czyli… GR R2, cyrk Mafate, Piton des Neiges i Piton de la Fournaise
Reunion trekking 2026
209 km przez GR R2, Mafate, Piton des Neiges i Piton de la Fournaise. Trasa, noclegi, GPS i praktyczne informacje.
Kierunek bardzo ciekawy, bo związany z pewnymi perypetiami, ale może zacznę od początku. W 2020 mieliśmy lecieć na Reunion liniami Corsair, ale z racji pewnej zarazy lot był lotem Schrödingera. Był i nie był, bo teoretycznie mogliśmy lecieć, ale praktycznie wymogi sanitarne i biuro obsługi linii bardzo skutecznie nam ten lot uniemożliwiło. No nic.
W 2026 roku mieliśmy w marcu lecieć do Nepalu, ale sytuacja geopolityczna w rejonie Zatoki Perskiej dość skutecznie nam utrudniła wylot, a co za tym idzie, plany się zmieniły. Kombinowaliśmy, gdzie polecieć w zamian, ale nic do głowy nie przychodziło, aż przyśniło mi się Reunion. O drugiej w nocy sprawdzam loty i jest, i to w dobrej cenie, ale nie chcę budzić Bożenki i czekam do rana. Rano księgowość zatwierdziła, ale na stronie linii już cena z kosmosu.
Szukam dalej, bo do wylotu raptem kilka dni. 🙂 Jest dobra cena, ale OTA (pośrednictwo) Gotogate, zostało kilka dni więc ryzykujemy. Tak tylko informacyjnie: dlaczego mam opór co do OTA? Bo jak coś pójdzie nie tak to trzeba się kontaktować praktycznie z dwoma podmiotami: pośrednictwem i liniami. Nie zawsze te informacje są spójne. Bilet kupujemy 1 marca, a wylatujemy 4 marca i będziemy do, uwaga, 29 marca. Nic specjalnego się nie dzieje.
Czasu jest mało, ale od Gotogate dostaję od razu kody rezerwacji do linii Air Austral, którymi mamy dolecieć do Saint-Denis na wyspie Reunion.
Jak to już stało się w naszym zwyczaju, lecimy z Paryża. Lotnisko Charlesa de Gaulle znamy bardzo dobrze, więc bez niespodzianek dolatujemy EasyJetem i dalej już Air Austral, liniami z Reunion.
Teraz może trochę o tym, co chcemy zrobić. Od północy do południa wyspy biegnie szlak GR R2 mający prawie 140 km, my dokładamy do tego elementy szlaków GR R1 i GR R3 plus chcemy zdobyć najwyższy szczyt wyspy, Piton des Neiges 3070 m n.p.m. Całość jakoś tak spina mi się pod 200 km, ale ile będzie naprawdę to wyjdzie w praniu.
Fajnie, ale nic nie napisałem czym jest Reunion. Reunion to francuska wyspa na Oceanie Indyjskim niedaleko Madagaskaru, która geograficznie należy do Afryki. Jakieś 11-12 godzin lotu z Paryża, co lepsze, można lecieć na dowód osobisty. My akurat jak wszędzie bierzemy paszporty.
I tak w środę 4 marca o godzinie 19:00 startujemy liniami Air Austral w kierunku Saint-Denis. Linie lotnicze na duży plus, dobrze karmią, Airbus też wygodny, ogólnie bardzo pozytywny odbiór. Po 11 godzinach z hakiem lądujemy około godziny 9:00 na lotnisku w Saint-Denis. Żadnych niespodzianek w czasie lotu. Często bywa tak, że na wyspach przy lądowaniu może dochodzić do przygód z turbulencjami, ale jak to zwykle z nami bywa lądujemy bez niespodzianek.
Jest ciepło, dużo cieplej niż u nas w Polsce czy we Francji, ale jakoś tak znośnie. Od razu widać, że to Francja, zero cyrku na lotnisku. Żadnych zmasowanych ataków taksówkarzy, przewodników i innych magików. Plusem jest też to, że działa roaming w UE więc nie trzeba kombinować z kartami SIM. Minus: aplikacja na żółte autobusy działa z polską kartą SIM, ale aplikacja na niebieskie busy już nie.
Z lotniska na główny dworzec, z którego ruszamy do apartamentu mamy żółty autobus (Car Jaune) i tu nie ma problemu. Ogólnie tam nie ma żadnego problemu, bo na przystanku są panie z firmy autobusowej w żółtych kamizelkach i u nich można kupić bilet, a one też pokierują do właściwego autobusu. My mieliśmy już bilety kupione w aplikacji, więc tylko pokierowały nas do właściwego autobusu. Z tego co pamiętam, autobus ma oznaczenie TX, ale jeżdżą też inne.
Lekkim problemem jest język francuski, którego nie znamy, ale jakiejś specjalnej bariery to nie robi. Mieszkańcy Reunion są bardzo sympatyczni i pomocni, aż dziwne po naszych perypetiach w czarnej Afryce.
Trasa to około 30 minut, wysiadamy nad samym oceanem i ruszamy jakieś 2 kilometry ulicami stolicy wyspy do naszego apartamentu w hotelu Les Manguiers Jardin de l’État. Plusem jest odległość do startu szlaku, blisko do marketów i restauracji, do tego to podobno bardzo spokojna dzielnica. Trochę czasu zajmuje nam zameldowanie, bo bariera językowa, plus jesteśmy trochę wcześniej. Korzystając z okazji, ruszam do marketu coś kupić, a Bożenka czeka na obsługę.
Temperatura już daje mi trochę w kość, do tego zmęczenie z racji nieprzespanej nocy. Zakupy zrobione w wielkiej siacie z sizalu, zasuwam do hotelu w tym upale.
Bożenka już ogarnęła wszystko z panem z obsługi, ja dokonuję płatności i ruszamy do naszego apartamentu.
Jest wielki, mamy balkon, kuchnię, w sumie osobną sypialnię i działającą idealnie klimatyzację, która pozwala nam ustabilizować temperaturę. Internet śmiga też idealnie, czego chcieć więcej. Chyba tylko odpoczynku, a tu trzeba jeszcze ogarnąć gaz do Jetboila.
Pierwszy dzień traktujemy jako odpoczynkowy, wiemy już, gdzie są dwa supermarkety, wiemy, gdzie odjeżdżają autobusy, jest komisariat policji i miejscowy park. Wiemy też, gdzie można kupić gaz do naszej kuchenki. Ruszamy więc na przystanek Rieul niedaleko parku Jardin de l’État, nie pamiętam już na pewno numeru autobusu, ale bodajże nr 7. Nim jedziemy praktycznie pod sam Decathlon, gdzie dokonujemy odpowiednich zakupów. Gaz bierzemy ten większy 440 g, do tego jeszcze kupuję krótkie spodenki.
Długie spodnie, mimo iż cienkie, są za ciepłe na Reunion. Udało się też kupić fajną koszulkę szybkoschnącą. Jest ciepło jak cholera, uciekamy do bazy, okazuje się, że przystanek, na którym wysiadaliśmy (tzn. jego wersja na pętli) to nie nasz przystanek do powrotu. Sympatyczny kierowca wytłumaczył nam, gdzie mamy czekać. Wracamy, w naszej bazie czekają na nas francuskie sery, wino i szynka. 🙂
Mam krótkie spodenki i dzisiaj, czyli w drugi dzień naszego pobytu mamy ambitne zadanie. Najpierw śniadanie i ruszamy do pobliskiego parku fotografować ptaszorki, dalej trekking, aż do kolejki linowej i wyjazd nią na samą górę, aby podziwiać panoramę miasta. Jako ciekawostkę dodam, że bilet na niebieskie autobusy nie działa w aplikacji, trzeba kupić u kierowcy. Z tego, co pamiętam, jego ważność jest na 90 minut i czas liczy się od skasowania.
