... czyli podróże małe i duże ...

Maroko 2017

…. czyli Marrakesz i Imlil po raz kolejny 🙂

Atlas Wysoki

Trasy GPS: Wikiloc 2D   Ayvri 3D

Mamy kilka takich miejsc, do których chętnie wrócimy przy najbliższej nadarzającej się okazji 🙂 Należy do nich przede wszystkim Maroko 🙂 Tym razem pretekstem do wyjazdu były urodziny Marcina i olej arganowy, który już mi się skończył a wypadało go sobie kupić w Maroko a nie z internetów 😛 Bilety co jakiś czas pojawiają się w przystępnych cenach więc zabukowaliśmy sobie lot na termin 8-11 grudnia 2017. Ruszyliśmy z Krakowa i już po niecałych 5 godzinach lotu wygrzewaliśmy się w słoneczku na lotnisku w Marrakeszu. Tym razem nie daliśmy się naciągnąć na taksówkę, ruszyliśmy prosto w kierunku autobusu, zresztą na nogach też nie mielibyśmy daleko do medyny. Wysiedliśmy niedaleko Placu el-Fna, wymieniliśmy w znanym nam banku pieniądze i ruszyliśmy szukać transportu do Imlil. Przy el-Fna nie znaleźliśmy Grand Taxi więc uznaliśmy, że znajdziemy je pewnie przy Dworcu Kolejowym. Poszliśmy oczywiście na piechotę przy użyciu maps.me, po drodze robiłam też rozpoznanie przy straganach z olejem arganowym. Przy Dworcu już trafiliśmy taksówki ale ceny podawali nam z kosmosu. Postanowiliśmy wznieść się na kolejny level podróżowania po Maroko i znaleźć sobie jakiś bus w tamtym kierunku 😛 Naprzeciw Dworca naszą uwagę przyciągnął okazały budynek z kopułą, przeszliśmy na drugą stronę ulicy i zajrzeliśmy przez otwarte drzwi. Okazało się, że jest to budynek Teatru Królewskiego aktualnie w trakcie remontu, ale jak to się mówi, jak „kierownik” pozwoli to można wejść do środka. Sympatyczny Marokańczyk zaprosił nas a jakże i zaproponował oprowadzenie po budynku za niewielką opłatą. Z propozycji skorzystaliśmy a więcej zdjęć z wnętrza gmachu można znaleźć w zakładce NUET. Po zakończeniu zwiedzania postanowiliśmy się przemieścić w kierunku Dworca Autobusowego i poszukać jakiegoś transportu do Imlil. Dzień był taki ładny, trasa taka długa więc zrobiliśmy sobie mały postój w jakimś parku. Na maps.me znaleźliśmy Dworzec Autobusowy i po jakimś czasie do niego dotarliśmy. Nawet nie musieliśmy szukać busa bo to bus znalazł nas 😛 jakiś chłopak zapytał tylko dokąd się wybieramy a jak podaliśmy mu nazwę Imlil to od razu wskazał nam busa.

