... czyli podróże małe i duże ...

Stok Kangri 2014

Panorama Stok Kangri

Odpoczęliśmy przez 1 dzień po trekkingu z Phanjila do Chiling i naładowaliśmy przez ten czas wszystkie baterie do aparatów. Teraz czuliśmy się na siłach, żeby zrealizować główny cel naszej podróży. Stok Kangri jest najwyższym szczytem w Himalajach Ladakhu w północno-zachodnich Indiach. Znajduje się on w Parku Narodowym Hemis, 24 km na południowy zachód od Leh – stolicy krainy Ladakh. Ze szczytu rozciąga się wspaniały widok na Zanskar, Karakorum i drugą górę świata K2 (8611 m). Aby się na niego dostać swój trekking trzeba rozpocząć w miejscowości Stok.

[M] Aby wyjść na wspomniany szczyt potrzebne jest pozwolenie nazywane permitem, można go dostać w agencjach turystycznych ( cena 1700 – 2500 rupii) bądź pofatygować się do Indian Mountaineering Foundation i zapłacić 1500 rupii (za osobę). A następnie wysłuchać opowieści Himalayan Hero oraz dostać rozrysowaną trasę na szczyt łącznie z opisem widoków. My wybraliśmy wariant drugi 🙂 Dlatego też na pamiątkę mamy odręcznie narysowaną mapkę 🙂

Dzień I – 01.09.2014r

Obudziliśmy się około 7:00 i nie robiliśmy sobie żadnego śniadania. Zabraliśmy spakowane dzień wcześniej plecaki i poszliśmy rozliczyć się za noclegi oraz ponownie zostawić w Guest House-ie depozyt. Taksówka znowu podjechała przed czasem i bez problemów dojechaliśmy na początek szlaku na Stok Kangri w miejscowości Stok. W górę ruszyliśmy leniwie podziwiając piękne widoki.

   Nasz permit Miłe złego początki :) Start Wioska Stok Jaszczurka :)

Po niedługim czasie przy rzece zrobiliśmy sobie przerwę na herbatkę i indyjską zupkę instant zwaną Magie, naszych chińskich o wiele smaczniejszych już nam niestety zabrakło. Nie była zbyt smaczna niestety. Na szlaku spotkaliśmy łaciatego biało-czarnego psiaka, który chwile nam towarzyszył i tak po niedługim czasie doszliśmy do pierwszego Campingu, przy którym można było coś zjeść i się napić. Zamówiliśmy oczywiście Masala Tea i chwilę odpoczęliśmy przed dalszą drogą. Z przerwami po około 6 godzinach doszliśmy do Campingu Mankarmo. Pierwotnie mieliśmy iść tego dnia aż do Base Campu pod Stok Kangri bo tak byłoby ambitnie ale ostatecznie postanowiliśmy pierwszy nocleg spędzić tutaj na wysokości 4400m n.p.m. tak jak jest to zalecane. Jak tylko rozbiliśmy namiot i wrzuciliśmy do środka plecaki poszliśmy do namiotu bazowego zjeść zupkę Magie. Przygotowana przez miejscowych była o wiele smaczniejsza, pewnie dlatego, że przez chwilę gotowali makaron a my tylko zalaliśmy go wrzątkiem. Masala tea też smakowała tu przednio 🙂 Dopiero po napełnieniu brzuszków mogliśmy zabrać się za dmuchanie mat samopompujących i wprowadzanie się do naszego M1. Zdążyliśmy się już dowiedzieć od prowadzących Camping, że do Base Campu pod Stok Kangri na wysokości 4900m n.p.m. będziemy mieć dwie godziny marszu a kolejnego dnia na szczyt powinniśmy ruszyć o 1:00 nad ranem. Na kolację zjedliśmy jeszcze ostatnią konserwę na spółkę i poszliśmy spać. W nocy jak wychodziłam za potrzebą to w świetle czołówki widziałam wiele przyglądających mi się małych oczu :p nie było to komfortowe uczucie :p samych zwierzaków zaś nie mogłam dojrzeć, tylko te świecące oczy.

   po śniadanku :) Widoki dopisują Przełęcz po drodze Bez pracy nie ma kołaczy

   Trasa do Mankarmo Koleżka Masala Tea Odpoczynek

   Mankarmo Już blisko Widok z namiotku :) Rumaki :)