Mając ten sam bilet, łapiemy się też na kolejkę linową, bo jest zaliczana do transportu miejskiego. Ogólnie bardzo przyjemny dzień na rozpoznanie. Uznajemy też, że zostajemy dzień dłużej, aby się lepiej zaaklimatyzować. Do tego trafiamy na knajpę z wybornym ramenem i tak przy okazji idziemy w miejsce startu szlaku GR R2, aby zrobić sobie takie rozpoznanie terenu, czyli krótki szlak PR 2 startujący w tym samym miejscu co GR R2.
PR 2 – rozgrzewka przed GR R2 – Wikiloc
Tam też okrutnie pogryzły mnie meszki, co daje mi się we znaki praktycznie do końca naszego wyjazdu. Dzień bardzo obfity we wrażenia. Zmęczeni padamy szybko w objęcia Morfeusza.
Następny dzień spędzamy obijając się i pakując potrzebny sprzęt. Poczyniliśmy też uzgodnienia co do naszego powrotu oraz depozytu, który zostawiamy. Do tego zarezerwowaliśmy już noclegi przed powrotnym wylotem. Na duży plus, właściciel (nie pracownicy) rozmawia po angielsku i można się z nim komunikować WhatsAppem. W spornych kwestiach obsługa dzwoniła do niego i dogadywaliśmy, co i jak, łatwo, prosto i przyjemnie.
ETAP 1 — Saint-Denis → Le Brûlé → Mamode Camp
W Dzień Kobiet ruszamy rankiem na wielką francuską przygodę. Plecaki może i ciężkie, ale nie zatrzymują nas w drodze ku przygodzie. Już na samym starcie trafiają nam się smoki. No może nie smoki, bo nie próbowaliśmy nic na bazie LSD, ale agamy. Agamy, jako gatunek inwazyjny, przywędrowały tu z kontynentu afrykańskiego i ganiają się po kamieniach, gdy odpoczywamy chwilkę w altanie na szlaku. Małe smoki bardzo ładnie pozują do zdjęć.
Naładowani smoczą energią ruszamy dalej, naszym celem jest wioska Le Brûlé, a tam pobliski sklep, w którym chcieliśmy sobie coś kupić na drugie śniadanie. Według informacji w internecie sklep miał być otwarty tylko do 12:00, więc ja, mając więcej siły, ruszyłem szybciej, aby zdążyć zrobić zakupy. W sumie to, że byłem pierwszy, nic nie zmieniło, bo sklep, jak to sklep na wiosce, był otwarty do czasu, aż właścicielowi się to znudzi.
Porobiłem zakupy i czekałem na przystanku pod wiatą na Bożenkę, pod nosem mieliśmy jeszcze ujęcie wody, więc czego chcieć więcej. Pomidorki, szynka, bagietka, jakiś pasztet i sok. Wypaśne drugie śniadanie w Le Brûlé. Tak jeszcze trochę o trasie z Saint-Denis. Praktycznie pniemy się cały czas w górę. Co chwilę mamy piękne widoki na okolicę, a wokół nas las deszczowy, miejscami przeplatany tunelami bambusowymi. Le Brûlé jest takim powrotem do cywilizacji.
Po drodze spotykamy Francuzkę, która w zeszłym roku przeszła ten szlak w 11 dni, korzystamy z jej porad i ruszamy dalej. Le Brûlé trochę się ciągnie, ale głównie przez nasze lenistwo, bo w centrum przy kościele trafiamy na kafejkę no i jak tu nie skorzystać i nie napić się pysznej kawusi.
Mamy bardzo duży zapas czasu, więc nas nic nie goni, a dzisiaj bazę mamy mieć Mamode Camp. Idealne miejsce dla nas na rozbicie namiotu. Tylko nie wiemy jednego: w kempingu czeka na nas Bestia z Mamode 🙂 i kilka innych niespodzianek.
Spokojnie dochodzimy do pierwszych pól namiotowych rejonu Mamode i tu pierwsze zdziwienie, nie ma wody. Są krany, ale wody brak. Ruszyłem na rozpoznanie, ale ani rzeki, ani działających kranów, do tego masa turystów i… oni, crossowcy. Jeszcze nie wiemy, jakim koszmarem nas obdarzą. No cóż, wody trochę mamy. Robimy popas przy pierwszych stolikach. Do miejsca, gdzie mamy zostać na noc jest jakieś 2-3 kilometry i liczę, że może tam coś znajdziemy.
Nic bardziej mylnego, wody nie ma. Pytam miejscowych o miejsca z wodą, ale mój francuski jest w wersji minimum i dowiaduję się, że nieco ponad kilometr w dół jest jezioro, a krany nie działają. No cóż, mam nadzieję, że tam, gdzie się rozbijemy, będą działać… nie działają.
Kemping jest rewelacyjny: wiaty, zadaszone pomieszczenia, płaski teren i oni… crossowcy i ich pyrkające cuda. Pakujemy się na pobliskie stoliki i obserwujemy teren, miejscowi się zwijają i Bożenka wpada na pomysł, czy aby nie mogliby nam odsprzedać butelki wody. Do kwestii biznesowo-negocjacyjnych zostaję wyznaczony ja. Na plus mówią po angielsku i z uśmiechem na twarzy dają nam butelkę wody, nie chcą za nią pieniędzy, a także informują nas, że obecnie w kampie nie ma nigdzie miejsca z wodą.
No cóż, jesteśmy uratowani, ale… gdy zostaliśmy już sami, ciekawie przygląda nam się jeden tajemniczy osobnik. Najbardziej ciekawi go to, co mamy na stoliku i w plecakach. Nie wiemy jeszcze, do czego jest zdolna Bestia z Mamode, czyli wielki dog, który sobie upodobał to miejsce, do tego uznał, że możemy być fajnymi kumplami.
Pies jak to pies, ale on jest wielki, do tego nieagresywny, bo nie musi. Wszystko wymusza na spokojnie, pchając się na kolanka 🙂 Pies wielki jak ja wbija mi się na kolana, albo siada nam na stoliku i radośnie się nam przygląda, wywijając ogonem niczym maczugą. Błędem było poczęstowanie go kabanosami, bo teraz kabanosy są wspólne, a raczej bardziej psie. 🙂
Powoli motorkowi ścigacze zaczynają nas denerwować, ale za bardzo nic z nimi nie jesteśmy w stanie zrobić, więc w pewnym momencie uznajemy, że dajemy sobie spokój. Ruszamy w kierunku schroniska, drogi jest sporo, ale mamy dość hałasu.
Trasa jest taka sobie, bo dużo błota i po kilku kilometrach uznajemy, że wracamy. Do tego z nami idzie Bestia. Trochę straciliśmy czasu i też nasi motorowi przyjaciele dali sobie spokój. Uff, można się rozbijać. Miejsce jest idealne, jakby zaczęło lać, to zmykamy pod wiatę. Dziwne, Bestia nie pomaga nam aktywnie przy rozbijaniu namiotu. Uznała, że nadzór z bezpiecznej odległości jest lepszy.