Zapakowaliśmy się do niego z plecakami i po jakimś czasie kiedy przybyło pasażerów wyruszyliśmy w drogę. Nie dojechaliśmy nim do samego końca trasy bo poza nami nie było więcej chętnych na tak daleką trasę, kierowca w jakimś mieście po drodze przepakował nas do innego busa, uiścił za nas opłatę u kierowcy i tym sposobem znowu czekaliśmy aż zbierze się komplet pasażerów. Plecaki tym razem powędrowały na dach a w busie przybywało pasażerów. Jak i w pierwszym tak i w tym busie byliśmy jedynymi turystami więc wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie. Zanim wyruszyliśmy w trasę w busie były zajęte miejsca siedzące i stojące, ja przesiadłam się ostatecznie Marcinowi na kolana, żeby zrobiło się więcej miejsca dla kolejnych pasażerów bo wbijali do busa drzwiami i oknami 😛 niektórzy trzymali się otwartych drzwi tylnych i starali się utrzymać równowagę i nie wypaść. Do Marcina zagadł jakiś chłopak, okazało się, że jest przewodnikiem a z ciekawostek opowiadał Marcinowi o fladze „wolnych ludzi”. Flaga ta symbolizuje cały lud Amazigh żyjący w harmonii z ich ziemią. Barwy na ich fladze odnoszą się do wszystkich aspektów terytorium, na którym żyją Berberowie kolor żółty – symbolizuje piasek Sahary, zielony – przyrodę i zielone góry, niebieski – Morze śródziemne i Ocean Atlantycki, znak „yaz” symbolizuje wolnego człowieka, znak ten ma kolor czerwony, kolor życia a także oporu. Ten dzień był dla nas aż nazbyt piękny, zwiedziliśmy Teatr Królewski, Marcin dowiedział się o niesamowitej fladze związanej z tym rejonem, bez problemu znaleźliśmy transport. Ja jestem pesymistką i doszłam do wniosku, że to jest podstęp i coś musi nam ten dzień popsuć. Spoglądając przez okno, zauważyłam cień jaki rzucał bus, którym jechaliśmy, ludzie byli nie tylko uczepieni drzwi, wisieli też na drabince na dach i siedzieli na dachu na bagażach. No tak, a ja jestem taka mądra, że w plecaku w górnej klapie mam portfel z wszystkimi dokumentami i kartami do bankomatu. W myślach pożegnałam się już z całą jego zawartością i zastanawiałam się, ile będzie problemów z wyrabianiem wszystkiego na nowo, na szczęście paszport miałam na szyi w paszportówce. Jak dojechaliśmy do Imlil byłam mile zaskoczona bo w plecaku wszystko było na swoim miejscu, nie wiem skąd ta moja podejrzliwość i pesymizm. Zostało nam tylko znaleźć nasz guest house. Poszliśmy wg namiarów z booking.com ale te nijak miały się do rzeczywistości. Zapytaliśmy jak tam dojść i poprowadził nas w jego kierunku jakiś chłopak. Po drodze wyszedł do nas mężczyzna twierdząc, że guest house, którego szukamy i ten w jego domu to to samo ale nie daliśmy się zwieść i ostatecznie znaleźliśmy ten nasz. Tam nikt na nas nie czekał, nikt nie reagował na nasze pukanie a schody przysypane były pokruszonym betonem, wyglądało na to, że remont trwa w najlepsze. Marcin znalazł wreszcie w środku jakąś kobietę ale ona nie znała angielskiego, były próby skontaktowania się z kimś przez telefon, wreszcie do domu przyszedł mężczyzna, który wcześniej zapewniał nas, że jego dom to ten sam guest house, rozmawiał też z kobietą i ostatecznie zabrał nas do siebie. Sami już nie wiedzieliśmy o co w tym chodzi. Dostaliśmy duży pokój ale na zewnątrz robiło się coraz zimniej, w pokoju też, ogrzewania nie widzieliśmy żadnego i nawet ciepłej wody w łazience też nie było. Podobno będzie 😛 tak nas zapewniano. My po krótkiej naradzie postanowiliśmy znaleźć sobie coś nowego bo nie zamierzaliśmy spać we wszystkich ubraniach jakie ze sobą przywieźliśmy. Na bookingu zrobiliśmy nową rezerwacje i się stamtąd ewakuowaliśmy.

W międzyczasie do właściciela domu przyszedł inny mężczyzna i zaczęli się kłócić, nie było to zbyt przyjemne i cieszyliśmy się, że już stamtąd idziemy. Ze znalezieniem kolejnego guest house’u też był problem, koordynaty również się nie zgadzały i w międzyczasie jakiś starszy mężczyzna znowu zaczął nam wpierać, że ten guest house, którego szukamy a inny do którego nas zaprowadzi to to samo 😛 drugi raz już nie daliśmy się nabrać i ostatecznie znaleźliśmy właściwy. W samą porę bo na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Rano zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy na trekking. Marcin znalazł nam do zdobycia jakiś mało znany szczyt. Początkowo szliśmy przez miasteczko, później mieliśmy dotrzeć do drogi powyżej niego i z niej już wejść na szlak. Przed nami szło dwóch starszych mężczyzn i nagle skręcili w jakiś wąwóz. Postanowiliśmy pójść za nimi bo według mapy był to ponoć skrót. Dobrze, że tak zrobiliśmy bo wyszliśmy na wąską uliczkę niedaleko meczetu, powyżej była już droga, do której mieliśmy dobić. Szliśmy nią tylko kawałek po czym skręciliśmy na szlak. R

obiło się coraz cieplej i raz po raz odpalaliśmy z siebie kolejne warstwy ubrania. Ścieżka wiodła nas prosto pod górę pomiędzy sosnowymi drzewami. Na części z nich widać było jakieś białe kokony, ale były na tyle wysoko, że nie dowiedzieliśmy się co skrywały. Po jakimś czasie ponownie dobiliśmy do drogi, która wiodła zakosami w górę, my skracaliśmy sobie trasę idąc wprost do góry szlakiem. Kolejny raz na drogę wyszliśmy na wysokości ok. 2300m n.p.m. Była tam niewielka kawiarenka więc postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na berber whisky czyli miętową herbatę 🙂 Widok stamtąd robił już wrażenie, wokół nas były same góry a gdzieś w dolinach można było zauważyć zlewające się ze skałami budynki i wijące się po zboczach drogi. Z dziadkiem, który w spartańskich warunkach prowadził tą restauracyjkę umówiliśmy się już na powrót i jakieś ciepłe danie. Na odchodne zapytał jeszcze Marcina o plany i wskazał drogę na Aourirt n’Ouassif.

