... czyli podróże małe i duże ...

Odessa 2017

… czyli dawnych wspomnień czar

Odessa

 

Co jakiś czas w naszych podróżach z radością wracamy na Ukrainę 🙂 Tym razem skusiła nas Odessa. Marcin znalazł gdzieś stronę Ukraińskich Kolei i postanowił kupić bilet ze Lwowa do Odessy, zaczął od najbardziej ekonomicznego wariantu, a że wychodziło całkiem tanio to tak podnosił standard aż zaszalał i wziął kuszetki dwuosobowe z lnianą pościelą i herbatą w zestawie. Z wyjazdu zrobiliśmy sobie przedłużony weekend. Już w czwartek 22 czerwca 2017r pojechaliśmy do Lwowa, chociaż byliśmy tam już wiele razy to ciągle odkrywamy w tym mieście coś nowego. Nocą pospacerowaliśmy jeszcze w rejonie rynku i zahaczyliśmy o jakąś kawiarenkę. Następnego dnia dopiero późnym wieczorem mieliśmy ruszyć pociągiem w nieznane więc zostało nam dużo czasu na zwiedzanie 🙂 tylko co by tu jeszcze zobaczyć 🙂 Już podczas naszej ostatniej wizyty w tym mieście szukaliśmy bezskutecznie skansenu, tak więc postanowiliśmy go wreszcie zwiedzić. Z rynku pojechaliśmy tramwajem, który z powodu remontów dróg jechał okrężną trasą a po jakimś czasie utknął za innym tramwajem. Okazało się, że jakiś geniusz parkowania zostawił samochód niemalże na torowisku i gdzieś zniknął.

Uznaliśmy, że resztę trasy przejdziemy spacerkiem, w końcu mieliśmy dużo czasu. Tym razem skansen znaleźliśmy, ostatnio brakło nam do jego znalezienia może z 500 metrów 🙂 Już od początku zrobił na nas niesamowite wrażenie. W zieleni leśnej gęstwiny widać już było kopuły jakiejś drewnianej cerkwi. Zostało nam już tylko zdobyć bilety i ruszyć w podróż w czasie. Wokół nas całkiem sporo się działo, przy pierwszych chatach turyści przebierali się w ludowe stroje i robili zdjęcia, alejkami krążyła też para z własnym fotografem, wokół sporo wianków i ludowych strojów. Gdzieś zdjęcia robiła sobie jakaś młoda para, a na sam koniec trafiliśmy chyba na plan filmowy bo zaroiło się od osób w historycznych wojskowych strojach. My oczywiście już na starcie poszliśmy w przeciwnym kierunku niż reszta osób, zwiedzanie zaczęliśmy od drewnianych Cerkwi i pomniejszych jeszcze nie złożonych do końca budynków, dopiero później wróciliśmy na główny trakt. Bardzo ciekawym rozwiązaniem są opiekunowie przypisani do poszczególnych budynków. Trafialiśmy na osoby, które bardzo dbały o otoczenie powierzonego obiektu i starały się schodzić z drogi, gdy pojawiali się turyści, innym razem zaś trafialiśmy na opiekunów, którzy sami zapraszali do zobaczenia wnętrza chaty, zdejmowali przed nami sznurki odgradzające od ekspozycji aby podejść bliżej, zobaczyć więcej i przede wszystkim poczuć klimat minionych epok. W jednej z chat od razu uderzył zapach świeżego chleba, okazało się, że w określone dni w piecu jest faktycznie wypiekany chleb. W kilku miejscach można też było usiąść, odpocząć i zjeść coś przygotowywanego na miejscu lub też rozsiąść się gdziekolwiek i podziwiać spokój i piękno tego miejsca. My już przy pierwszej restauracji pod chmurką skosztowaliśmy pysznego barszczu. Mogliśmy tam też spróbować strzelania z łuku ale jakoś nie dałam się do tego przekonać. Klimat potęgowały obecne wszędzie na terenie skansenu zwierzęta. Po stawie pływały gęsi i łabędzie, alejki patrolowała ochrona w sile jednego czarnego psa stróżującego 🙂 Kawałek dalej za ogrodzeniem do zdjęć pozował nam bocian, zresztą już w drodze do Lwowa widzieliśmy całe stada bocianów. Jakby ktoś chciał to na terenie skansenu można też było spróbować jazdy konnej. Czas kradli nam kolejni opiekunowie wiejskich chat, widzieliśmy nawet jak pracownicy skansenu kładli strzechę ze słomy na jedno z domostw. Z każdej strony spotykaliśmy się z wielkim zaangażowaniem w ideę tego miejsca, ten skansen naprawdę miał duszę 🙂 Skansen ten zwany też Szewczenkowskim gajem a założony został w 1971r. W jego obrębie zachowały się zabytki architektury, sprzęty domowe i przedmioty sztuki ludowej wszystkich historyczno-etnograficznych grup Zachodniej Ukrainy z końca XIXw i początku XXw. Wśród tych grup wyróżnić można Bojkowszczyznę, Łemkowszczyznę, Huculszczyznę, Wołyń, Podole, Polesie, Bukowinę, Pokucie, Zakarpacie i Lwowszczyznę. Każdej grupie poświęcony jest oddzielny sektor skansenu. Jest to jedno z największych muzeów na wolnym powietrzu w Europie i warto je zobaczyć. Myślę, że u wielu osób miejsce to przywoła wspomnienia wakacji spędzanych w dzieciństwie na wsi, żniw, pieczonego przez babcię domowego chleba. Gdybyśmy tylko mieli więcej czasu … 🙂