Noc przebiegła bez problemu, no może tylko Bestia pogoniła turystów schodzących z gór, którzy mieli czelność przechodzić niedaleko naszego namiotu. Fajnie to musiało wyglądać, gdy z ciemności pojawił się taki wielki pies z doniosłym głosem. Sam bym miał nawalone w portkach.
Réunion – etap 1: Saint-Denis → Le Brûlé → Mamode Camp – Wikiloc
ETAP 2 — Mamode Camp → Gîte de la Roche Écrite
Rano śniadanie w towarzystwie Bestii i ruszamy do schroniska, a raczej Gîte de la Roche Écrite. Gîte odpowiada określeniu naszego schroniska. Tam też mamy do zdobycia szczyt Roche Écrite 2276 m n.p.m., który jest już poza szlakiem.
Ruszamy w górę powoli wspinając się do schroniska. Samo schronisko jest na wysokości jakichś 1850 m n.p.m., więc trochę mamy do pokonania w górę. Trasa mimo wszystko robi na nas bardzo dobre wrażenie: las deszczowy, widoki i trochę urozmaicenia z błotkiem.
Nawet się nie spodziewaliśmy i mamy nasze schronisko. Jak tu super: są piesełki, trochę turystów, a część, tak jak my, suszy buty i delektuje się piwem bądź colą. Idziemy ogarnąć nocleg, a raczej miejsce pod namiot. I tu kolejne miłe zaskoczenie. Nikt od nas nie chce opłaty za namiot, wręcz nawet nam sugerują, że możemy korzystać ze wszystkich dobroci schroniska, czyli toalety i prysznica. Z takim podejściem zamawiamy u nich kolację i śniadanie.
Trzeba pamiętać, że we Francji obiad (kolacja) składa się z dwóch dań i w momencie, gdy już nic więcej nie jesteś w stanie zmieścić, wpada deser. 🙂 Oj, jakie to dobre wszystko było, ale nie wyprzedzajmy zdarzeń.
Gdy zjawiliśmy się w schronisku, była pora lunchu, więc zapytałem, czy jest szansa na coś do jedzenia. Dostaliśmy coś, co było pyszne. Kasza, mięsko, ser, jakaś zielenina. Dużo i bardzo sycące, nazwy nie powtórzę, bo jest to jakiś taki długi wyraz po francusku, raczej przypomina słowa piosenki niż coś do jedzenia. 🙂 Rozbijamy namiot i… idziemy zerknąć w kierunku szczytu, ale tak średnio nam się chce na niego wychodzić. Uznajemy, że pójdziemy na wschód słońca. Teraz ruszamy na rekonesans.
Gdy wyszliśmy ze ściany lasu, to, co zobaczyliśmy, zaparło dech w piersiach. Taki afrykański klimat. Płaska skała i karłowate drzewka wokół nas. Znajduję boczną ścieżkę do punktu widokowego, po drodze jest małe jeziorko z wodospadem. Nie byłbym sobą, gdybym tam nie wskoczył popływać. 🙂 Woda jest cudowna, ale idziemy dalej, przedzieramy się przez karłowate drzewa i wychodzimy na półkę skalną. Dalej już tylko przepaść i widoki gór z przetaczającymi się chmurami. Oj, dech zapiera w piersiach. Tak sobie trochę posiedzieliśmy i nacieszyliśmy oczy tym cudnym widokiem.
Wracamy do bazy, raczymy się kolacją, którą ciężko przejeść, a do tego wszystko jest pyszne. Nawet częstują nas miejscową nalewką na bazie rumu. Sielanka. 🙂
Réunion – etap 2: Mamode Camp → Gîte de la Roche Écrite – Wikiloc
ETAP 3 — Roche Écrite → Dos d’Âne
Trzeci dzień wstajemy około 3 w nocy, bo ruszamy na szczyt Roche Écrite zobaczyć wschód słońca. Z całej trasy mogę powiedzieć, iż owszem, zdobyliśmy, ale w chmurach, więc ze wschodu nici. Trasa w nocy fajna, miejscami się przejaśniało, ale na szczycie mgła. Nie jesteśmy też tam sami, bo dochodzi jeszcze jedna para amatorów wschodu słońca. Pamiątkowe zdjęcia i uciekamy w dół. Dzisiaj mamy niezły kawałek do przejścia. Trasa do schroniska zeszła nam dość szybko, mimo iż po drodze trochę się pogubiliśmy, ale tylko trochę. 🙂
Finalnie już od schroniska mieliśmy idealną pogodę i radośnie pomykaliśmy sobie do miasteczka Dos d’Âne. Tu akurat zamierzamy zatrzymać się na normalny nocleg i wynajduję kontenery, upewniam się, czy aby na pewno jest klimatyzacja, bo bez tego nie ma nawet sensu rezerwować. Wszystko w należytym porządku i nasz nocleg w Halte aux randonneurs mamy zaklepany. Trochę trasy mamy w nogach, bo raptem prawie 20 kilometrów, ale mimo odległości to jednak idzie nam całkiem dobrze.
Trasa biegnie grzbietem i widoki po jednej i drugiej stronie są rewelacyjne. Ostatni odcinek jest zamknięty z racji osuwiska, teoretycznie da się go przejść, ale jakoś tak nie chcemy ryzykować, bo już samo przejście grzbietem robi na nas wrażenie. Idziemy alternatywnym szlakiem omijając wszystko górą, aby później schodzić w dół widząc parking, który nie tak szybko się do nas zbliża. Dalej asfaltem do miasteczka i szukamy kontenerów, pomagają nam miejscowi i jest.
Mamy dwa kontenery, jeden na drugim, oszklone, z klimatyzacją, kuchnią, dwoma łazienkami i sypialnią. Jak wchodzimy, jest potwornie ciepło, odpalamy klimatyzację i uciekamy do pobliskiego sklepu zakupić smakołyki na kolację.
Mamy sery, mamy szynkę, są pomidorki, jest wino i wyborna francuska bagietka. Po drodze na znaku mieszka Bibe (bip), duży sympatyczny pająk z czerwonymi nogami. Pająk zupełnie nieszkodliwy, siedzi sobie na środku pajęczyny i poluje na wszelkiej maści robale. Ogólnie wygląda strasznie, a zarazem sympatycznie. Największym plusem Reunion jest brak stworzeń groźnych dla człowieka; to nie Kolumbia. Ogólnie polecamy Reunion dla osób, które chcą się obeznać z lasem deszczowym.
Wieczór mija nam w iście francuskiej atmosferze. Pierzemy ciuchy, myjemy buty, które po naszej wędrówce wyglądają dramatycznie. Tak przyglądamy się temu naszemu majdanowi i postanawiamy zrobić sobie dzień zero w tej sielskiej atmosferze, ogarniamy jeszcze jeden dzień w naszych kontenerach w towarzystwie pani Bibe. 🙂 Tylko samice są takie duże.
Réunion – etap 3: Roche Écrite → Dos d’Âne – Wikiloc
Dos d’Âne – przygotowanie do Mafate
Kolejny dzień to totalne lenistwo, zaopatrujemy się w wino, bagietki i sery… odpoczywamy, delektując się urokiem małej francuskiej miejscowości. Jutro czeka nas zejście do Deux Bras, czyli dwóch ramion rzeki. W sumie już wbijamy się do cyrku wulkanicznego Mafate.
