie, ale nie sposób zobaczyć wszystkiego. Do tego miejscowi upatrzyli sobie nas do wspólnych zdjęć, co jest bardzo miłym akcentem z ich strony.

Wracamy zadowoleni do naszego kierowcy i ruszamy w dalszą drogę do Moynaq przez Kungrad. Dojeżdżając do rogatek miasteczka, zatrzymujemy się przy tablicy/pomniku z nazwą miasta, cykamy kilka zdjęć i ruszamy dalej. W Moynaq kierowca wypuszcza nas trochę wcześniej, niż zatrzymują się wycieczki, co pozwala nam pobyć samemu przy cmentarzysku statków. Same statki, które niszczeją, stojąc przy dawnym brzegu, zostały specjalnie tam umiejscowione w celu stworzenia atrakcji turystycznej. Nie jest to ich naturalne miejsce.

Widok jest naprawdę niesamowity i zarazem smutny. Mamy dość sporo czasu, aby pobyć samemu. Powoli kierujemy się do dawnego portu, gdzie przy pozostawionych tam statkach jest już dużo więcej turystów. W samym porcie można wejść na latarnię morską za 10 000 UZS oraz odwiedzić muzeum i poznać historię katastrofy ekologicznej, jaka tu miała miejsce. W muzeum można też zobaczyć film w języku angielskim i rosyjskim. Bym zapomniał: w Moynaq mamy lunch w jednym z miejscowych domów, gdzie spotykamy sympatyczną parę z Polski, Jacka i Ewę, którzy praktycznie towarzyszyli nam przez całą podróż w rejonie Morza Aralskiego.

Wracając do naszej podróży, ruszamy przez pustynię Aralkum, powstałą przez cofnięcie się wód Morza Aralskiego. Oj, co to była za przejażdżka: tumany kurzu, drogi, o których wie chyba tylko sam kierowca. Zatrzymujemy się na Płaskowyżu Ustyurt i podziwiamy widoki tego, co kiedyś było pod wodą. Zatrzymujemy się też we wiosce Kubla-Ustyurt, totalnie w środku niczego, gdzie zaprzyjaźniłem się z wielbłądem.

Podziwiamy też zapomniany pas startowy oraz miejscową szkołę, która powoli kończy swój żywot niczym Madresa w Mizdakhan. Ogólnie bardzo smutny widok. Nasza trasa powoli zbliża się ku końcowi, czyli ruszamy nad brzeg tego, co zostało z Morza Aralskiego. Zatrzymujemy się na parkingu niedaleko pobliskiego kampu i stamtąd ruszamy już pieszo przygotowaną drogą. Kierowca ostrzega nas, że rejon wokół nie jest zbyt bezpieczny i można ugrzęznąć. Pokazuje nam też ciężarówkę, której już nie da się wyciągnąć.

W tym, co zostało z morza, nie żyje już żadna ryba. Woda jest niesamowicie słona i wygląda trochę jak zupa. Nie jest to Morze Martwe, ale rejon wokół bardzo je przypomina. Postapokaliptycznego klimatu dodają jeszcze tabliczki pokazujące, dokąd w danym roku sięgała woda. Nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził, czy rzeczywiście jest słona. No cóż, smak jest okropny, do tego woda jest bardzo zimna. Chodzimy jeszcze z Bożenką po plaży i wracamy do jeepa, a dalej ruszamy na kolację do naszego kampu, gdzie czeka na nas niezła wyżerka oraz nocleg w uzbeckich jurtach.

Kamp jest w klimacie tego, co znaliśmy z pustyni Wadi Rum w Jordanii. Takie klimaty lubimy. Do tego zostajemy jeszcze poinstruowani, skąd najlepiej widać wschód słońca. My z Bożenką chcemy pooglądać w nocy gwiazdy, ale jak to bywa, po naprawdę wypaśnej kolacji zasnęliśmy. Gwiazdy może i widziałem, jak szedłem sikać, ale było zimno i średnio chciało mi się cykać zdjęcia. Za to wstałem rano i udało mi się zrobić trochę zdjęć o wschodzie, ubrany w ciepłą kurtkę i czapkę. 🙂 Śniadanie znowu na wypasie, do tego Bożenka przetestowała huśtawkę w kampie. Najedzeni ruszamy dalej.