Dalsza część trasy była już niemal pozbawiona drzew. Robiło się coraz bardziej stromo a widoki stawały się coraz ładniejsze. Raz na jakiś czas siadaliśmy gdzieś na ścieżce, podziwialiśmy rozciągającą się wokół panoramę i łapaliśmy ciepłe grudniowe promienie słońca.

Troszkę się nam ta trasa ciągnęła ale pięliśmy się cały czas do góry by ostatecznie znaleźć kopczyk kamieni oznaczający szczyt Aourirt n’Ouassif 2722m n.p.m. Na szczycie byliśmy całkiem sami 🙂 Większość osób przyjeżdżających w ten rejon idzie na Jebel Toubkal zapominając, że wokół jest tyle pięknych szczytów do zdobycia 🙂 Znowu łapiemy zimową opaleniznę, robimy fotki po czym zabieramy się za zejście w dół. Nie wracamy tą samą trasą, robimy sobie skróty w dół „na przestrzał” 🙂 byle szybciej dotrzeć na obiecany ciepły posiłek.

Może błędem było to, że przed podaniem jedzenia nie zapytaliśmy ile będzie to kosztowało bo zostawiliśmy szefowi kuchni spore pole do popisu ale zjedliśmy naprawdę smaczną jajecznicę z pomidorami i nie zraził nas nawet brak sztućców 😛 rękami też daliśmy sobie radę. Do Imlil schodziliśmy już po swoich śladach, nie improwizowaliśmy. Robiło się coraz chłodniej więc tym razem zakładaliśmy kolejne warstwy ubrań 🙂 Po drodze mijaliśmy stadka owiec, wracające ze szkoły dzieciaki, w miasteczku leniwie toczyło się życie. Kiedy dotarliśmy do guest house’u słońce już prawie zachodziło. Następnego dnia czekał nas już powrót do Marakeszu. Planowaliśmy wracać busami ale zajęłoby to sporo czasu więc na leniucha wzięliśmy taksówkę. Po drodze przyglądaliśmy się wszystkim straganom w poszukiwaniu flagi Amazigh, kierowca zjechał nawet do jakiegoś większego sklepu z pamiątkami ale nigdzie nie można jej było zdobyć, pewnie dlatego, że jest niemile widziana przez władze Państwowe.

W Marrakeszu mieliśmy zarezerwowany kolejny nocleg bo do Polski wracaliśmy dopiero 11go grudnia. Guest house znaleźliśmy nie dzięki koordynatom GPS tylko dzięki adresowi i numerowi na drzwiach, inaczej byłoby ciężko. Chłopak, który nas zameldował był trochę nierozgarnięty ale umówiliśmy się z nim na pobudkę następnego dnia i śniadanie koło 5:00. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy na dalsze poszukiwania flagi. W pierwszej kolejności udało nam się znaleźć olej arganowy i perfumy w kostkach do szafy. Z szukaniem flagi było już gorzej. Przeszliśmy prawie całe suki obok placu el-Fna, niektórzy właściciele straganów kazali nam czekać i sami wyruszali na poszukiwania flagi po czym wracali z niczym. Ostatnie podejście zrobiliśmy w sklepie z lampami i tkaninami, właściciel również kazał nam czekać a po 10 minutach wrócił z flagą. Cenę podał nam dość wysoką ale była to jedyna opcja żeby zdobyć flagę więc po krótkim targowaniu i tak  kupiliśmy. W trakcie zakupów posililiśmy się bułką ze smażoną rybą i grillowanymi warzywami, zrobiliśmy sobie kilka przerw na kawę w okolicznych kawiarenkach a na wieczór zasiedliśmy na dłużej na jednym z tarasów wokół placu el-Fna i zjedliśmy Tadżin. Do naszego guest house’u wróciliśmy już po zmroku i położyliśmy się spać. Przed 5:00 spakowaliśmy się i czekaliśmy aż obudzi się chłopak, który obiecał nam śniadanie. Co jakiś czas było słychać jego budzik w telefonie komórkowym ale chłopak niestety się nie obudził, tak więc obeszliśmy się smakiem a pieniądze za nocleg zostawiliśmy na stoliku. Kolejny wyjazd skończył się dla nas zbyt szybko. Na lotnisko dojechaliśmy taksówką a stamtąd po kilku godzinach lotu byliśmy w Krakowie otoczeni zimową już aurą.