... czyli podróże małe i duże ...

Grigna 2017

… a jednak do dwóch razy sztuka 🙂

Widok z Północnej Grigny

GPS: GPS Grigna Settentrionale

Grigna Settentrionale 2410m n.p.m. to szczyt w Alpach Bergamskich, który spędzał nam sen z powiek w 2014r. Wtedy nie udało się nam go zdobyć więc jak któryś raz z kolei pojawiły się tanie bilety lotnicze do Bergamo postanowiliśmy zrobić drugie podejście czyli wydłużony weekend pod hasłem Grigna 2017 🙂 Na wyjazd zarezerwowaliśmy sobie termin od 12 do 15 października. Tym razem logistyka była ograniczona do minimum bo poprzednio plan zrealizowaliśmy do połowy tak więc transport z lotniska do Bergamo a dalej z Bergamo do Mandello del Lario mieliśmy opanowany, najpierw autobus, potem pociąg z przesiadką w Lecco. Przystanek autobusowy jest tuż przy lotnisku, bilety wystarczy kupić w automacie. Autobus dojeżdża do dworca kolejowego w Bergamo. Tam już automat biletowy był wobec nas złośliwy i po krótkiej walce musieliśmy się poddać a bilety na pociąg kupiliśmy ostatecznie w sklepiku na dworcu. Do odjazdu mieliśmy ponad pół godziny więc usiedliśmy sobie na murku przed dworcem. Obok nas siedziało dwóch chłopaków a z czasem dochodziły do nich kolejne osoby, na koniec przyszła para z dzieciakiem w wieku może 10-11 lat. Matka dziecka zaczęła po kolei z telefonu komórkowego odczytywać imiona bądź pseudonimy a zebranie osoby po kolei zgłaszały swoją obecność, wszyscy mieli już też przygotowane telefony komórkowe. Chwile później zaczęli rajd w Pokemon GO, wiem bo podejrzałam jednemu z chłopaków na telefonie. Przekrój wiekowy był spory bo najmłodszy był chłopak w wieku 10 czy 11 lat a reszta była w granicach 17 do 45 lat a wspólne dla wszystkich zebranych osób było zaaferowanie grą i widać było, że mieli niezłą frajdę 🙂 Do rajdu się nie przyłączyłam bo Marcin dopiero ogarniał nam dostęp do internetu w telefonie, trzeba też było zbierać się na pociąg. Do Mandello del Lario dojechaliśmy około 19:30 i od razu poszliśmy do zarezerwowanego hostelu, znajdował się on w pobliżu znanego nam już placu na starcie szlaku nr 15 na Grignę. Hostel zastaliśmy już pozamykany ale po krótkiej telefonicznej instrukcji Marcin wydostał kluczyk z czarnej skrzyneczki na szyfr wiszącej obok drzwi i tak weszliśmy bezpośrednio do naszego pokoju. Przed snem zrobiliśmy sobie jeszcze herbatkę i chińskie zupki 😛 Śniadanie mieliśmy ustalone na godz. 8:00, wcześniej nie udałoby się obsłudze hostelu zdobyć świeżego pieczywa.

O 7:30 byliśmy już spakowani a po śniadaniu przed 9:00 ruszyliśmy już na szlak. Ja oczywiście przesadziłam ze spakowanymi na wszelki wypadek ubraniami 😛 mimo dobrej prognozy pogody miałam jeszcze w plecaku cieplejszą kurtkę i zapinaną bluzę z kapturem, ubrana byłam w grubsze spodnie i bluzkę termoaktywną z długim rękawem 😛 dobrze, że na trasie wygrzebałam z plecaka koszulkę z krótkim rękawem i się przebrałam bo skończyłoby się to dla mnie przynajmniej przegrzaniem 🙂 Marcin z poprzedniego wyjazdu pamiętał więcej ode mnie 🙂 ja przypominałam sobie trasę etapami. Z placu przy kościele ruszyliśmy zgodnie ze strzałką pomiędzy kamieniczki a dalej wąskimi uliczkami do początku drogi krzyżowej wiodącej do zbudowanego w XI wieku kościoła Santa Maria Sopra Olcio. Ten malowniczo usytuowany w górach kościół widać już na początku trasy, jeszcze w mieście. Pierwszy odcinek jest chyba najłatwiejszy bo dzieli się na mniej więcej równe odcinki pomiędzy kolejnymi stacjami drogi krzyżowej. Przy kościele zrobiliśmy sobie krótką przerwę i znaleźliśmy pierwsze źródełko pod jego murami a przy nim chochlę żeby nabrać wody. Po pokonaniu kolejnego odcinka trasy doszliśmy do niewielkiej kaplicy na polanie, zaraz obok było skupisko domków letniskowych, tym razem wszystkie wyglądały na zamieszkałe, przy jednym pasły się nawet osiołki. Dojście tam nie było męczące, szliśmy na przemian pod górkę i trochę z górki. Przed kaplicą na rzeczce był mały wodospad, najpierw zeszłam trochę w dół żeby go sobie sfotografować a dopiero później poszliśmy obejrzeć kaplicę. Tak jak poprzednio była zamknięta ale tym razem dlatego, że w środku ktoś miał zostawione swoje rzeczy. Zanim poszliśmy dalej uzupełniliśmy sobie jeszcze zapas wody ze skalnego źródełka z chochlą na łańcuchu.