Dzień II – 02.09.2014r

Obudziliśmy się jakoś po 7:00 i na śniadanko zrobiliśmy sobie zupkę Magie. W górę ruszyliśmy za grupą Hindusów około 9:30. Okazało się, że na trekkingu z Phanjila do Chiling nieźle się zaaklimatyzowaliśmy bo marsz faktycznie zajął nam 2 godziny a do Base Campu dotarliśmy jako pierwsi chociaż co poniektórzy naprawdę starali się żeby nas dogonić. Jak następna osoba dochodziła do bazy to my już stawialiśmy namiot 🙂

   Julley Jeszcze 5 minutek :) Piesio Base Camp - Mitra

W drodze do Base Campu dowiedzieliśmy się, że pozdrowienie w języku Ladakh brzmi Julley i tak też witaliśmy się z wszystkimi mijanymi po drodze Hindusami. Jak już się rozłożyliśmy z naszym dobytkiem w Bazie to poszliśmy na herbatkę i Magie do namiotu bazowego a później drzemka. Tak jakoś co godzinę słychać było kropienie deszczu i deszczu ze śniegiem na tropik namiotu. Już nawet nie wiem ile razy zaczynało padać. Spać poszliśmy dość wcześnie bo pobudka czekała nas koło 1:00 nad ranem. Po 17:00 zaczęło już intensywnie padać co nie wróżyło nic dobrego. Problemem stało się nawet znalezienie odpowiedniego momentu, żeby pobiec do toalety między kroplami deszczu i śniegu :p Zaczęło się robić naprawdę świątecznie 🙂 najpierw deszcz ze śniegiem a później „zaparkowane” niedaleko naszego namiotu koniki z dzwoneczkami na szyjach 😛 do tego koniki zostały porządnie nakarmione o czym obwieszczały radosnym dzwonieniem przy sięganiu do worków ze swoimi pysznościami. Tej nocy a w zasadzie jeszcze wieczoru ciężko było zmrużyć oko. Przed 1:00 Marcin wyszedł przed namiot sprawdzić warunki i zobaczyć czy ktoś ruszył w kierunku szczytu. Siąpiło cały czas ale w górze widział trzy światełka, które zniknęły potem za przełęczą. Warunki jednak nie były zbyt korzystne do tego my nie mieliśmy ze sobą spodni z membraną przeciwdeszczową bo tego jednego nie przewidziałam pakując nas przed wyjazdem.

Dzień III – 03.09.2014r

Rano obudziły mnie odgłosy butów zagłębiających się w śniegu przy każdym kroku i tego charakterystycznego trzeszczenia, to było niesamowite. Zaraz po obudzeniu musieliśmy uderzyć kilkakrotnie w ścianki namiotu, żeby zrzucić z niego zalegający śnieg :P. W namiocie mieliśmy rano 6,5°C ale mieliśmy śpiwory puchowe. Ostatecznie trzeba było wygramolić się z namiotu i otrzepać go ze śniegu. Na środku obozu dwie grupy radośnie lepiły bałwany ze śniegu.

   Parking dla koni Where am i ? Idą Święta Nawet słońce widać to chyba dzień Dostawa wody z rzeki

[M] Poranek przypomniał nam Święta Bożego Narodzenia na zewnątrz napadało około 20 cm śniegu. Zacząłem obawiać się, iż na górze będzie tego dużo więcej i nasza wyprawa stanie pod znakiem zapytania.

Później można było pójść na ciepłą herbatkę i śniadanie do namiotu bazowego. Marcin zdecydował się na owsiankę a ja pancake-a ale jakoś mi nie podszedł. Zaczęłam mieć problemy z żołądkiem prawdopodobnie z powodu wysokości niewiele niższej niż 5000 m n.p.m.

W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że nocą w górę ruszył chłopak z RPA i dwóch Hindusów ale przemoczeni do suchej nitki wrócili z powrotem zaprzepaszczając dalsze szanse zdobycia szczytu bo czekało ich przynajmniej 2 dni suszenia ubrań przy tych warunkach. Chłopak z RPA doszedł do wysokości 5600 m n.p.m., którą wskazał mu zegarek ale faktyczna wysokość była raczej niższa bo nie był w stanie powiedzieć czy przeszedł lodowiec, który jest poniżej tej wysokości.