Trasa przez pustynię wiedzie nas do jeziora Soduchie, gdzie znajdowała się wioska Urga, w której mieszkali m.in. polscy imigranci. Do tego czasem zdarza się tam zobaczyć flamingi. Pora raczej nie była na oglądanie flamingów i dla odmiany było bardzo ciepło. Wbiłem się w miejscową roślinność, ale tam też nie było nic ciekawego. Za to wieża obserwacyjna była niczego sobie. Na pobliskim wzgórzu dopadli nas też miejscowi i cyknęliśmy sobie razem kilka zdjęć – kolejny miły akcent. Czas szybko płynie, a my musimy wracać na lotnisko.

Po drodze jemy jeszcze lunch w znanej nam już miejscowości Kungrad i jedziemy na lotnisko. Docieramy cali i zdrowi, żegnamy się z naszym kierowcą. Bym zapomniał: na pustyni zdarzył się mały wypadek. Kierowca dachował jeepem z dwiema turystkami z Japonii. Odpukać, nic złego się nie stało. Rano, wyjeżdżając z kampu, zabieraliśmy tego kierowcę, a później obaj kierowcy doprowadzili wspomnianego wcześniej jeepa do używalności – duża zasługa naszego kierowcy. Jeep, bez przedniej szyby i trochę poobijany, ruszył do Moynaq. Toyota to jednak Toyota.

Lot bez niespodzianek i późnym wieczorem jesteśmy w Taszkencie. Yandex bez problemu zawozi nas do Alliance Hotel Tashkent, gdzie udało nam się zarezerwować nocleg. W stolicy już temperaturowo robi się upierdliwie. Praktycznie wychodzimy tylko coś zjeść. Cieszy nas to, że już jutro, czyli 26 maja, ruszamy na nasz główny kierunek – w góry Tien-Szan i na sześć dni wędrówki z namiotem. Do tego wysokość prawie 3000 m n.p.m. pozwoli nam trochę wytchnąć.

Uzbekistan 2026 – trekking w górach Tien-Szan

Po śniadaniu i wymeldowaniu zamawiamy Yandexa, wcześniej zostawiając część rzeczy w depozycie hotelowym. Trochę się obawiam, iż 80 km będzie mało interesującą trasą dla taksówkarza, i tu się mocno zdziwiłem, bo taksówki w Uzbekistanie to zupełnie inna liga niż u nas. Za chwilę jedzie już do nas kierowca.

Mały tip: na dłuższe trasy najlepiej wybierać taksówki Comfort bądź Comfort+. Jedziemy nowiutkim BYD do wioski Shuldak. Przejazd trwa jakieś półtorej godziny. Kierowca na nasze życzenie zatrzymuje się przed szutrową drogą. Nie chcemy, aby ostatnie 400 metrów męczył samochód po wertepach. Rozliczamy się i ruszamy w trasę. Już sam most nad rzeką Aksakatsay robi klimat naszej wyprawy. Nie lubię określenia „wyprawa” dla zwykłego trekkingu, ale już na pierwszym etapie bardzo szybko się przekonujemy, że nie będzie tak łatwo.

Na razie jest cudownie: zielono, są krówki, koniki – oj, sama sielanka. Docieramy do brodu. No cóż, bród jak bród. Jest rzeka, płynie woda, trzeba przez nią przejść – co to dla nas. Tu zaczynają się kredki, bo miejscowi pokonują go na koniach i jeden koń się przewrócił, zrzucając jeźdźca z powodu wartkiego prądu rzeki. Jeszcze nas to nie przeraża, bo ekipa szybko się ogarnęła. Co lepsze, chcieli nas nawet przeprowadzić przez rzekę, ale podziękowaliśmy.