Dalsza trasa była już męcząca, ciągle pod górkę a ścieżka była gęsto pokryta kasztanami, większość z nich była ciągle w łupinach odstraszających swoimi kolcami. Przy kolejnych zabudowaniach na tabliczkach wskazujących trasę do schroniska Bietti był dopisek, że „to nieprawda”, przy określeniu czasu przejścia 1,5h, w przypływie naiwności myślałam że dopisek oznacza krótszy czas niż wpisany 😛 pamiętałam z poprzedniej wycieczki, że dojście do schroniska było męczące ale to jak bardzo przypominałam sobie etapami. Dalej mieliśmy przejście przez las, kolejne strome podejścia po skałach a po dwóch godzinach od przekłamanego szlakowskazu widać było już schronisko, gdzie dalsza trasa pod górkę była dodatkowo denerwująca bo niby tak blisko a jednak daleko 😛 ja miałam już dość, ciążył mi nawet aparat fotograficzny na szyi do tego stopnia, że ostatecznie go zdjęłam i niemal ciągnęłam za sobą. Marcin do schroniska dotarł wcześniej tak więc jak i ja się tam doczołgałam to na stoliku czekały już dwie puszki coli. Myślałam, że na dalszą drogę już nikt mnie nie namówi, ale po zjedzeniu kanapek, drożdżówek upieczonych nam na drogę przez Kasię i uzupełnieniu cukru w organizmie uznaliśmy, że jednak pójdziemy.

Do wyboru mieliśmy dwie trasy, wybraliśmy wariant wyglądający na łatwiejszy oznaczony numerem 28, najpierw przez halę i kosodrzewiny przy jednakowym nachyleniu terenu a potem im bliżej byliśmy podstawy strzelistych skał tym ścieżka robiła się coraz bardziej stroma i meandrowała to w jedną to w drugą stronę. Bliżej skał zaczęły się już łańcuchy a jak wreszcie się na nie wdrapaliśmy to dalsza trasa przebiegała już w pobliżu grani, w jednym miejscu miałam trochę problemów z wdrapaniem się na skałę przy moim wzroście. Minęliśmy też przy ścieżce jaskinię ubezpieczoną liną ale nie mieliśmy przy sobie kasków więc nie sprawdzaliśmy jak jest głęboka. Ze ścieżki 28 przy kolejnym rozwidleniu przeszliśmy na ścieżkę 25 i dalej wspięliśmy się żlebem do samego schroniska. Trasa tam była już denerwująca bo pod nogami mieliśmy stale osuwające się drobne kamyczki a ścieżka wiodąca nas cały czas zygzakiem pod górkę nie zawsze była widoczna. Ostatni odcinek to była śliska skała ubezpieczona łańcuchami. Gdy dotarliśmy do schroniska Brioschi widoki zrekompensowały nam wszystko choć troszkę przytłoczyła nas kaplica poświęcona pamięci osób, które zginęły wspinając się w tej okolicy i kolejne przytwierdzone do skał tablice upamiętniające wspinaczy. Przy samym schronisku widok wydał się Marcinowi bardzo znajomy 🙂 wszystko wyjaśniło się gdy spojrzał na umieszczoną nad nim kamerkę transmitującą w sieci internetowej obraz z Grigni Północnej. Schronisko było nieczynne ale kilku chłopaków prowadziło przy nim prace remontowe. Sam szczyt był tuż za schroniskiem, znajdował się na mim metalowy krzyż a przy ścieżce poniżej pasły się kozy, kawałek dalej dym i ogień buchał z dziwnego piecyka. Poszliśmy jeszcze na taras widokowy i wróciliśmy pod schronisko trochę odsapnąć. Słońce rzucało już złote promienie na okoliczne szczyty a kruki zrobiły nam pokaz podniebnych akrobacji. Pod schroniskiem siedzieliśmy do 18:00 po czym ruszyliśmy w dół. Miałam nadzieję, że do schroniska Bietti dojdziemy jeszcze zanim się ściemni ale Marcin nie był już takim optymistą.

