czyli… via ferraty w sercu francuskich Alp

26 – 29 czerwca 2026
Grenoble i Chamrousse były naszym celem podczas krótkiego wypadu we francuskie Alpy, którego głównym punktem miały być via ferraty.
Grenoble kojarzymy głównie z tym, że kiedyś odbyły się tam zimowe igrzyska olimpijskie i… w sumie tyle. Wiem mniej więcej, gdzie leży i że to francuskie Alpy. Lyon jest już zdecydowanie bardziej znany. Pomijając historyczne naleciałości, mnie kojarzy się przede wszystkim z filmem z Rowanem Atkinsonem „Wyścig szczurów” i sceną z muzeum Barbie (Klausa Barbie). 🙂
Ale do rzeczy. Lyon był na naszej liście już kilka razy. Raz nawet byliśmy już na lotnisku, ale… samolot dość solidnie się spóźnił i daliśmy sobie spokój. Tym razem wszystko idzie w dobrym kierunku, bo lecą z nami Basia i Rafał. Głównym celem jest via ferrata o wymownej nazwie De La Bastille, a co będziemy robić później, to się wymyśli, bo francuskie nazwy miejscowości jakoś nie chcą nam wchodzić do głowy.
Francja to kraj bardzo dobrze skomunikowany, więc z lotniska imienia autora „Małego Księcia” mamy FlixBusa prosto do Grenoble, gdzie robimy sobie bazę. Dobra, ale może od początku.
26 czerwca 2026 roku zasuwamy na lotnisko w Krakowie, skąd o 10:25 mamy lot do Lyonu. Nic specjalnego się nie dzieje. Jesteśmy o czasie na Euro Parkingu, skąd dowożą nas na lotnisko. Samolot startuje zgodnie z planem i ląduje nawet przed czasem.
No to mamy trochę wolnego.
W Polsce jest potworny upał, we Francji również, więc leżakujemy sobie na lotnisku do czasu odjazdu Flixa. Dalej także nic szczególnego się nie dzieje i już lekko znudzeni wyjeżdżamy w kierunku Grenoble. Na miejscu jesteśmy po około godzinie.
Z racji upałów miasto wygląda na niemal wyludnione, a my radośnie zasuwamy wzdłuż rzeki Isère do wynajętego apartamentu w centrum, niedaleko parku i kolejki. Po drodze zaliczamy jeszcze supermarket celem dokonania drobnych zakupów.
Docieramy w okolice kolejki, przechodzimy obok parku i jesteśmy… no właśnie, w miejscu, gdzie powinien znajdować się nasz apartament.
Tylko gdzie on jest?
Teoretycznie wszystko się zgadza. Stoimy pod drzwiami, które wyglądają jak wejście do jamki hobbitów z XVI wieku, a do tego są całe w pajęczynach. Nic bardziej mylnego. Obok drzwi znajduje się małe pudełko, a w nim ukryty jest nasz klucz.
Drzwi się otwierają, wchodzimy do tajemniczego korytarza, dalej po schodach i… jest! Wchodzimy do środka i wszystko okazuje się w jak najlepszym porządku. Apartament jak się patrzy. Odpalamy klimatyzację i zabieramy się za coś do jedzenia.
Ochłodzeni, najedzeni i napici ruszamy na rekonesans, czyli jedziemy kolejką na wzgórze Bastylii.
Kolejka linowa prowadząca na Bastille sama w sobie jest jedną z atrakcji Grenoble. Uruchomiono ją już w 1934 roku, dzięki czemu należy do najstarszych miejskich kolejek linowych na świecie. Początkowo kursowały tutaj drewniane, dwunastokątne kabiny, natomiast charakterystyczne przezroczyste „bańki”, będące dziś jednym z symboli miasta, pojawiły się dopiero w 1976 roku.
Przejazd robi wrażenie. Kolejka pokonuje prawie 300 metrów różnicy wysokości i unosi się nad rzeką Isère. Widok jest zacny, szczególnie podczas zachodu słońca. My akurat jedziemy w złotej godzinie.