No co, ja nie przejdę? 🙂 Właśnie nie. Kilka prób i nawet nie przeszedłem jednej czwartej rzeki. Bożenka próbuje – też nic z tego. Szukamy innych miejsc. Wchodzę, efekt podobny. Chwilę czekamy, bo może ktoś na koniach znowu będzie przechodził, ale nic z tego. Wpadłem na pomysł, iż pójdziemy wzdłuż brzegu. Pomysł może i dobry, ale…

Najpierw dziabnął mnie szerszeń, który uznał, iż moja żółta koszulka jest świetnym miejscem, aby sobie usiąść i odpocząć. Ja, niczego nieświadomy, chciałem go przegonić i dziab! W triceps, niedaleko pachy. No fajnie, ale idziemy dalej. Ja mam wody po pas, Bożenka praktycznie pod piersi. Dochodzimy do zakrętu i znowu mamy kredki. Wody jest tyle, że mnie kryje, do tego kotłuje się w załomie, jakby tam czarownice z Makbeta coś gotowały. No jasna cholerka, co dalej? Zacząłem wspinać się po skałach, aby obejść to górą, ale znowu trafiłem na miejsce nie do przejścia. Skała niczym płaski stół – nie da się nigdzie chwycić ani postawić nogi. No cóż, trzeba wracać.

I teraz clou naszej przygody, bo mając plecak i kijki, w pewnym momencie straciłem przyczepność i poleciałem do tego kotła czarownic w pełnym rynsztunku. 🙂 Przy pierwszym zanurzeniu nie czuję dna, ale nurt bardzo szybko mnie porwał i za chwilę już czułem twardość pod stopami, kierując się do przerażonej Bożenki. Wracamy do punktu wyjścia, znowu myślimy i łudzimy się, że ktoś będzie jechał na koniach.

Nic, trzeba to obejść górą, poziomice wyglądają mało strasznie. No cóż, na mapie wszystko wygląda miło i przyjemnie. Trasa jest w stylu słowackich Rohaczy, tylko bardziej zielona i bardziej dzika. Co chwilę muszę łamać jakieś gałęzie i przedzierać się przez rumowiska skalne. Finalnie strach ma duże oczy. Trasa okazuje się bezpieczna, mimo iż miejscami nie warto patrzeć w dół. Docieramy do ścieżki, ale musimy chwilę odpocząć na pobliskiej łące.

Spotykamy miejscowych chłopaków jadących na koniu, chwilę rozmawiamy mimo bariery językowej. Chłopaki pokazują nam, gdzie dalej iść, i się żegnamy. Trasa jest już spokojniejsza, ale końcówka też nas nie oszczędza, bo zaczyna psuć się pogoda. Tak docieramy do Teshiktosh, gdzie teoretycznie ma być miejsce na rozbicie namiotu. Owszem, jest jakaś turbaza, ale nikogo nie zastaliśmy. Próbujemy się tam ogarnąć pod jakąś wiatą, aż tu nagle, jak spod ziemi, pojawia się jakiś człowiek. Chwila rozmowy, mówimy, że szukamy noclegu. Pan patrzy na nasze plecaki, na wiatę, którą wybraliśmy, i proponuje nam nocleg w barakowozie, bo w nocy ma mocno padać. To dla nas jak wygrać los na loterii.

Szybko człapiemy za panem i lądujemy w cudownym miejscu. Jest sucho, jest czysto, są dywany, koce, materace, stolik. Drzwi można zaryglować. Pan mówi, że możemy z tego korzystać, a po wodę trzeba iść do pobliskiej rzeki. Tak też robimy i mamy wypaśną kolację w akompaniamencie deszczu i burzy. Podsumowując, szlak miał mieć około 10 km, tak żebyśmy się rozruszali, a finalnie skończyliśmy na prawie 17 km i dotarliśmy do noclegu późnym wieczorem. Ciekawie się zapowiada.