ETAP 4 — Dos d’Âne → Deux Bras
Czwarty dzień to leniuchowanie, a piąty wstajemy skoro świt, jemy śniadanie i ruszamy na szlak. Na początku idziemy przez miasteczko, aby dalej skręcić na szlak, a tu niespodzianka. Szlak zamknięty, coś jest napisane po francusku. Domyślam się, że napsocił cyklon, ale nic więcej. Nie ma alternatywy, więc ruszamy w dół. Tragedii nie ma, po drodze spotykamy turystów wspinających się do góry, więc przejść się da.
Trasa robi się dość upierdliwa, jest mokro i do tego bardzo duszno, bo im niżej, tym cieplej. Mokre kamienie, liny do podtrzymania i szlak wyglądający, jakby jego świetność już dawno minęła. Nie była to nasza wymarzona podróż do Dwóch Ramion, ale jakoś cali i zdrowi zeszliśmy. Rzeki wyglądają zachęcająco, tym bardziej, że widzimy kąpiących się turystów. W pobliżu są dwa pola namiotowe, ale mamy dużo czasu, więc je olewamy i idziemy dalej.
Z czasem zastanawiamy się, czy warto, bo w dolinie jest tak bardzo urokliwie, a my w sumie jesteśmy trochę zmęczeni tym zejściem. Do tego ja w pobliżu znalazłem ciekawe miejsce, gdzie można się kąpać.
Zostajemy na krótki postój nad brzegiem rzeki. Raczymy się kawą i… pada pomysł na powrót i nocleg na polu namiotowym o nazwie Deux Bras. Co ciekawe, niedaleko jest mała knajpka, gdzie po zejściu raczyliśmy się wybornym piwkiem Dodo i wsuwaliśmy lokalną kanapkę. No cóż, wracamy do knajpki, tam dostajemy szybką solucję: gdzie trzeba iść na pole namiotowe i z kim to ogarniać. Trasa nie jest taka prosta, bo trzeba się trochę powspinać w górę, aby wejść do zaczarowanego ogrodu. Z kotkiem, piesełkami, baboukiem i bardzo sympatyczną właścicielką.
Zwierzaki są, więc miejsce stricte dla nas. Rozbijamy namiot i oczywiście też dajemy się namówić na kolację i śniadanie. Na polu namiotowym jesteśmy sami, nie licząc piesełków, kota i sympatycznego pająka babouka. To taki nasz większy kątnik, kompletnie nieszkodliwy, ale wielki jak moja dłoń. Poluje m.in. na karaluchy. 🙂 Najzabawniejsza była kolacja, podczas której babouk sobie siedział koło nas przy talerzu. Właścicielka pyta, czy się nie boimy. Akurat wiem, że to nieszkodliwy pająk, więc tak też odpowiadam.
Potwierdza moje słowa i wychodzi z takiego samego założenia, że duża bestia jest sympatyczna i może z nami pobiesiadować, odstraszając miejscowe robale.
Przy kolacji mamy też psią ekipę, która również lubi z nami biesiadować, jak babouk, tylko z zupełnie innych powodów.
Co do sanitariatów na miejscu, mamy super toaletę i prysznic, wszystko w idealnej czystości, nie omieszkamy z nich skorzystać, bo nie do końca wiemy, kiedy znowu będą takie luksusy. Noc z czystym, pełnym gwiazd niebem ze szczytami wokół nas. Nie ma lepszego miejsca na nocleg w tym rejonie.
Réunion – etap 4: Dos d’Âne → Deux Bras – Wikiloc
ETAP 5 — Deux Bras → Bassin du Bras d’Oussy → Aurère → Îlet à Malheur
Rano po śniadaniu ruszamy do Bassin du Bras d’Oussy, czyli tak ogólnie mówiąc zbiornik wodny przy wodospadzie. Z opowieści Gaëlle, gospodyni tego fantastycznego miejsca, trasa do zbiornika ciągnie się przez tunel znajdujący się w górskiej zaporze wodnej.
Zachęceni takimi opowieściami ruszamy. Odbicie ze szlaku GR R2 prowadzi raptem dwa kilometry w bok, więc bardzo chętnie przeskakujemy z naszego GR R2 na GR R3, który prowadzi do Bassin du Bras d’Oussy.
Koryto rzeki kończy się murem zapory, a my wspinamy się skalną ścieżką w górę. Nigdzie nie widać tunelu. Pniemy się coraz wyżej i wyłania się przed nami czarna jama w skale. Misia w pobliżu nie ma, więc wchodzimy do środka. Wewnątrz miły chłód. Drogę podświetlamy sobie latarkami w zegarkach i ruszamy do wyjścia. Po wyjściu jesteśmy w sumie na koronie zapory. Fajny widok na rzekę pod nami, do tego da się bardzo blisko podejść do spadku wody. Poziom wody nie jest wysoki, bo cała zabawa pewnie zaczyna się w trakcie cyklonów.
My ruszamy dalej, bo do wodospadu w skałach mamy już rzut beretem, nawet go słyszymy. Za chwilę wyłania się nam zbiornik w skałach, a na jego końcu wodospad. Woda krystalicznie czysta i idealnie chłodna. Trzeba się ochłodzić, wskakujemy w stroje kąpielowe i hyc do wody, temperatura jest idealna. Gdy już kończymy naszą wodną przygodę, zjawiają się inni turyści. Miejsce oddajemy nieuszkodzone. 🙂
Tą samą drogą wracamy do szlaku GR R2 i podobno dużo spokojniejszą trasą ruszamy do miejscowości Aurère, gdzie jest jakaś knajpka, hotelik i pole namiotowe. Trasa pnie się w górę, ale nie jakoś specjalnie ostro, po drodze mijamy trenujących biegaczy. Widoki na cyrk Mafate wymiatają. Do tego powoli zbliżamy się do Aurère i co nas najbardziej dziwi, wokół wioski trawa idealnie przycięta. Czuję się jak w jakimś angielskim ogrodzie, znowu cywilizacja. Knajpka niczym w bajce z tarasem, miękkimi podusiami i ogólnie sielanka.
My lekko mokrzy jeszcze po kąpieli i brudni po trasie, nie pakujemy się na podusie, ot, siadamy przy stolikach na zewnątrz. Jest bosko, do tego mają lane piwo, odpoczynek jak się patrzy.
Reunion – etap 5a: Deux Bras → Bassin du Bras d’Oussy → Aurère – Wikiloc
Jest jeszcze zbyt wcześnie, aby się rozpakowywać, więc ruszamy do następnej miejscowości Îlet à Malheur, gdzie udaje nam się trafić do Gîte et Camping Les Filaos i tam rozbijamy namiot. Miejsce idealne. Płasko, mamy wodę, toalety, prysznice. Do tego w pobliżu jest sklep. Jako ciekawostkę warto dodać, iż transport w tym rejonie jest tylko drogą powietrzną. Zaopatrzenie i wywóz śmieci ogarniają śmigłowce. Niedaleko nas jest też miejsce, gdzie lądują latające maszyny.
Reunion – etap 5b: Aurère → Îlet à Malheur – Wikiloc
ETAP 6 — Îlet à Malheur → Grand Place les Hauts
Kolejna świetna noc z magicznym niebem. Rano śniadanie, wizyta w sklepie, pakujemy się i ruszamy dalej. W międzyczasie pojawił się śmigłowiec z zaopatrzeniem. Fajnie popatrzeć na startujący śmigłowiec, tak blisko nas.