[M] Mój zegarek w BC pokazywał 5300 m a naprawdę było 5000 m dlatego ciśnieniowy pomiar można o kant sobie włożyć 🙂

Wszyscy trzej dali sobie już spokój i ruszyli koło południa w dół. Tego dnia mieliśmy okazję poznać jeszcze parę z Izraela Eran-a i Shiri, którzy zostali w bazie oraz dwójkę rodaków Tomka i Wojtka, którzy też uznali, że przy tych warunkach raczej nie będą próbować wejścia na szczyt i zrealizują dalszą część swoich planów trochę niżej 🙂 Sporo osób widząc dookoła biały puch zdecydowała się zrezygnować ze szczytu i ruszyć w drogę powrotną, my uznaliśmy, że mamy czas żeby poczekać, do tego jakiś przewodnik pocieszył nas mówiąc, że następnej nocy powinna być dobra pogoda na wejście więc tej nadziei się trzymaliśmy zostając. Po południu śnieg zaczął topnieć i coraz szybciej go ubywało, nawet zachmurzone niebo zaczęło się wypogadzać. Późnym popołudniem uznaliśmy, że w ramach aklimatyzacji wyjdziemy na pobliską przełęcz leżącą na początku szlaku na Stok Kangri.

Ruszyliśmy szlakiem w górę i zrobiliśmy sporo ładnych zdjęć, za ciosem poszliśmy dalej trawersując zbocze uznając, że idziemy tylko do wysokości 5200m n.p.m. i zaraz potem wracamy 🙂 tak też zrobiliśmy. Droga nawet nam całkiem nieźle szła tylko mój żołądek nie czuł się najlepiej 😛 Pogoda robiła się coraz lepsza więc zapowiadało się, że o 1:00 ruszamy na szczyt. Idąc wcześnie spać nastawiliśmy budzik, niestety jak przebudziliśmy się około 22:00 znowu padał deszcz. Później nie mogłam już nawet znaleźć drogi do toalety, na zewnątrz było dosłownie „mleko” i cały czas padało. O 1:00 niestety nie było lepiej, można powiedzieć, że było nawet gorzej niż poprzedniego dnia. Mimo wszystko spakowaliśmy plecaki, zjedliśmy po liofilizacie i czekaliśmy aż się poprawi ale się nie poprawiało. Uznaliśmy, że nastawimy budzik na „za godzinę”, ale że za godzinę nadal się nie poprawiło to tak go przestawialiśmy. O 4:00 daliśmy sobie spokój i poszliśmy spać bez żadnych ograniczeń czasowych.

   Widoki z 5200 m npm Widoki z 5200 m npm Widoki z 5200 m npm Widoki z 5200 m npm Mały rekonesans

Dzień IV- 04.09.2014r

Rano nadal siąpiło więc nawet nie wychodziliśmy z namiotu. Dopiero po 8:00 poszliśmy do namiotu bazowego zjeść owsiankę. Uznaliśmy, że mamy już dość czekania i ruszamy w górę albo w dół ale nie czekamy dłużej. Daliśmy sobie czas do 10:00 ale już po 9:00 poszliśmy po plecaki i ruszyliśmy ponownie w kierunku pierwszej przełęczy na szlaku na Stok Kangri. Po drodze natrafiliśmy przed namiotem bazowym na naszego znajomego z Izraela Eran-a i Słowaczkę.

   Ruszyliśmy Poranek Widoki na trasie Lodowiec Pogoda się psuje

Oboje odradzali nam pomysł pójścia w górę o tej porze ale uspokajaliśmy ich, że jeśli znowu zacznie padać deszcz lub śnieg, lub jeśli uznamy, że jest ciężko to wracamy, chcieliśmy dojść przynajmniej do lodowca. Niestety przy drugim dniu zatrucia w moim przypadku trasa na przełęcz zajęła nam dwa razy więcej czasu niż dnia poprzedniego, mimo to uznałam, że idziemy dalej bo nie czuję się tak źle, żebym musiała wracać z powrotem. Marcin co jakiś czas kontrolnie pytał, czy nie chcę schodzić a nawet mnie do tego próbował przekonać.

[M] Bożenka to mały Terminator w górach, na początku niby zostaje w tyle aby finalnie wyskoczyć niczym Adam Małysz, przekonałem się o tym już parę razy 🙂 Duży koń uciągnie dużo, ale mały osiołek jest twardszy i wytrzymalszy 🙂