Drugi dzień w sumie bez większych przygód, idziemy dalej górską drogą. Odcinek, który mamy do pokonania, to raptem 10 km i już wydaje nam się trochę za krótki. Po drodze mijamy budkę ze strażnikiem, gdzie wreszcie ktoś nas zarejestrował. Tu trzeba wspomnieć, iż w Uzbekistanie, gdzie byś nie spał, musisz być zarejestrowany w ich systemie. W Taszkencie i w jurtach nad Morzem Aralskim ogarniała to obsługa, tutaj bywa różnie i trochę obawialiśmy się, iż brak rejestracji przez sześć dni może oznaczać problemy na granicy. Strażnik wpisuje nas jednak do książki, dostajemy kwitek, płacimy za wejście i mamy się czym tłumaczyć, gdyby coś było nie tak przy odlocie.

Trasa powoli pnie się w górę, a my trafiamy na wodospady zlewające się z okolicznych skał. Jeden jest trochę za daleko, ale drugi, Aksagata, jest już blisko nas. Teoretycznie moglibyśmy podejść jeszcze bliżej, ale jesteśmy nieufni wobec przekraczania miejscowych rzek, więc robimy sobie popas nad jej brzegiem, delektując się szumem wodospadu. Pogoda jest w kratkę. Raz chmury, raz słońce. Wychodzi na to, że wieczorem i w nocy ma być burza i zacząć padać. Ruszamy dalej i po 10 kilometrach docieramy do polany, na której mamy się rozbić. 

Jest dopiero 14:00 i tak średnio chce nam się tu zostawać. Do tego miejscowi zrobili sobie popas, grillując i pijąc wódeczkę. Miejsce idealne, bo płasko i blisko rzeki, ale rozbicie namiotu o 14:00 jest bez sensu. Jemy lunch i idziemy dalej.

Według mapy za 4 km jest miejsce, które wygląda obiecująco pod nocleg. Blisko rzeka, blisko do drogi i ma być trochę płasko. Trasa robi się bardziej stroma, ale to dalej droga, więc mozolnie wspinamy się wyżej. Trafiamy na jeszcze jedno dobre miejsce do biwakowania, ale jest już zajęte. Miejscowi zachęcają nas do wspólnej biesiady, ale my jednak idziemy do naszego celu, tym bardziej że pogoda robi się już niestabilna. Około 19:00 docieramy na miejsce i, o dziwo, nie myliliśmy się.

Miejsce jest całkiem, całkiem. Rozbijamy namiot, robimy kolację i prawie jak kończymy, zaczyna padać. Do tego już mocno się ściemniło. Nic, idziemy spać. Namiot stoi pod drzewami, więc deszcz traktuje nas łagodnie. Rozpadało się na dobre, do tego grzmi i to całkiem blisko nas. W górach burza ma swój niepowtarzalny klimat i, jeśli chodzi o mnie, bardzo mnie usypia. Całą noc padało, ale nasz namiot poradził sobie z wodą idealnie, a my noc przespaliśmy bez strat. Starczy już deszczu. Rano zaczyna się wypogadzać, a my ruszamy na trzeci dzień naszej marszruty.

Trzeci dzień zapowiada się ciekawie, bo wczoraj ucięliśmy prawie 5 kilometrów, ale tak średnio chce nam się zostawać w dolinie i zostawić sobie na kolejny dzień dość mozolną wspinaczkę na prawie 3000 m n.p.m. Zobaczymy, jak będzie. Ruszamy pełni sił. Tak bardzo pełni, że przegapiliśmy odbicie z drogi i trzeba było trochę nadłożyć, ale akurat ten odcinek był bardzo udany. Spotkaliśmy strażników, do tego znaleźliśmy świetne miejsce na popas, bo po odbiciu z drogi przestała nam towarzyszyć rzeka Aksakatsay. Szybki lunch i idziemy dalej.