Ruszamy bardzo fajną trasą, mając wokół wysokie drzewa obrośnięte pnączami. Trasa staje się coraz bardziej dzika, a domostwa, które teoretycznie miały być lokalnymi knajpkami, wyglądają jak opuszczone. Schodzimy dla odmiany w dół do rzeki, gdzie, schodząc w bok od wiszącego mostu, korzystamy z chłodnej wody i zażywamy kąpieli.
Nic, trzeba ruszać dalej, tym razem w górę i tak szczerze za bardzo nie wiemy, gdzie możemy się rozbić, bo wokół nie wygląda to za dobrze. Odbijamy w miejsca, w których miały być pola namiotowe, ale tam albo opuszczone budynki, albo trawa wyższa ode mnie. Camping Chez Georges jest nieczynny. Trudno powiedzieć, czy to dlatego, że nie idziemy w sezonie, czy może już nie funkcjonuje. Droga do tego kempingu wygląda na zadbaną, ale sam kemping raczej już nie.
Wracamy i na najbliższym skrzyżowaniu skręcamy w lewo idąc skrótem wzdłuż szlaku GR R2 do skrzyżowania Grand Place. Tam, zgodnie ze szlakowskazami, skręcamy w kierunku Gîte Le Pavillon. Udało się! Jest otwarty sklep, mamy też innych turystów, a my niczym niemiecka para emerytów wynajmujemy domek z pięknym widokiem na cyrk Mafate.
Trasa może nie była jakoś specjalnie długa, ale w rejonie cyrku jest ciągle w górę i w dół, co powoduje, że 10 km robi się upierdliwe, do tego tracimy dużo czasu szukając miejsca na rozbicie namiotu. W sumie idąc z Îlet à Malheur, przekraczamy dwie rzeki, schodząc do ich dolin i wychodząc z nich. Trasy piękne, ale dwa razy schodzić z prawie 1000 na 200 z hakiem jest dość męczące. Musimy się do tego przyzwyczaić, bo tak praktycznie będzie cały czas w rejonie cyrku Mafate.
To będzie nasz najdroższy nocleg, bo za cały pakiet, czyli kolacja + śniadanie + nocleg płacimy 160 euro, ale naprawdę warto – dla wygody i ciepłego prysznica. Do tego oczywiście znowu rusza pranie. W domku mieszka z nami babouk, ale nim akurat się nie przejmujemy, taki to już urok Reunion. To trochę jak kolumbijskie: masz gekona to nie masz robali. Na miejscu jeszcze spotykamy bardzo sympatyczną Francuzkę, która pomaga nam dogadywać się z miejscowymi, po prostu zna angielski i też idzie tą trasą co my.
Reunion – etap 6: Îlet à Malheur → Grand Place les Hauts – Wikiloc
ETAP 7 — Grand Place les Hauts → Îlet des Orangers
Rano po śniadaniu ruszamy dalej. Najpierw zejście w dół, aby znowu z 300 metrów wspinać się na ponad 1000. Po dojściu do skrzyżowania Croisée des Lataniers, uznajemy, iż odbijamy w bok by się napić i coś zjeść w pobliskiej wiosce Îlet des Lataniers. Ot, sielska atmosfera: nie ma nikogo, są dwa takie to niby sklepiki, niby knajpki. W jednej nie ma nikogo z obsługi, więc trafiamy do drugiej.
Tam pod wiatą odpoczywamy od ciepła pijąc kawę, radlera Dodo i colę. Trzeba się nawodnić, bo jeszcze mamy trochę drogi, a w tym rejonie i o tym czasie różnie to wygląda z miejscem na rozbicie namiotu. Przed wioską mamy jeszcze okazję zobaczyć trenujących ratowników górskich, łącznie z akcją śmigłowcem. W wiosce jeszcze kupujemy koszulkę, z której pieniądze idą na pomoc dla miejscowej szkoły. Dalsza trasa prowadzi nas do kanionu, skąd czerpana jest woda do wodociągu.
Miejsce bardzo ciekawe, przechodzimy po metalowych platformach z plątaniną rur i odgłosem płynącej wody, do tego trochę psuje się nam pogoda i próbuje nas przegonić deszcz. Jest ciepło, a mały deszcz wręcz jest zbawieniem. Mozolnie wspinając się w górę dochodzimy do rejonu wioski Îlet des Orangers, a dokładniej do sklepu Chez Yoland Louise, gdzie zajadamy się pyszną kanapką oraz popijamy radlera Dodo.
Tam też znajduje się pole namiotowe, ale jak to bywa w tym rejonie, jest nieaktywne i w sklepie ogarniamy sobie nocleg w Gîte du Cirque.
Trochę to nie po drodze na naszej trasie, bo musimy odbić jakieś 2 kilometry i trasa nie byłaby sobą, gdyby najpierw nie było w dół, a później w górę. Z tym, że schronisko jest w miejscu z genialnym widokiem i słynie ze świetnych wschodów słońca. Założenie jest takie, że bierzemy tylko nocleg, ale jakoś tak jest fajnie, że skusiliśmy się na pełny serwis. Czyli: kolacja + pokój + śniadanie.
Już po ciemku zjawia się ekipa turystów z Francji, więc jest nam trochę raźniej, bo inaczej bylibyśmy sami. Zachód słońca jest może po drugiej stronie niż taras widokowy, ale kolory robią swoje i możemy się delektować widokami. Pokój mamy bardzo blisko łazienki i prysznica, więc znowu jest super. Wyżerka i wschód słońca dają nam pełne naładowanie energii. Bo następny etap to znowu wspinanie i schodzenie. 🙂
Reunion – etap 7: Grand Place les Hauts → Îlet des Orangers – Wikiloc
ETAP 8 — Îlet des Orangers → Trois Roches
Ruszamy kolejny dzień, na start idziemy w dół, aby zacząć się wspinać powoli na przełęcz La Brèche, gdzie mimo powiedzmy tak średniej pogody (zbiera się na deszcz) robimy sobie krótki popas na kawę. Mimo chmur widok zacny, a nas czeka zejście w dół do wodospadu Trois Roches. W rejonie tym pierwsze miejsce na nocleg Chez Judex jest czynne, reszta wygląda na opuszczoną, a raczej nieaktywną we wczesnym sezonie.
Jest jeszcze zbyt wcześnie, więc ruszamy ku wodospadowi, przeskakując przez meandrujące mniejsze rzeczki. Wodospad to wielka dziura, do której wlewa się woda z płaskiej skały, robi dużo większe wrażenie niż oddają zdjęcia. Tu też szukamy miejsca na rozbicie namiotu. Mamy kawałek płaskiej ziemi przy rzece, więc rozbijamy nasz mały domek. Widoki niczym na Alasce, do tego szum rzeki. Czego więcej nam do szczęścia potrzeba?
Reunion – etap 8: Îlet des Orangers → Trois Roches – Wikiloc
ETAP 9 — Trois Roches → La Nouvelle
Rano jeszcze ruszamy z powrotem pod wodospad, bo zrobiła się pogoda, więc żal by było nie porobić zdjęć. Wygląda to teraz dużo lepiej niż dnia poprzedniego. Dzisiejszy dzień to taki trochę dzień zero, naszym celem jest największa wioska w cyrku Mafate, La Nouvelle. Mamy raptem do pokonania 6 km w takim samym stylu jak poprzednie. Żadnych niespodzianek. Po drodze w miejscowym sklepiku ogarniamy sobie nocleg oraz wyżerkę. Dostajemy domek podzielony na dwie części.