Na początku śniegu na szlaku nie było dużo. Po jakimś czasie doszliśmy do rozwidlenia ścieżek, jedna lepiej oznaczona miała być podobno łatwiejsza ale nie mieliśmy jej na GPS a druga miała może bardziej skąpe oznaczenia z kopczyków kamieni ale przynajmniej mogliśmy się na nią nawigować przy pomocy GPS. Przy rozwidleniu zauważyliśmy, że ktoś podąża naszym śladem, po jakimś czasie okazało się, że to Eran a już baliśmy się, że ktoś wysłał po nas jakąś ekipę ratunkową 😛 nie wierząc w nasz zdrowy rozsądek. Dalej poszliśmy już razem. Początkowo oczywiście zamierzaliśmy dojść tylko do lodowca. W miarę jak się do niego zbliżaliśmy to na szlaku pojawiało się coraz więcej śniegu, coraz trudniej było dojrzeć też jakiekolwiek kopczyki z kamieni oznaczające szlak. Naszą ścieżkę korygowaliśmy co jakiś czas wg GPS-u. Zbliżaliśmy się do stromej ściany oblepionej grubo śniegiem, wg GPS-u to właśnie przy tej ścianie mieliśmy pokonać lodowiec więc już wyobrażałam sobie schodzącą z niej lawinę ale na szczęście z wizji tej wyrwał mnie Eran uznając, że lodowiec przejdziemy jednak trochę wcześniej. Początkowo nawet się ucieszyłam do momentu aż nie przyszło nam pokonać pierwszej szczeliny na śnieżnym mostku. Mostek na szczęście wytrzymał więc przyszła kolej na następną szczelinę.

  Na grani Na grani

Ta na szczęście była mniejsza więc wystarczyło zrobić krok przed siebie schodząc do niej i następny ponad odgłosem strumyka płynącego jej dnem. Po przejściu lodowca chwilę odsapnęliśmy i zjedliśmy kawałek czekolady, niestety nie smakowała nam specjalnie i ciążyła potem w żołądku. Potem czekało nas bardzo strome podejście w górę, szliśmy powoli przystając co chwilę, klucząc po zboczu Stok Kangri i szukając właściwej drogi w górę. Tak doszliśmy do wysokości 5600m n.p.m. i zobaczyliśmy w dole na lodowcu 4 osoby. To były spotkane wcześniej w bazie Słowaczki z przewodnikami, które też uznały, że „teraz albo nigdy” :p Kluczyliśmy jeszcze trochę po zboczu zanim Słowaczki do nas dotarły i dalej postanowiliśmy iść już wszyscy razem, przewodnicy też nie widzieli w tym problemu. Najpierw w górę zbocza ruszyliśmy, żlebem, którym już wcześniej planował iść Marcin a później bardzo ostrą granią w prawo od żlebu. Idąc wąską granią z lewej strony mieliśmy przepaść a z prawej strome zbocze. Co jakiś czas przewodnicy zwracali nam uwagę, żeby dany odcinek pokonywać ostrożnie. Idąc sami pewnie doszlibyśmy do żlebu ale z dalszej wędrówki granią najpewniej byśmy zrezygnowali, trasa w śniegu faktycznie była bardzo trudna, sama grań miejscami oblodzona a na niej pełno luźnych, osuwających się skał. Zimno, śnieg, wiatr i zmęczenie coraz bardziej dawały się nam we znaki. Jeszcze w miarę spokojnie i z odpoczynkami doszliśmy do miejsca, gdzie wg przewodników, przeszliśmy wysokość 6000m n.p.m. Przewodnicy bacznie sprawdzali czy dajemy sobie radę na trudniejszych odcinkach a w razie problemów starali się przeprowadzić kogoś jakimś łagodniejszym wariantem ścieżki jak w przypadku jednej ze Słowaczek ale to było możliwe tylko przez jakiś czas. W pewnym momencie jeden z przewodników zaproponował nam zostawienie plecaków dla ułatwienia wędrówki ale wtedy my już uznaliśmy że rezygnujemy z dalszej trasy na szczyt tym bardziej, że było już dobrze po 15:00. Do szczytu mieliśmy jeszcze jakieś 100m w górę ale rekord wysokości pobiliśmy i to nas w pełni satysfakcjonowało. Tam, gdzie postanowiliśmy zaczekać Eran zostawił plecak i razem z przewodnikami i Słowaczkami ruszył dalej. Po króciutkiej chwili wrócił do nas jeden z przewodników i jedna ze Słowaczek. Założyliśmy raki, przewodnik wziął plecak Eran-a i ruszyliśmy stromym zboczem w dół zygzakując. Zejście było bardzo długie, mozolne i wyczerpujące, co jakiś czas natrafialiśmy rakami na kamienie pod śniegiem. Zaczął zapadać zmrok, Słowaczka z przewodnikiem coraz bardziej oddalali się od nas ale starali się nie tracić nas z oczu. Już szliśmy z zapalonymi czołówkami, kiedy dołączyli do nas Eran, druga ze Słowaczek i drugi przewodnik. Eran minął nas pierwszy a Słowaczka zapytała jeszcze o czekoladkę dla wyczerpanego już przewodnika. Na szczęście czekolada i Mountain Dew postawiło go na nogi i ruszyli dalej. My szliśmy na końcu. Ścieżka była wydeptana przez idącą z przodu część naszej ekipy więc specjalnie się nie spieszyliśmy tylko szliśmy przed siebie własnym tempem. W dół w kierunku lodowca szliśmy już wytyczoną mniej stromą ścieżką a sam lodowiec pokonaliśmy idąc przy ścianie, która parę godzin wcześniej mnie przerażała, okazało się to dużo prostsze a do pokonania mieliśmy tylko jedną szczelinę i to bardzo płytką. Szliśmy powoli w świetle czołówek, co jakiś czas przystawaliśmy, żeby napić się czegoś słodkiego. Przed nami ale równym tempem szedł Eran, przystając co jakiś czas żeby też odpocząć. Na przełęczy przed Base Campem my postanowiliśmy odpocząć dłużej a Eran ruszył do obozu od razu, żeby Shiri się o niego nie martwiła. Jak już dotarliśmy do obozu bazowego to od razu postawiliśmy Słowaczkom obiecane wcześniej piwo, dorzuciliśmy się przewodnikom do zapłaty za trasę a do tego napiliśmy się ciepłej herbaty, zjedliśmy zupę i chow mein (makaron smażony z warzywami).