Po paru godzinach chodzenia zrobiliśmy się już bardzo głodni więc postanowiliśmy wrócić do centrum na jakąś obiadokolację przed odjazdem. Na dworcu kolejowym byliśmy sporo przed czasem na wypadek nieprzewidzianych problemów z biletem ale w przeciwieństwie do przygód z naszymi rodzimymi kolejami tam wszystko działało jak w zegarku a nasz wydruk biletu był jak najbardziej honorowany. Znaleźliśmy nasz peron, pociąg, wagon, Pan konduktor zabrał nasze bilety a gdy tylko pociąg ruszył rozsiedliśmy się wygodnie w naszej kuszetce. Przed nami było jakieś 12 godzin jazdy. Dobrze, że jechaliśmy nocą bo nie wiedziałabym co przez ten czas ze sobą zrobić. Niecałą godzinkę przed stacją docelową obudził nas konduktor i zaproponował kawę. Z propozycji oczywiście skorzystaliśmy i tym sposobem za jakieś 40 hrywien dostaliśmy po szklance mocnej parzonej kawy w metalowych koszyczkach 🙂 oldschool 🙂 Na Odeskim peronie właściciele kwater i organizatorzy wycieczek oferowali swoje usługi, my nocleg mieliśmy już dawno zarezerwowany ale było jeszcze zbyt wcześnie aby się tam zameldować.

Niedaleko dworca znaleźliśmy stragany z książkami i od razu udało nam się znaleźć „Małego Księcia” po rosyjsku, nawet mogliśmy wybierać spośród dwóch różnych wydań. Całą noc nic nie jedliśmy więc poszliśmy szukać Puzatej Chaty, restaurację znaleźliśmy na 6 piętrze domu handlowego Europa. Po śniadanio-obiedzie zaczęliśmy kombinować jak dostać się w rejon katakumb bo naszym głównym celem były właśnie podziemia i Potiomkinowskie Schody. Czas mieliśmy mocno ograniczony bo następnego dnia wieczorem czekała nas droga powrotna pociągiem, postanowiliśmy więc pójść na łatwiznę. Przed galerią Europa stał sympatyczny starszy Pan oferujący wycieczki, porozmawialiśmy chwilę i załatwił nam kierowcę, który miał zawieść nas w rejon katakumb. Do 20min pojawił się nasz kierowca i w drodze od galerii do miejsca gdzie zostawił samochód opowiedział nam kilka ciekawostek o Odessie, min zwrócił uwagę na płyty chodnikowe z ciemnego kamienia, była to lawa wulkaniczna sprowadzona z Neapolu, zaletą tego kamienia było to, że nie nagrzewał się tak mocno od słońca. Do budowy samego miasta użyto natomiast wapienia wydobywanego wręcz spod samego miasta. Sieć korytarzy i wyrobisk po eksploatacji wapienia ma przekracza obecnie długość ponad 2500km. Korytarze te w czasie II wojny światowej stanowiły schronienie dla kilku oddziałów radzieckich partyzantów. Z powodu gęstej sieci korytarzy i ich skomplikowanego układu lepiej nie zapuszczać się tam samemu. Dziewczyna, która odłączyła się w 2005r od grupy znajomych, z którymi w katakumbach świętowała wspólnie nowy rok, odnaleziona została dopiero po dwóch latach, nie trudno się domyślić, że znaleziono już tylko jej zwłoki. My zwiedziliśmy jeden z fragmentów katakumb połączony z Muzeum Chwały Partyzanckiej. Przewodnik oprowadził nas z grupą Rosjan tak więc wycieczka była w języku rosyjskim, specjalnie dla nas starał się mówić powoli i prostymi słowami. W podziemnych korytarzach sami szybko byśmy się zgubili. Kolejno znaleźliśmy tam kuchnię, studnię, szpital, szkołę, sale z przeróżnymi pamiątkami, barykadę z karabinem maszynowym a na sam koniec wyszliśmy w budynku muzeum, gdzie było sporo eksponatów i plakatów propagandowych. Na zewnątrz budynku Marcin znalazł jeszcze jakieś wozy opancerzone i postanowił trochę przy jednym pomajstrować 😛