Obok mieszka starsza para z Japonii. Co ciekawe, po południu nad wioskę wchodzi mgła i wieczorem wygląda tam jak w Silent Hill: ot, klimacik taki trochę horrorowy. Trochę się zastanawiamy, czy znowu nie poleniuchować i zrobić sobie dzień zero, ale te 6 km to był taki dzień zero, więc dajemy sobie spokój z lenistwem.
Reunion – etap 9: Trois Roches → La Nouvelle – Wikiloc
ETAP 10 — La Nouvelle → Col du Taïbit → Îlet des Salazes
Na drugi dzień rozwiało chmury, wioska wygląda zacnie w świetle poranka, a my mamy koleżankę do wygłaskania, która bardzo chętnie poddaje się tej czynności. Dziś czeka nas nocleg u Alicji w Krainie Czarów, a dokładnie na polu namiotowym przy Îlet des Salazes. Zacznijmy od początku, bo zapowiada się ciekawa trasa, musimy zejść z 1400 metrów, aby później wspinać się na przełęcz Col du Taïbit na 2081 metrów, aby znowu zejść na około 1500.
Jesteśmy już przyzwyczajeni do takich przygód, więc bez problemu zaliczamy najwyższy punkt i dalej ruszamy w dół. Idąc natrafiamy na malutką polową kafejkę prowadzoną przez miejscowego chłopaka. Wita nas osiołek, który chętnie się z nami zaprzyjaźnia, do tego płoszy turystki, które chcą obok niego przejść szlakiem. My delektujemy się herbatką z miejscowych ziół, a później zostajemy oprowadzeni po naszym zaczarowanym ogrodzie. Miejsce mamy idealne na rozbicie namiotu.
Obok ławki, kawałek dalej polowy prysznic z ciekawym pająkiem 🙂 i ubikacja. Do tego chłopak nas oprowadza po swoim gospodarstwie, więc mam przyjemność poznać gąski oraz Jej Wysokość Świnkę, raczę się też pysznymi jabłkami zerwanymi prosto z drzewa. Na polu namiotowym jesteśmy sami, nie licząc naszego kumpla osiołka, który niczym piesio interesuje się, co tam ciekawego może znaleźć w naszych plecakach.
Reunion – etap 10: La Nouvelle → Col du Taïbit → Îlet des Salazes – Wikiloc
ETAP 11 — Îlet des Salazes → Cilaos
Ranek nie zaskakuje niczym specjalnym, pakujemy się i ruszamy w kierunku miasteczka Cilaos. Trasa w sumie podzielona na dwa etapy. Schodzimy w dół do asfaltowej drogi, a z niej drugi etap, czyli schodzimy w dół do rzeki i wodospadów, aby później wspinać się w górę do miasteczka. Proste! Pogoda w kratkę, choć praktycznie do wodospadów jest stabilnie. Po drodze mijamy ciekawe masywy górskie wyglądające niczym góry w Australii.
Na plus: nic nie próbuje nas ugryźć i zjeść jak to podobno bywa na tym kontynencie. Wbrew pozorom nie mamy tak daleko z Reunion do krainy kangurów. Od wodospadu zaczyna nam pogoda płatać psikusy i pada. Trasa pnie się do góry aż dochodzimy do asfaltu, którym znowu musimy iść w dół, odbijając na szlak i… do góry już do samego miasteczka. Robimy tylko 9 kilometrów z lekkim hakiem, ale nie ma sensu się dalej produkować.
Po pierwsze pada, po drugie miasteczko jest super, po trzecie mamy suchy nocleg. Nasz namiot też nie zdążył jeszcze wyschnąć po mokrym poranku, więc korzystamy z popołudniowej poprawy pogody i suszymy rzeczy w Gîte Ti Case Lontan. A w miasteczku delektujemy się radlerem Dodo i lodami. Do tego pomykamy do miejscowego supermarketu po francuski zestaw: wino, szynka, sery i bagietka.
Nie trzeba nam restauracji, bo mamy istną wyżerkę, do tego Bożenka wypatruje straganik ze smoczymi owocami, to i mamy pyszną słodką przekąskę. Musimy nabrać energii, bo nasz jutrzejszy dzień nazywa się: zdobywamy najwyższy szczyt wyspy!
Reunion – etap 11: Îlet des Salazes → Cilaos – Wikiloc
ETAP 12 — Cilaos → Piton des Neiges
Jednym z najważniejszych punktów naszego Reunion trekking 2026 był Piton des Neiges
Ranek pogodowo niestabilny, trochę obawiamy się, że możemy być mokrzy. Ruszamy dziarsko asfaltem przez miasto, omijając odcinek szlaku, który ze względu na opady nie wygląda zbyt dobrze i moglibyśmy tam zakończyć naszą przygodę jakąś kontuzją. Masa błota, do tego ścieżka wygląda trochę jakby tam jakiś potop przeszedł. Prościej obejść to asfaltem. Długość ta sama, a dużo bezpieczniej.
Niedaleko wejścia na szlak mamy wiatę, więc krótka sjesta na kawę i trzeba ruszać na najwyższy szczyt wyspy, gdzie dzisiaj zamierzamy zostać na noc. Trasa pnie się powoli w górę. Dochodzimy do kolejnej wiaty, Abri du Plateau du Petit Matarum, gdzie też stołują się inni turyści i mamy dostęp do wody. Trzeba również wspomnieć, że dziś do pokonania w górę mamy niecałe 2000 m, więc trochę chodzenia jest.
Pogoda się poprawia i gdy dochodzimy do wysokości około 2500 m n.p.m., na przełęczy Croisée Coteau Kerveguen już widzimy schronisko Gîte du Piton des Neiges. Pełni zadowolenia pomykamy pod niego, gdzie nawadniamy się i robimy drobne zakupy, a raczej dokupujemy wodę i w toalecie dolewamy do butelek. Największym minusem tego rejonu jest brak wody; praktycznie jedynym miejscem jest schronisko, a dalej no cóż. Ruszamy w górę, dochodzimy do rozwidlenia, mamy dwie drogi na szczyt.
Wybieramy tę w prawo, czyli oznaczoną jako szlak. Po drodze mijamy turystki, które śmieszkują, że cały szlak jest oznaczony męskimi bokserkami i mają w tym dużo racji. Sam swoje zgubiłem podczas suszenia, a po drodze trafiliśmy na pięć sztuk, również zgubionych przez trekkerów. Ot, szlak znaczony męskimi majtkami. 🙂 Wychodzimy na wypłaszczenie między dwoma wierzchołkami.
Północny jest niższy – 3052 m n.p.m., a główny, po lewej, ma 3070 m n.p.m. Na wypłaszczeniu mamy masę fajnych miejsc otoczonych kamieniami chroniącymi przed wiatrem. Wybieramy jedno, zostawiamy tam nasz sprzęt i ruszamy te 300 metrów na główny wierzchołek. Już po chwili cieszymy się cudownymi widokami. Chmury pod nami, a my spoglądamy ze szczytu wyspy, widoki mamy świetne. Z nami jest jeszcze trochę turystów, którzy też zachwycają się pięknymi widokami.