Na szczycie znajdują się dwie restauracje oraz sklepik z pamiątkami będący zarazem centrum informacyjnym. Zostajemy na zachód słońca i zjeżdżamy dopiero nocą, bo widoki na otaczające Grenoble Alpy i samo miasto robią naprawdę duże wrażenie.
Przy okazji zastanawiamy się, gdzie właściwie znajduje się końcówka naszej jutrzejszej via ferraty. Znajdujemy tyrolkę i mnóstwo świetnych punktów widokowych, ale końca ferraty jak nie było, tak nie ma.
Wracamy do apartamentu, kolacja i… powiedzmy, że idziemy spać, bo rano zaraz po śniadaniu ruszamy na via ferratę.
Rano, najedzeni, idziemy wzdłuż rzeki na miejsce naszej kaźni, czyli via ferratę De La Bastille, wycenioną na D według portalu FerrataGuide.
Grenoble i Chamrousse – via ferraty we francuskich Alpach
Trasa składa się z trzech części. Pierwsza zaczyna się w niewielkim parku, gdzie – w zależności od dnia tygodnia – można nawet wypożyczyć sprzęt. Pan, który się tym zajmował, właśnie rozpakowywał swój interes.
My szybko wskakujemy w sprzęt, bo słońce zaczyna coraz mocniej grzać.
Ruszamy!
No i jest to D. Powiedziałbym nawet, że takie całkiem solidne D. Czasem mocno odchyla i trzeba trochę popracować mięśniami. Trzeba też pamiętać, że lina asekuracyjna na tutejszych ferratach bywa dość luźna, więc wykorzystanie jej jako dodatkowej pomocy przy wspinaniu nie zawsze jest takie proste.
Pierwsza część wydaje mi się najtrudniejsza z całej trasy, szczególnie mostek linowy, który jest potwornie luźny. Nie jest to specjalnie komfortowe podczas przechodzenia. Dla mnie był to najbardziej koszmarny fragment ferraty. Ogólnie nie przepadam za mostkami, a francuskie konstrukcje okazały się wyjątkowo upierdliwe, o czym miałem się jeszcze przekonać kolejnego dnia naszej eskapady.
Ciekawym rozwiązaniem są natomiast bramy jednokierunkowe, które skutecznie blokują amatorów wchodzenia na ferratę „od dupy strony”. 🙂
Pierwsza część zaliczona. Ruszamy dalej.
Druga jest teoretycznie łatwiejsza. Na pewno dla nas, bo znajdują się tutaj dwa warianty. My wybieramy ten prostszy, wychodząc z założenia, że gdybyśmy od razu zaliczyli trudniejszy, to nigdy już nie mielibyśmy powodu wracać na łatwiejszy. 🙂
Tak jest przynajmniej pretekst do ponownej wizyty.
Sama trasa nadal trzyma poziom solidnego D. Coś tam odchyla, trzeba trochę się pogimnastykować, ale zdecydowanie nie idzie to jeszcze w kierunku E.
Przechodzimy mur i dalej przemieszczamy się już w rejonie zabudowań Bastylii. Trzecia część nie stwarza specjalnych trudności. No, może na samym końcu można się trochę zdziwić, gdy przy przechodzeniu przez mur na balkon lina robi się mocno luźna.
Poza tym oceniłbym ten fragment na B/C. Ot, świetne, widokowe i trochę bajeranckie zakończenie całej trasy.
Finalnie wychodzimy po schodach w rejon stacji kolejki. Gdybyśmy wcześniej nie szukali miejsca, w którym kończy się ferrata, raczej nie trafilibyśmy tutaj tak z marszu, bo wszystko jest trochę zakręcone.
O ile dobrze pamiętam, na górze pijemy jeszcze kawę, podziwiając piękne widoki na Grenoble. Jest nawet pomysł, żeby zejść piechotą, ale temperatura przekraczająca 30 stopni bardzo szybko wybija nam go z głowy.
Zjeżdżamy kolejką. Tym bardziej że nie trzeba specjalnie długo czekać na wagonik powrotny.
Mamy jeszcze jakiś ambitny pomysł, żeby pochodzić po mieście, ale betonowe Grenoble jest nagrzane potwornie. Ruszamy więc na ramen, a później uciekamy do apartamentu, po drodze objadając się lodami.