Po drodze spotykamy grupkę turystów z Uzbekistanu, dokładnie z Taszkentu, i wymieniamy się informacjami. Oni mijają nas, gdy jemy lunch, aby później spotkać się znowu, gdy sami odpoczywają. Do tego w rozmowie upewniamy się, gdzie jest nasz cel, czyli Płaskowyż Pulatkhan. Ładnie to wygląda i jest trochę drogi.

Zaczynamy powoli schodzić do bardzo malowniczej doliny. Tam teoretycznie powinniśmy się rozbić, ale znowu jest 14:00 i jest to bez sensu. Ruszamy dalej, trzymając się śladu, który mamy w GPS-ie. Trasa jest dość upierdliwa i, lekko mówiąc, niezbyt wygodna, bo rzeka trochę napsociła i pozrywała brzeg, co utrudnia nam trekking. Po którymś już zamoczeniu butów uznajemy z Bożenką, iż robimy skrót i idziemy w górę. Trasa jest karkołomna, bardzo szybko nabieramy wysokości, przebijając się przez coś, co wygląda jak koper. Nasze nogi protestują, a my w sumie powoli mamy dość, ale z tego, co pamiętam, nabieramy prawie 700 m wysokości i to na dość krótkim odcinku. Finalnie dostajemy naprawdę kosmiczną nagrodę.

Raz, że mamy wodę, bo na szczycie jest dość duża łacha śniegu. Dwa – mamy cudowny widok, piękny zachód słońca oraz… wreszcie internet. Praktycznie nie mamy netu od pierwszego dnia, więc informujemy znajomych, że z nami wszystko OK, i spokojnie przygotowujemy kolację, bo namiot jakoś tak sam się rozbił. Na wysokości 2800 m n.p.m. z hakiem jest dużo chłodniej, ale mamy dobre śpiwory i noc nie jest dla nas straszna. Do tego jest idealnie płasko, mamy piękne widoki i czyste niebo pełne gwiazd. Nic, tylko zawinąć się w śpiwór i spać. Kolejna noc bez niespodzianek. Budzimy się rano i ruszamy w najbardziej upierdliwą trasę z całej naszej wędrówki.

Dzień czwarty – cel naszej wędrówki. Zaczyna się dość spokojnie, bo schodzimy w dół do rzeki, trasa bez niespodzianek. Przy rzece raczymy się kawą i napełniamy butelki wodą, bo na płaskowyżu jest z nią dość słabo. Niby na końcu jest jakieś źródło, ale w internecie są różne historie na jego temat. Powoli wspinamy się na prawie 3000 m n.p.m. i tu zaczynają się lekkie kredki, bo jest dość sporo śniegu, który stawia przed nami różne ciekawe bariery.

Mamy raki, więc jest dużo bezpieczniej, ale żleby i uskoki mocno nas przećwiczyły. Prawdę mówiąc, po 7 kilometrach miałem dość całej trasy. Do tego nasz ślad był taki sobie i praktycznie tylko do wrót (tak się nazywa jedyne wejście w skałach na płaskowyż) był pomocny, a później już musieliśmy kombinować. W dolinie przy wrotach spotkaliśmy jeszcze ekipę z Uzbekistanu, która postanowiła zostać tam na popas, gdyż w tym rejonie podobno było źródło wody.

Nic, my wodę mamy, więc wspinamy się po skałach i pokonujemy wrota. Płaskowyż jest opanowany przez świstaki, które co jakiś czas spotykamy, do tego wszędzie są ich nory. Ot, taki ser szwajcarski. Niby ma być płasko, a wcale nie jest. Co chwilę schodzimy w dół albo wychodzimy w górę i powoli mamy już tego dosyć. Szukamy dobrego miejsca na rozbicie namiotu, bo nadciąga już wieczór.