Schodzimy do naszej mini bazy, rozbijamy namiot i… trzeba coś zjeść i nacieszyć się zachodem słońca, a później widokiem gwiazd na bezchmurnym niebie. Wszystko wskazuje, że będzie komplet: zachód słońca, wschód słońca plus bezchmurne nocne niebo. Dzisiaj do kompletu brakuje już tylko wschodu, ale na niego trzeba będzie poczekać do dnia jutrzejszego.
Reunion – etap 12: Cilaos → Piton des Neiges – Wikiloc
ETAP 13 — Piton des Neiges → Bourg Murat
Jak to u nas bywa noc spokojna, tylko obudzili nas wspinacze idący na wschód słońca. Na górze jest chłodno, więc siedzimy w puchowych kurtkach i podziwiamy spektakl. Mamy komplet: zachód, gwiazdy i wschód słońca. Teraz tylko śniadanie, zdobycie północnego wierzchołka i ruszamy do schroniska. Z północnym szczytem są pewne perypetie, bo idziemy trochę niestandardowo, wspinając się po skałach, ale cel osiągnięty i piękne widoki przed nami. Skały, chmury, niebo – tego nam trzeba. Ruszamy w dół do schroniska, tam trzeba zaopatrzyć się w wodę.
Trasa szybko minęła i tu zaczynają się pierwsze kredki, bo schronisko na głucho zamknięte, wody brak. Mamy jakieś resztki, ale do miasteczka Bourg Murat jeszcze bardzo daleko. No cóż, ruszamy dalej. Dochodzimy do przełęczy i dalej już wskakujemy na szlak GR R2. Ten odcinek to jeden z dwóch najbardziej koszmarnych etapów naszej podróży. Zejście to niekończąca się wąska rzeka kamieni, ot, jakbyśmy schodzili wyschniętym korytem. Koszmar dla naszych stóp.
W pewnym momencie mam do tego stopnia dosyć, że biegam kilometr i czekam na Bożenkę, znowu biegnę kilometr, bo mój mózg paruje od tej trasy. Końcówka to prawie 7 kilometrów asfaltem, ale ten odcinek jest dla nas błogosławieństwem, bo prędkość wzrasta do ponad 5 km/h i trasy ubywa bardzo szybko. Idąc rezerwuję nam Hôtel L’Ecrin. Mijamy też taki dżunglowy poligon wojskowy.
Małym problemem jest zameldowanie, bo mamy czas do 19:00 i jesteśmy już praktycznie na styk z czasem, konwersacja na WhatsAppie daje nam jeszcze mały zapas. Miła pani mówi, że zostaje jeszcze godzinę po zamknięciu, więc na nas poczeka. My jednak zjawiamy się na styk, z tego, co pamiętam, jest 18:55. Za nami prawie 25 km. Na sam koniec jeszcze trochę pomyliły nam się drogi i trzeba było się wrócić, ale bez jakichś większych problemów. Prawie 2000 m w dół było dość upierdliwe, wolę iść tyle w górę.
Okazuje się, że tu nie ma pokoi, są domki. My dostajemy taki wypaśny z antresolą i wielkim łóżkiem. Do tego dowiadujemy się, że na terenie naszego hotelu jest restauracja. Co lepsze, na Reunion w restauracjach ceny nie są jakieś z kosmosu. Więc szybko się oporządzamy i ruszamy ledwo chodząc na kolację. Przemiła kelnerka serwuje nam menu i sugeruje, co pysznego możemy zjeść. Nie pamiętam nazw, bo francuski to jednak do głowy nie wchodzi, ale było pyszne.
Do tego radlerek Dodo i lokalne winko. To był bardzo dobry pomysł, żeby zostać tu dwa dni. Należy się nam drugi dzień zero. Do tego czeka nas teraz trasa do aktywnego wulkanu, który psuje obecnie drogi na wyspie, polewając je lawą.
Reunion – etap 13: Piton des Neiges → Bourg Murat – Wikiloc
Bourg Murat – przed Piton de la Fournaise
Dzień zero spędzamy na praniu, uczeniu się chodzić, bo mam potworne zakwasy i coś złego się porobiło w lewej nodze z kolanem, ale jak to zawsze ze mną bywa, regeneracja niczym u Terminatora – i po dniu zero kolano wróciło do normy. Suszymy też nasz namiot, bo różnice temperatur na szczycie trochę nam go zawilgociły. Dostaliśmy też lepszy domek, dużo większy. Pani z recepcji chyba uznała, że wyglądamy na bardzo zmęczonych i trzeba nam większych wygód. Oczywiście obiad i kolację jemy w restauracji na terenie hotelu, jest jak ostatnio pysznie.
ETAP 14 — Bourg Murat → Gîte du Volcan
23 marca zapowiada się deszczowo. Ruszamy już w pelerynach. Dzisiaj mamy dość długi odcinek, bo ponad 20 km do schroniska przy aktywnym wulkanie Piton de la Fournaise. Ruszamy asfaltem, dalej wbijamy się w pola do wypasu bydła. Trasa cały czas w chmurach i deszczu. Są odcinki, gdzie mamy chwilę przejaśnienia, ale to tylko złudne podrygi. Finalnie na wulkanicznym płaskowyżu mamy totalną mgłę i widoczność na 3 metry do przodu, nawigujemy się tylko za pomocą GPS-u.
Ot, miejsce, gdzie można bardzo łatwo się zgubić. Nam to się też zdarza, ale to już po wyjściu z tego gołoborza. Ot zejście w dół jest słabo widoczne i go omijamy, no cóż, trzeba się wrócić, ale to tylko jakieś kilkaset metrów i za chwilę jesteśmy już na drodze asfaltowej do schroniska Gîte du Volcan.
Nowe schronisko przypomina te w Skandynawii. Dużo drewna, przeszklone, a na recepcji bez problemu dogaduję się po angielsku. Pokój i pełne wyżywienie zostały zatwierdzone przez księgowość tj. Bożenkę. Jesteśmy cali mokrzy, więc zasuwamy do naszego przytulnego pokoiku, gdzie buty lądują za okno, bo śmierdzą nieziemsko, reszta ciuchów się suszy. Łazienki i toalety w jak najlepszym porządku. Czysto, ciepło i przytulnie. Kolacja również na wypasie, łącznie z degustacją miejscowego specyfiku wyskokowego.
My raczymy się też lanym piwkiem, oj niebo w gębie. Te 20 km mimo mgły i deszczu były tak urozmaicone, że nie czujemy zmęczenia. To jest taka super wyrypka. Siedzimy sobie jeszcze jakiś czas w lobby delektując się kawą, bo schronisko jest niesamowicie przytulne.
Reunion – etap 14: Bourg Murat → Gîte du Volcan – Wikiloc
ETAP 15 — Gîte du Volcan → Gîte de Basse Vallée
Poranek oczywiście ze śniadaniem. Ruszamy na przedostatni odcinek naszego szlaku. Za nami sporo kilometrów i masa przeżyć, trochę robi się smutno, że koniec jest tak bliski. Robi się pogoda i mamy świetny widok na aktywny Piton de la Fournaise. W sumie on taki aktywny, że nie widać, aby dymił, ale wierzymy na słowo, bo lawa wylewa się z jego kaldery, co nawet widać po naszej stronie po innym kolorze zastygłej lawy, dużo świeższej niż ta reszta niżej.