[M] Co do przewodników, jak wcześniej wspominałem w Ladakh człowiek czuje się jak by nie był w Indiach, naprawdę wspaniali ludzie tym bardziej gdy próbowałem dać im po 500 rupii jako dorzucenie się do wyprawy, początkowo ani jeden ani drugi nie chcieli ode mnie wziąć pieniędzy.
Co do szczytu, góra nie ucieknie a dla 100 m szkoda ryzykować warunki były okropne a 6000 z hakiem to nie Babia Góra. Nie jesteśmy przodownikami pracy więc 99 % nas satysfakcjonuje nie musi być 300 % normy 🙂 Do tego na końcu jak już smacznie spaliśmy zaliczyliśmy niespodziankę, która niżej Bożenka opisuje.

Dowiedzieliśmy się, że Eran ze Słowaczką i przewodnikiem podeszli najbliżej szczytu jak się tylko dało w tych warunkach i naprawdę tego dnia był to wielki wyczyn. W namiocie bazowym było ogólnie bardzo gwarno i wesoło. Wycieńczeni wróciliśmy do naszego namiotu i niemalże padliśmy. Po północy Marcina zaczęły piec oczy i nic nie pomagał wymyślony przeze mnie okład z zamoczonych torebek herbaty. Niedługo potem ja zaczęłam się męczyć, też nie mogłam już znieść pieczenia a okłady z herbaty i przemywanie oczu wodą nie przynosiły ulgi. Nad ranem udało mi się dopiero kilka razy na chwilę zasnąć. Tak oto zemściła się na nas nasza niechęć do noszenia ciemnych okularów. Podchodząc na Stok Kangri w pochmurny dzień ciemne okulary zamiast na nosie mieliśmy w plecaku. Do tego jak na złość zapomnieliśmy posmarować się kremem z filtrem. Zemściło się to na nas niemiłosiernie. Myślę, że o kremie z filtrem i okularach lodowcowych nie zapomnę już nigdy nawet w pochmurny śnieżny dzień w górach.

Dzień V – 05.09.2014r

   Z Eranem Ku przestrodze, zakładajcie okulary lodowcowe Ku przestrodze, zakładajcie okulary lodowcowe Schodzimy Jaki :)