W naszym apartamencie jest, powiedzmy, stabilnie temperaturowo, więc zaczynamy knuć, co będziemy robić następnego dnia.
Pomysły są różne. Pojawia się nawet opcja ponownego przejścia ferraty De La Bastille, ale ostatecznie odkrywamy, że istnieje miejscowość Chamrousse, a tam czekają na nas dwie ferraty o stopniu trudności B/C.
B/C nie jest może naszym głównym celem życiowym, ale za Chamrousse przemawia coś zdecydowanie ważniejszego — wysokość ponad 2000 m n.p.m., a co za tym idzie temperatura w granicach 20–22 stopni. Do tego piękne widoki na Alpy.
Plan zatwierdzony!
Szukam dojazdu i okazuje się on banalnie prosty. Musimy podejść na główny dworzec autobusowy, skąd praktycznie co godzinę odjeżdża autobus N93. Jedynym minusem jest powrót — ostatni kurs mamy o 18:30, a później zostaje już tylko taxi.
Bilety ogarniam przez Bus et Clic. Bilet w obie strony kosztuje 12 euro od osoby. Łatwo, prosto i przyjemnie.
Wyjeżdżamy o 8:00 z Grenoble, a wracamy ostatnim autobusem o 18:30. Sama podróż trwa około godziny.
Wyspani rano ruszamy na dworzec i punktualnie o 8:00 odjeżdżamy do Chamrousse. Po godzinie jesteśmy na miejscu i zasuwamy pod kolejkę. Tam dowiadujemy się, że bilety kupuje się po drugiej stronie drogi, niedaleko informacji turystycznej.
Tak też robimy.
Bilety zakupione. Dostajemy jeszcze informację, że ostatni zjazd kolejką jest o godzinie 17:00, a później zostają już własne nogi.
Nam pasuje idealnie. Zjeżdżamy o 17:00 i mamy później ponad godzinę do autobusu, żeby spokojnie zrelaksować się w którejś z pobliskich restauracji.
Kolejka wywozi nas na La Croix na wysokość 2253 m n.p.m. Wreszcie mamy bardzo przyjemny chłód i ruszamy do pierwszej via ferraty — Lacs Robert o trudności B/C.
Start znajduje się niedaleko urokliwego górskiego jeziorka, które towarzyszy nam praktycznie przez całą trasę. Wokół strzelają w niebo alpejskie szczyty.
Jest też jeden mostek, ale na szczęście z deskami, więc nie trzeba się specjalnie gimnastykować. Luźna lina w kilku miejscach trochę podnosi trudność i powiedziałbym, że miejscami robi się z tego pełne C, ale bez przesady.
Trasa stopniowo pnie się w górę, żeby ostatecznie wyprowadzić nas do punktu widokowego. Można do niego dotrzeć również normalnym szlakiem przez wielki most linowy w stylu nepalskim.
Wracamy właśnie tą drogą i z przyjemnością zaliczamy jego przejście.
Druga ferrata znajduje się kawałek dalej, ale pojawia się mały problem z trafieniem na start. Wejście do pierwszej było oznaczone całkiem dobrze, natomiast tutaj zaczyna się już trochę większa zabawa.
Z pomocą innych turystów w końcu trafiamy na właściwą ścieżkę.
Tak dla zainteresowanych: wychodząc ze stacji kolejki linowej, po lewej stronie mamy via ferratę Lacs Robert, natomiast idąc w prawo, docieramy do naszego drugiego celu — via ferraty Des 3 Fontaines.
Tę trasę określiłbym raczej jako C niż B/C, ale również nie sprawia nam jakichś większych problemów.
Najgorsze są oczywiście mostki linowe. Szczególnie jeden, z bardzo luźną liną, na którym cały czas wydaje mi się, że zaraz polecę. Finalnie nic specjalnego się nie dzieje i z duszą na ramieniu przechodzę go nawet całkiem odważnie.
Co lepsze, mostki znajdują się praktycznie pod sam koniec ferraty, więc robi się z tego trochę bardziej upierdliwy wariant.