Do tego czuć czasem metaliczny smak w ustach. Pierwsza część, a raczej jej trzy czwarte, to poezja. Słońce, chmurki, cudne widoki, płasko. Ostatnie 5 kilometrów to drugi najgorszy odcinek na szlaku. Schodzimy bardzo stromo, do tego ciągle kamienie – mokre i śliskie, od czasu do czasu błotko i jakieś cieki. Naszym przewodnim kawałkiem na tym odcinku jest La Tortura Shakiry, która dodaje nam siły. Praktycznie kilometr schodzi się niecałą godzinę.
Owszem, jesteśmy już zmęczeni, ale ta trasa jest prawdziwym koszmarkiem piechura. Trasa ma około 20 km, z czego 15 to totalny luz, a 5 jest czyśćcem. Finalnie wychodzimy na szutrową drogę i odpoczywamy w pobliskiej wiacie. Dalej idziemy do schroniska Gîte de Basse Vallée. Tam spotykamy naszą znajomą z Gîte Le Pavillon, więc mamy znowu tłumaczkę.
Dyskutujemy o trasie i jej przejściu, oczywiście, jak to z nami bywa, zamawiamy kolację i śniadanie. Do tego na jakiś czas szef wraz z naszą znajomą znikają do pobliskiego miasteczka i jesteśmy sami na całym gospodarstwie. Mamy pokoik z wielkim oknem na ogród, jest super. Nawet nas komary nie gryzą. 🙂 Jutro ostatni etap naszej trasy GR R2 z elementami R1 i R3. Mamy za sobą ponad 200 km, więc przygody co niemiara.
Reunion – etap 15: Gîte du Volcan → Gîte de Basse Vallée – Wikiloc
ETAP 16 — Gîte de Basse Vallée → koniec GR R2
Zielona noc minęła bez malowania się pastą do zębów. Śniadanie i ruszamy na ostatni etap naszej przygody, trochę krzywię się na zejście w dół, ale nogi odpoczęły i można spokojnie ruszać. Zostało tylko 5 kilometrów z lekkim hakiem, na dole mamy zaraz przystanek i autobus do Saint-Pierre, gdzie chcemy zamoczyć nogi w Oceanie Indyjskim. Trasa wbrew pozorom bardzo przyjemna z jednym zamkniętym odcinkiem, ale jest łatwe obejście, a my nie chcemy na koniec niespodzianek, więc ruszamy trochę naokoło.
Nigdzie nam się nie śpieszy. Autobusy jeżdżą praktycznie co godzinę. Ostatnie metry idziemy już asfaltem i trochę łezka się w oku kręci, że to już koniec. Dochodzimy do tablicy informującej, że tu zaczyna się i kończy GR R2 i machamy jej łapką na pożegnanie.
Ruszamy na przystanek, okazuje się, że autobus jest za godzinę. No to szukamy knajpki. Francuskie piekarnie mają to do siebie, że można w nich też posiedzieć, napić się kawy i zjeść pyszną sałatkę z bagietką. Tak też robimy i kawałek od naszego przystanku w miejscowości Basse Vallée niedaleko ronda, zajadamy się sałatką z bagietką, popijając radlerem Dodo. Bajeczka: w oddali brzeg i Ocean Indyjski. Śmieszkujemy z naszych ostatnich wyczynów na koszmarnym odcinku La Tortura.
Reunion – etap 16: Gîte de Basse Vallée → koniec GR R2 – Wikiloc
PO TREKKINGU — Saint-Pierre i powrót
Autobus o czasie i za jakieś 30-40 minut jesteśmy w Saint-Pierre. Z dworca jest trochę drogi do naszego hotelu, ale co to dla nas, po drodze mamy markety, super piekarnie i w ogóle wszystko, co nam do szczęścia potrzeba. Hotel Chez Papa Daya to też mała perełka w tym miasteczku. Niby przy drodze, ale z małym przytulnym ogródkiem w środku – coś w klimacie kolumbijskich hotelików. Właściciel świetnie gada po angielsku, więc zameldowanie to formalność.
Mamy duży pokój z rogowym oknem i balkonem, klimatyzacja działa bezproblemowo, bo nad poziomem morza to już nie jest tak pięknie jak wysoko w górach i słoneczko ostro daje. Do tego mamy małego kolorowego gekonka.
Nam zostaje już tylko zachód słońca i następnego dnia wracamy do Saint-Denis. Zachód nad oceanem zawsze robi wrażenie, a my się obijamy na miejscowym molo. Siedzimy do późnego wieczoru, w sumie już nocy. Jest ciepło i przyjemnie, do tego szum oceanu. Idylla.
Powrót i cała reszta z wylotem również to taki standard podróżniczy. Nie ma żadnych niespodzianek. Autobusy o czasie, loty o czasie i jesteśmy w Polsce, gdzie, no cóż, jest ciut chłodniej, ale też dramatu nie ma. Koleżanka Ania zdaje nam zawsze relacje, jak u nas sypie śniegiem albo leje deszczem, a ja kwituję standardowym: wiosna idzie.
Reunion trekking – podsumowanie w liczbach:
Za nami najdłuższy szlak prowadzący z północy na południe wyspy Reunion, trasa ma oznaczenie GR R2 i w teorii ma około 140 km, my trochę dołożyliśmy, bo zahaczyliśmy o szlak GR R3 oraz GR R1. Cała nasza marszruta wyniosła 208,9 km. Pokonaliśmy w górę 13 370 m, a schodząc w dół 13 242 m, najwyższym punktem był szczyt wulkanu Piton des Neiges 3070 m n.p.m. To najwyższy szczyt wyspy oraz najwyższy szczyt wszystkich wysp Oceanu Indyjskiego.
Najgorszym dla nas odcinkiem był przedostatni, prawie 20 km, z czego 15 było spokojną wędrówką w cieniu psującego drogi na Reunion wulkanu Piton de la Fournaise, który obdarzał nas lekkim posmakiem metalicznym w ustach z racji jego aktywności. Za to końcowe 5 km było koszmarem dla naszych nóg. Ponad 4 godziny pokonywaliśmy ten odcinek.
Oprócz jednego dnia pogodę mieliśmy stabilną, ten jeden dzień to praktycznie ponad 20 km w deszczu, ale i tak było świetnie. Spaliśmy różnie, czasem w namiocie, czasem w schroniskach, a nawet w kontenerze.
Tak zakończył się nasz Reunion trekking 2026 i przejście wyspy szlakiem GR R2.
Więcej naszych podróży po Afryce znajdziesz w dziale Afryka.
Podobała Ci się ta relacja? ☕
Jeśli nasze opisy, zdjęcia lub ślady tras okazały się przydatne, możesz postawić nam kawę na kolejny wyjazd. Dzięki!































































































































































































































