Nie pchamy się w rejon źródełka, bo wokół nas jest masa śniegu. Nie ma sensu szukać wody i iść dalej dwa kilometry. Znajdujemy sobie płaski teren blisko dużej hałdy śniegu i rozbijamy namiot. Około kilometra od nas widać namiot pasterzy, więc gdyby nas coś postraszyło, mamy gdzie uciekać. Bożenka specjalizuje się w pozyskiwaniu czystego śniegu, a ja przerabiam go na wodę. Znowu mamy piękny zachód słońca rzucający światło na pobliskie szczyty, do tego jeszcze wschód wielkiego, magicznego księżyca. Czego chcieć więcej? Lata nad nami orłosęp brodaty, a świstaki szykują się do snu. Tak jak i my.

Dzień piąty, czyli zaczynamy powrót. Trasa z płaskowyżu jest ta sama co wczoraj, więc do rzeki nic nas nie zaskakuje. Ot, walczymy ze śniegiem w żlebach, aż dochodzimy do rzeki, gdzie robiliśmy sobie popas poprzedniego dnia. Tu weryfikuję swoje plany. Szlak idzie trochę inaczej, niż sobie wyobraziłem. No cóż, znowu musimy dymać w górę, a żeby nam się nie nudziło, spotykamy pasterzy z całym stadem owiec i kóz, plus, hmm, psami. Z doświadczenia wiemy, że przy psach pasterskich trzeba być bardzo ostrożnym i unikać wchodzenia do stada. Do tego wypatrywać czobana (pasterza). Psy oczywiście bardzo szybko nas zauważyły, ale reakcja pasterzy była błyskawiczna i przestały się nami bliżej interesować.

Ot, obszczekiwały nas z daleka. Wymieniliśmy się pozdrowieniami z czobanem, a on polecił nam, abyśmy trzymali się tras, którymi chodzi się z końmi, i ruszyliśmy dalej. Nie zamierzamy nic kombinować. Trasy są dość wyraźne, tylko co chwilę daje nam się we znaki śnieg. Na końcu, gdzie mamy się rozbijać, to już jest jakaś masakra. Miejsce, które teoretycznie powinno być płaskie, jest wielkim nawisem śnieżnym, który musimy omijać, robiąc ogromne koło. Finalnie znajdujemy płaskie miejsce górujące nad doliną, z widokiem na Wielki Chimgan (3309 m n.p.m.), ale dalej łatwo być nie może. Rośnie tam taka upierdliwa, kłująca roślina i dobrą godzinę usuwamy jej kępy.

Mamy ponad 20 km w nogach i powoli już nic nam się nie chce. Bożenka pozyskuje śnieg, ja go topię i mamy wodę na kolację. Jesteśmy na wysokości ponad 2800 m n.p.m., mamy też internet. Teoretycznie w dolinie ma być źródło, ale nie ma sensu tam schodzić, bo jest pełno śniegu i wodę mamy. W nocy na tej wysokości w maju jest dość chłodno, ale jesteśmy na takie warunki przygotowani. Wysypiamy się dobrze i bez niespodzianek.

Dzień szósty, ostatni. Ruszamy zaraz po śniadaniu. Przed nami góruje Wielki Chimgan i wygląda to tak, jakbyśmy mieli go zdobyć. Bożence jakoś nie jest do śmiechu, gdy żartuję, iż szlak prowadzi przez jego szczyt. Finalnie odbijamy w dół i, jak to bywało wcześniej, w żlebach leży śnieg. Zakładamy raki, zdejmujemy raki, zakładamy raki i tak w kółko. Nawet mamy swoją piosenkę pod ten rytuał, kawałek ze starego polskiego serialu Zmiennicy i tekst „coś być musi do cholery za zakrętem”.