Marcin rano czuł się już lepiej ale ja nie bardzo, nie mogłam otworzyć oczu nawet na chwilę. Marcin dopiero po paru godzinach od przebudzenia zaprowadził mnie na śniadanie do namiotu bazowego, kubek z herbatą i owsiankę właściwie to wkładał mi do rąk. Od pary Austriaków załatwił dla mnie kropelki do oczu i powoli można było myśleć o pójściu w dół. Ze wzrokiem nie było wiele lepiej ale w Lech mogłam liczyć na jakąkolwiek pomoc medyczną i leki a na wysokości 4900m n.p.m. mimo chęci pomocy ze strony wielu ludzi niestety nie. Otwierając oczy na chwilę byłam w stanie dojrzeć buty Marcina przede mną na ziemi więc byłam gotowa schodzić. Cały dobytek spakował Marcin, zajęło to więcej czasu niż kiedy robimy to obydwoje, po czym ruszyliśmy w drogę. Marcin szedł pierwszy a ja za nim patrząc czy przed oczami skierowanymi w ziemię widzę jego buty bo tyle tylko byłam wstanie ogarnąć z otaczającej mnie rzeczywistości (resztę dwa dni później na zdjęciach zobaczyłam :p). Co jakiś czas przystawałam, żeby pomrużyć mocno oczy i znowu dojrzeć coś przede mną i tak przez ponad 4 godziny drogi zakrapiając co jakiś czas oczy. Poszło nam nawet całkiem nieźle z tym zejściem i ostatecznie wyprzedziliśmy naszych znajomych z Izraela i Słowaczkę z przewodnikiem. Na początku szlaku w Stok od razu zastaliśmy taksówkę tuż przy restauracji i szybko dotarliśmy z powrotem do Leh. Marcin zaprowadził mnie do pokoju a sam pobiegł poszukać apteki i kropelek do oczu. Umowa była taka, że jak polecone przez aptekarza kropelki mi nie pomogą to następnego dnia idziemy do szpitala, niechętnie się zgodziłam ale na szczęście rano z oczami było już lepiej choć ciągle były opuchnięte.

[M] Po raz kolejny przekonałem się do mieszkańców Leh, aptekarz bardzo sympatyczny w momencie gdy zasugerowałem mu krople z antybiotykiem wynalazł naprawdę lekarstwo na „snow blind” a dla mnie maść na zmiany uczuleniowe na skórze. Kropelki zadziałały na drugi dzień Bożenka już była w lepszym stanie i zrezygnowaliśmy ze szpitala.

Po kolejnym trekkingu miło było wreszcie wziąć prysznic (co prawda zimny ale zawsze prysznic :P) i pójść zjeść coś smacznego w naszej ulubionej restauracji Happy World w Leh 🙂 I tak sobie nadal myślę, że mimo tego całego bólu było warto 🙂

Kilka uwag dotyczących trasy na Stok Kangri i Campingów 🙂

Wszystkie Campingi na trasie ze Stok na Stok Kangri obsługuje Home Stay Mitra. Pracownicy Campingów są bardzo sympatyczni i mają bardzo duże zaufanie do swoich gości. Nocleg na wszystkich Campingach to koszt 150 rupii indyjskich za miejsce na namiot jeśli się dysponuje własnym, 250 rupii indyjskich jeśli nie ma się swojego namiotu i chce się skorzystać z namiotów dostępnych na Campingu (dwuosobowe namioty firmy Quechua typu iglo z tropikiem). My o tej drugiej opcji nie wiedzieliśmy i nasze M1 nieśliśmy na plecach, z drugiej jednak strony nasz namiot mamy sprawdzony w każdych warunkach. Pracownicy Campingu jak już wspomniałam mają bardzo duże zaufanie do gości. Każdemu w namiocie bazowym na życzenie podadzą jedzenie i napoje ciepłe ale nie chcą od razu za nie zapłaty, wyjątkiem są napoje butelkowane, za które należy rozliczyć się od razu. Kilka razy próbowaliśmy się rozliczyć za jedzenie i miejsce na Campingu ale za każdym razem słyszeliśmy, że to dopiero jak będziemy schodzić w dół. Jak przyszło do rozliczenia to chłopak z obsługi zapytał Marcina ile noclegów tu spędziliśmy i z jakich posiłków korzystaliśmy. Za 3 noclegi, 3 śniadania, 3 ciepłe posiłki oraz herbatę do posiłków i między posiłkami policzono nam jakieś 2100 rupii indyjskich (za nas oboje). Marcin dla pewności zapłacił 2500 rupii indyjskich na wypadek, gdybyśmy zapomnieli o czymś co tam zjedliśmy a obsługa naprawdę była tak fantastyczna i miła, że nie chcieliśmy dopuścić do tego, żeby przez nas na czymś byli stratni.

[M] Kilka słów o sprawdzaniu permitów; na trasie nikt nam ich nie sprawdzał z tego co zauważyłem permity sprawdzane są wtedy gdy próbujemy wypożyczyć sprzęt w Base Campie w innym wypadku ekipa z Mitry zupełnie nie interesuje czy je mamy czy nie, co świadczy o bardzo dużym zaufaniu z ich strony.

Bonus:

    Z trasy Z trasy Z trasy Z trasy