Jako ciekawostkę warto dodać, że jeśli dla kogoś trasa okaże się zbyt trudna, w kilku miejscach można wcześniej opuścić ferratę.
Widoki Alp ponownie zapierają dech w piersiach. Pod nami znajduje się kolejne małe jeziorko, które patrzy na nas swoim lazurowym okiem.
Bajeczka.
Ferrata również kończy się w punkcie widokowym, ale sam punkt nie oddaje nawet połowy tego, co widzieliśmy podczas wspinania.
Ruszamy w kierunku stacji kolejki linowej, gdzie w miejscowej knajpce delektujemy się piwkiem. Oj, jest naprawdę bardzo przyjemnie i można sobie trochę poleniuchować.
Przed 17:00 zjeżdżamy do Chamrousse, na wysokość około 1600 m n.p.m. Tutaj również temperatura jest bardzo przyjemna.
W miasteczku wybieramy sobie jedną z knajpek i raczymy się miejscową pizzą, kawą i oczywiście piwkiem, spokojnie wypatrując naszego autobusu.
Transport trochę się spóźnia, co przy okazji ratuje parę schodzącą z góry szlakiem. My z kolei poratowaliśmy ich wodą. Wyglądali na bardzo zmęczonych, a chłopak pytał, czy ktoś wie, gdzie mogą napełnić butelki.
Mamy więc zaliczony dobry uczynek i wracamy.
Powrót również trwa około godziny, a po wyjściu z autobusu dostajemy prosto w twarz ponad 30 stopni rozgrzanego, betonowego Grenoble.
Głodni znajdujemy chińską knajpkę, gdzie raczymy się przepysznym lamenem, czyli chińską odmianą ramenu.
Pycha!
Zmęczeni wracamy do bazy, a na placyku obok naszego apartamentu odbywają się różnego rodzaju pokazy artystyczne — od tańca i muzyki po grę aktorską.
Świetna sprawa. Siedzimy sobie w chłodnym pokoju, popijamy piwko i oglądamy spektakl na żywo.
Francja. 🙂
Dzień wcześniej chcieliśmy jeszcze trochę pochodzić po mieście, ale temperatura była masakrystyczna i prawdę mówiąc odwiedziliśmy jedynie Tour Perret. Wokół trwał remont, więc do środka nie dało się wejść.
Co ciekawe, kiedy piszę tę relację w sierpniu, wieża jest już otwarta. Warto więc napisać o niej kilka bardziej encyklopedycznych słów, bo to naprawdę ciekawy obiekt architektoniczny.
Tour Perret to charakterystyczna, 95-metrowa żelbetowa wieża stojąca w Parc Paul-Mistral w Grenoble. Została wzniesiona w 1925 roku według projektu Auguste’a Perreta na Międzynarodową Wystawę Energii Wodnej i Turystyki. Jej surowa, industrialna forma do dziś mocno wyróżnia się w panoramie miasta.
Na wieży nasze zwiedzanie Grenoble właściwie się kończy i dajemy sobie spokój.
Niedziela dobiega końca, a w poniedziałek rano zbieramy się na Flixa i ruszamy na lotnisko w Lyonie. Trasa mija bez żadnych niespodzianek i razem z Basią i Rafałem bezpiecznie wracamy do Pszczyny.
Czuję jednak, że jeszcze tutaj wrócimy.
Tylko następnym razem w nieco bardziej przystępnych warunkach temperaturowych.
Więcej naszych podróży po Europie znajdziesz w dziale Europa.
Ślad GPS z ferrat
Jeśli ktoś chce przejść te trasy samodzielnie, poniżej zostawiam ślad GPS, szczególnie przydatne gdy będziemy szukać startu via ferraty Des 3 Fontaines:
Podobała Ci się ta relacja? ☕
Jeśli nasze opisy, zdjęcia lub ślady tras okazały się przydatne, możesz postawić nam kawę na kolejny wyjazd. Dzięki!










































