Z reguły za zakrętem jest żleb i śnieg. 🙂 Po drodze spotykamy chłopaka z Moskwy, który idzie tam, skąd my wracamy. 🙂 Nawet przez moment przyszło mi do głowy, aby dać mu nasze raki, ale już był za daleko i olaliśmy. Co było bardzo dobrą decyzją, bo śniegu jeszcze na nas czekało sporo. Wielki Chimgan stawał się coraz mniejszy, a my byliśmy coraz niżej. Przebijamy się przez pola jakiejś kwitnącej na żółto rośliny, która miejscami potrafiła być wyższa od nas. Trafiamy też na kamień, który wygląda jak klęczący Dementor z Harry’ego Pottera. Udaje nam się też znaleźć petroglify wyryte w skałach.

Dochodzimy do chatki, najprawdopodobniej miejscowego pasterza, i co jest koło chatki? Psy. No cóż, ale widać też jakąś osobę. Powoli schodzimy, bacznie obserwując reakcję psów, aż się zaczęło. Cała sfora leci do nas. Właściciel tej gromadki nie panuje nad nimi i duża biała sunia biegnie w moim kierunku, a za nią wtórujące jej szczekaniem mniejsze psy.

Oj, będzie się działo, ale hmm… sunia reaguje na mój głos i merda ogonem. No cóż, mam nową koleżankę do wygłaskania. Wyglądało to niebezpiecznie, a znowu okazało się, że psiaki nas jednak lubią. Właściciel, zdziwiony całą sytuacją, przywitał się z nami i życzył spokojnej drogi. Zostały nam do końca raptem ze trzy kilometry, ale to są najgorsze kilometry całej trasy. Schodząc w dół, spotkaliśmy grupę dziewczyn z Holandii jadących na koniach. Ot, znak, że jest już blisko cywilizacji.

Przechodzimy rzekę, prąd nie jest już tak bystry jak na początku naszej wędrówki. Robimy sobie popas, uzupełniając płyny. Zostały jeszcze dwa kilometry, ale trzeba się wspinać w górę, a nam naprawdę już się nie chce. Jednak się mobilizujemy i ruszamy dalej. Po drodze spotykamy parę, którą obserwowaliśmy z daleka. Odpoczywają pod drzewem.

Przechodząc, witamy się z nimi i zaczyna się rozmowa. Okazuje się, że dziewczyna jest przewodnikiem i wraz z mężem tak sobie chodzą po górach Tien-Szan. Bardzo sympatyczni ludzie. Wymieniamy się z nimi informacjami, a raczej to my dostajemy bardzo dużo pożytecznych informacji. Viola, bo tak ma na imię, przekonuje mnie, że Yandex nawet przyjedzie w miejsce, gdzie kończymy trekking, w co tak średnio chce mi się wierzyć. Oj, niewierny Tomasz ze mnie. Żegnamy się i naładowani pozytywną energią ruszamy dalej.

Na naszej drodze ma być ośrodek pionierów (takich ichniejszych harcerzy) – Pionier Camp Komarova. Ośrodek może i jest, ale… hmm, wygląda jak urbex, więc nie zostaje nam nic innego, jak schodzić w dół. Dochodzimy do bramy, którą otwiera nam pan najprawdopodobniej mieszkający na terenie ośrodka. Przy bramie jest budynek, który znajduje się w dużo lepszym stanie niż cały ten kompleks. Jeszcze kawałek i dochodzimy do drogi w miejscowości Beldersoy.

Ot, droga, jakieś roboty drogowe i tyle. Do budynków bardzo daleko i teraz odpalamy Yandexa i… no właśnie, jak mówiła Viola, mamy transport. Mieliśmy jechać tylko do pobliskiego Gazalkentu, ale z taksówkarzem ugadujemy się na Taszkient. Niesamowite, jak dobrze działają taksówki w Uzbekistanie. Śmierdzimy okropnie, bo praktycznie sześć dni się nie kąpaliśmy. Aż wstyd mi jechać taksówką. Mamy bardzo wyrozumiałego kierowcę i nie ma z tym problemu. Do tego opowiada nam o swoim weselu na 400 osób. Dowiadujemy się, że takie biedne wesele w Uzbekistanie to na 200 osób. No cóż, oglądamy nawet rolkę z jego ślubu. Fajny chłopak, przegadaliśmy całą trasę i szybciej leciał czas.