Nasz kierowca proponował nam jeszcze wycieczkę po Kryminalnej Odessie z mrocznymi opowieściami i kolejnymi miejscami godnymi uwagi ale nie mieliśmy na to zbytnio czasu, postanowiliśmy wracać już bezpośrednio do hotelu. Marcin nawigował naszego kierowcę przy pomocy mapy w komórce ale miejsce, w które doprowadził nas GPS było co najmniej dziwne. Droga z torowiskiem tramwajowym, tereny wyglądające na typowo przemysłowe, wysoki betonowy płot. Na szczęście na płocie rozwieszona była na płótnie reklama naszego hotelu więc miejsce raczej dobre. Po drugiej stronie betonowego płotu jakieś garaże, jakiś warsztat samochodowy, jakiś metalowy płot, kierowca w rozmowie z kimś przy garażach potwierdził, że miejsce jak najbardziej właściwe, pojechaliśmy więc dalej. Faktycznie dotarliśmy do naszego ośrodka wypoczynkowego tyle że od d… strony, chociaż była to jedyna strona, od której można było dojechać bo od drugiej było już tylko morze. Musieliśmy się jeszcze tylko wspiąć na metalowe schody, przejść koło łazienek na świeżym powietrzu i już mieliśmy przed sobą piętrowy barak przypominający zakładowy dom wczasowy minionego ustroju. Ustaliliśmy, że biuro jest w niskim budynku ze stołówką, biuro malutkie, ze starymi meblami, małym biurkiem z drewnianym krzesłem, drewnianą gablotką na klucze wiszącą na ścianie, za biurkiem siedziała Pani Kierowniczka z trwałą na głowie. Szybko znalazła naszą rezerwację, dziwiła się tylko, że nasza cena nie zgadza się z jej, my byliśmy przygotowani na wyższą kwotę. Po chwili okazało się, że faktycznie mamy mieć doliczone śniadanie. Zapłaciliśmy i mieliśmy czekać przed budynkiem aż dziewczyny w poliestrowych fartuszkach przygotują pokój. Po jakimś czasie Pani Kierowniczka dała nam klucz i wysłała jedną z dziewczyn żeby pokazała nam pokój. Chwiejącymi się nieco schodami weszliśmy na piętro baraku, długim korytarzem z odbitymi śladami stóp któregoś z wczasowiczów dotarliśmy do kolejnych tak samo wyglądających drzwi a za nimi był nieduży pokój z prostymi meblami, plastikowym kompletem ogrodowym i dwoma pojedynczymi tapczanami. W tym momencie Marcinowi chyba opadła szczęka 😛 był w kompletnym szoku 😛 przenieśliśmy się w czasie i wylądowaliśmy na zakładowych wczasach 😛 dla mnie rewelacja 😛 prawie jak na koloniach w piątej klasie podstawówki 😛 klimat jakiego może już nigdy nie zaznamy 🙂 W pierwszym odruchu Marcin chciał uciekać, postanowił znaleźć coś innego na bookingu, na szczęście dał temu miejscu szansę. Mimo że budynek był stary to dziewczyny na korytarzu uwijały się jak w ukropie, żeby na bieżąco czyścić linoleum z zapiaszczonych śladów, wspólne łazienki również na bieżąco były sprzątane choć odstraszać mogły kibelki typu „narciarz”. Kiedy ruszyliśmy w kierunku wyjścia z kompleksu pobiegł za nami jakiś chłopak z obsługi sądząc, że zapomnieliśmy o obiedzie ale wytłumaczyliśmy mu, że tylko śniadanie będziemy jedli nazajutrz. Marcin ochłonął z pierwszego wstrząsu i przyznał mi rację, takiego klimatu możemy już nigdy nie zaznać więc zostajemy.

Chcąc wykorzystać dzień do końca pojechaliśmy tramwajem ( nr 1) w kierunku centrum, na pętli wysiedliśmy i poszliśmy za resztą pasażerów przez drogę, przez przejście tunelem pod wiaduktem i tak znaleźliśmy kolejną pętlę a tam do wyboru autobusy i trolejbusy. My pojechaliśmy dalej trolejbusem (nr 10) z myślą dojechania do Schodów Potiomkinowskich, jednak widząc jakiś park za oknami rozmyśliliśmy się i postanowiliśmy resztę trasy przejść pieszo. W Odessie panowały troszkę inne zwyczaje przy kupowaniu biletów tramwajowych i trolejbusowych niż we Lwowie. We Lwowie kupowaliśmy je bezpośrednio u kierowcy i kasowaliśmy zaś w Odessie kupowało się je u Pani Kierowniczki albo Pana Kierownika tramwaju/autobusu i nie trzeba ich było już nigdzie kasować. Osoba siedziała sobie gdzieś w głębi na jednym z siedzeń, w jednej ręce dzierżyła plik biletów a w drugiej plik banknotów, Panie najczęściej miały poliestrowe fartuszki w groszki, Panowie woleli raczej kamizelki odblaskowe. Po wyjściu z trolejbusa spacerkiem doszliśmy do samych Schodów Potiomkinowskich a tam załapaliśmy się na prawdziwy Armagedon. Z lewej strony na niebie zawisły czarne chmury a wiatr szybko i spektakularnie rozciągał je po całym niebie, widowisko niesamowite. Przewidując porządną ulewę schroniliśmy się szybko w budynku tuż przy schodach, zresztą tak jak i reszta ludzi. Nie lunęło od razu więc Marcin uznał, że zdążymy dojść do jakiejś kawiarenki, gdzie przeczekamy tą Apokalipsę ale ledwo wyszliśmy zaczęło padać. Ci co do budynku dobiegli troszkę po nas byli przemoczeni do suchej nitki. Dopiero po deszczu wyszliśmy nieśmiało z ukrycia i przemieściliśmy się znowu w rejon domu handlowego Europa i Puzatej Chaty 🙂 Do naszego domu wczasowego wróciliśmy z przystanka u podnóża schodów potiomkinowskich. Znowu ta sama procedura tyle że tramwaj się zepsuł ledwo ruszyliśmy. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, wysiedliśmy akurat niedaleko sklepu, kupiliśmy piwa na wieczór i pojawił się kolejny środek transportu. Stratni byliśmy tylko jakieś 3 hrywny wydane na kolejny bilet. Piwa wypiliśmy sobie na balkonie a jak się ściemniło zrobiliśmy sobie spacer po plaży, która była tuż za naszym ośrodkiem. Plusem takiego prostego i swojskiego ośrodka w jakim wylądowaliśmy był brak tłumów na plaży, tak w dzień jak i w nocy. Przy bardziej nowoczesnych ośrodkach było już bardziej gwarno a my mieliśmy spokój i ciszę a do tego wieczorny pokaz wyładowań atmosferycznych gdzieś hen hen daleko w chmurach. Jak wróciliśmy młodzież pod naszym ośrodkiem próbowała puścić w niebo dwa chińskie lampiony ale wiatr na przekór starał się im to uniemożliwić. Wieczorem usiedliśmy sobie znowu na balkonie a ciszę przerwało nam dopiero uporczywe dłubanie kluczem w zamku, nie dziwi mnie to zresztą bo wszystkie drzwi były identyczne, okazało się, że to nasi sąsiedzi zza ściany się pomylili. Żeby oszczędzić im syzyfowej pracy z tym otwieraniem drzwi sama je otwarłam 😛 sytuacja była zabawna ale dziewczyna z drugiej strony drzwi bardzo się zmieszała 🙂 Następnego dnia zeszliśmy na śniadanie do baru połączonego ze sporą altaną, pod którą ułożone były stoliki. Na śniadanie dostaliśmy pyszne naleśniki tak więc warto było zostać w tym miejscu. Jeśli chodzi o nasze plażowanie to mamy chyba ADHD bo nie udało się nam się poleżeć na ręcznikach dłużej niż 30min, woleliśmy już spacerować brzegiem morza. Przyszło nam się w końcu pożegnać z Ośrodkiem i miłą obsługą. Znowu ruszyliśmy tramwajem do pętli, później trolejbusem pod Schody Potiomkinowskie.

Była sobota więc ludzi dużo więcej. Niedaleko od szczytu schodów ustawiona była scena i trwały jakieś nieśmiałe występy talentów w śpiewie, tańcu i nie tylko. Nie zabawiliśmy tam długo, ruszyliśmy jeszcze uliczkami w rejonie centrum, znowu nawiedziliśmy Puzatą Chatę i pomknęliśmy w kierunku dworca kolejowego, żeby nie spóźnić się przypadkiem na pociąg. Pociąg ruszał wieczorem więc czas dłużył nam się bardziej niż poprzednio. Rano znowu kawa w szklance w metalowym koszyczku. We Lwowie byliśmy koło 6:00 więc zrezygnowaliśmy z planów spotkania się ze znajomymi, ruszyliśmy od razu marszrutką do przejścia granicznego a później już samochodem do domku. Jak zawsze – zmęczeni ale szczęśliwi. Kiedy teraz patrzę na zdjęcia z naszej wycieczki to przypominają mi się internetowe memy z podpisem „jeśli to pamiętasz to miałeś zajebiste dzieciństwo” 🙂

Polecamy:

Koleje ukraińskie – strona po angielsku bardzo łatwa i przyjemna rezerwacja >link< 

Hotel Sun Marine w Odessie – jest na booking.com