Dojeżdżamy do Alliance Hotelu, ale mamy mały problem, gdyż w Taszkencie odbywa się jakieś religijne wydarzenie i w hotelach brakuje miejsc. Chłopaki z obsługi sugerują nam pobliski hotel Retro Palace i tam się przemieszczamy. Hotel bardzo przyjemny, w podobnej cenie i też z pysznymi śniadaniami. Powiem więcej: pokój jest nawet większy, a klimatyzacja działa bez zarzutu. Korzystamy z pralni, bo trzeba wyprać nasze śmierdzące ciuchy. Do tego idę sobie kupić buty, bo moje śmierdzą tak, jakby nasikał tam kot. Co ja mówię – owca, kot, koza i świstak.

Wracamy też jeszcze na bazar na zakupy, a Bożenka chce zobaczyć ich stare miasto, gdzie również się udajemy. Ogólnie te wszystkie religijne atrakcje tak średnio nas kręcą. Owszem, są zbudowane z przepychem i piękne architektonicznie, ale my jednak wolimy pochodzić po górach.

Ostatnią noc spędzamy w Hotelu Uzbekistan – to już legenda w Taszkiencie. Reprezentacyjny hotel z czasów Związku Radzieckiego. Oczywiście nie może być tak, że do hotelu idziemy z buta. Pod drzwi wejściowe podwozi nas taksówka, wysiadamy i jak lordowskie mości wchodzimy przez frontowe drzwi. No powiem, lobby wygląda imponująco, obsługa też bardzo sympatyczna. Jesteśmy przed czasem i musimy chwilkę poczekać.

Oczekiwanie bardzo mocno zaprocentowało, bo pokój mamy na najwyższym piętrze. Wyżej jest tylko restauracja, do tego genialny widok na miasto, a pokój wygląda niczym rosyjskie salonki. Wypas. Tak się nam podoba, że wpadamy do hotelowej restauracji na zachód słońca. Obawiam się, że może nie być stolików, ale ku naszej uciesze mamy wypaśny stolik pod oknem z widokiem na miasto. Menu może i skromne, ale obsługa nadrabia bardzo dużo. Do tego ten zachód słońca i rewelacyjne ceny. Mamy cudowne zakończenie naszego uzbeckiego wypadu.

Wylot następnego dnia mamy dość wcześnie, bo o 9:35. Hotel z tej okazji robi śniadania na wynos, z których nie omieszkaliśmy skorzystać. W lobby czekają już specjalnie dla nas dwie paczuszki, a przed wejściem – Yandex. Powrót bez niespodzianek. Najpierw Istambuł, później Warszawa, a na koniec Katowice i nasz ulubiony parking Planeta.

W tym roku naprawdę bardzo dobrze trafiamy z wyjazdami. Początek z Wyspami Zielonego Przylądka, później, z racji problemów w Emiratach, lecimy na Reunion, co okazuje się strzałem w dziesiątkę, a teraz magiczny Uzbekistan. Jeszcze pewnie tu wrócimy, bo góry Tien-Szan mają swój niepowtarzalny urok. Uzbekistan 2026 okazał się jednym z najbardziej różnorodnych wyjazdów, jakie mieliśmy w ostatnich latach.

Ślady tras z naszego trekkingu w Tien-Szanie:

Więcej naszych podróży po Azji znajdziesz w dziale Azja.

Podobała Ci się ta relacja? ☕

Jeśli nasze opisy, zdjęcia lub ślady tras okazały się przydatne, możesz postawić nam kawę na kolejny wyjazd. Dzięki!


☕ Postaw nam kawę