Nie chciałam wracać tą samą drogą bo bałam się, że nie będę w stanie w jednym miejscu zejść po skałach więc szliśmy trasą 25, teraz już wiem, że nie był to wcale łatwiejszy wariant. Mijaliśmy po drodze spore jaskinie, na tyle duże, że można by sobie zrobić krzywdę wpadając w nie przez przypadek. Trasa miała sporo odcinków ubezpieczonych linkami i łańcuchami, schodziła też trochę w dół tak więc czekała nas potem i droga pod górkę aby dojść do szlaku 28. Co jakiś czas w oddali widzieliśmy zaciekawione naszą obecnością kozice. Jak doszliśmy do szlakowskazu od którego ścieżka szła już tylko w dół do Bietti zaczęło się już szybko ściemniać. Pierwszy odcinek w dół był ubezpieczony łańcuchami a potem szliśmy już tylko ścieżką zakosami w dół. Ścieżka niestety nikła nam w ciemnościach i pokryta była drobnymi kamykami. Latarki trochę rozświetliły nam mrok ale ze zmęczenia co jakiś czas zjeżdżałam po kamykach a jak nie udawało mi się złapać równowagi to „łapałam zająca” 🙂 Nie mieliśmy już też wody. Do schroniska Bietti dotarliśmy koło 20:00, na szczęście było nadal otwarte. Kupioną dużą butelkę wody wypiliśmy w momencie, zaopatrzyliśmy się jeszcze w colę i piwo. Cola była na dalszą drogę w ramach dopingu cukrowego 😛 a piwo zamierzałam wypić dopiero jak wrócimy do hostelu, Marcin natomiast planował swoje wypić jak tylko dotrzemy do schodów u podnóża kościoła Santa Marina Sopra Olcio, gdzie cywilizację będziemy mieli już na wyciągnięcie ręki. Ta chwila odpoczynku w schronisku wystarczyła żeby dopadły mnie pierwsze zakwasy. Zazwyczaj Marcin marudził przy schodzeniu z gór, tym razem przeszło na mnie, w zasadzie to pierwszy raz miałam takie problemy z zejściem, kolana kompletnie odmówiły mi posłuszeństwa, co jakiś czas traciłam też równowagę na kamieniach, które w nocy pod nogami brały się praktycznie znikąd, ktoś mi je chyba sypał pod nogi, a jak nie kamienie to kasztany 😛 i tak na zmianę 😛 O ile wywrotka na kamieniach kończyła się tylko jakimiś małymi otarciami na rękach o tyle na ostrych łupinach włoskich kasztanów kończyło się to wyrywaniem kolców ze skóry. Jeszcze zanim doszliśmy do kościoła Marcin przy kolejnym postoju przepakował część moich rzeczy do swojego plecaka a przy kościele zrobiliśmy sobie dłuższe posiedzenie na schodach rozpoczynających ostatni odcinek naszej trasy. W oddali widzieliśmy już miasto i jezioro Como a nad nami mnóstwo gwiazd na czystym niebie, widok rewelacyjny aż nie chciało się stamtąd iść. Marcin tak jak obiecał wypił swoją puszkę piwa a ja dopiłam resztę wody, którą nabraliśmy ze źródełka przy kapliczce.

Dalszą drogę odmierzały nam kolejne stacje drogi krzyżowej i tak doszliśmy do miasteczka a dalej do naszego hostelu. Przez ból kolan szłam co najmniej dziwnie a w hostelu byliśmy o godz. 0:30 14 października. Ja swojego piwa już nie wypiłam, wzięłam tylko gorący prysznic i padłam na łóżko. Marcin zrobił mi jeszcze ciepłej herbaty ale jej też już nie zdążyłam wypić bo zasnęłam. Rano przed powrotem do Bergamo planowaliśmy jeszcze zrobić jakiś mały trekking, zobaczyć wodospad, jaskinie … to tyle z planów 😛 ja rano nadal nie byłam w stanie chodzić, Marcina zresztą też dopadły zakwasy. Krokiem paralityków ruszyliśmy uliczkami w dół, później już jakąś ścieżką pamięci przez las, im bardziej było stromo tym wolniej nam szło. Kiedy doszliśmy do rzeki zrobiliśmy sobie dłuższy postój. Woda wydrążyła tam sobie drogę w skałach, w sumie ciekawe miejsce i jakby było cieplej to pewnie też zdjęłabym buty i przeszła się rzeką pod skałami na drugi koniec małej jaskini tak jak Marcin. Postoje robiliśmy sobie tego dnia dłuższe, najpierw nad rzeką, potem jak doszliśmy do zabudowań powyżej to kolejna przerwa była barze przy małym piwie. Dalej poszliśmy dopiero kiedy zaczynała się sjesta. Myśleliśmy, żeby do dworca dojechać już autobusem ale ostatecznie daliśmy radę dojść tam pieszo. Na dworcu kolejowym nie było automatów ani kasy, na szczęście zobaczyliśmy wreszcie kogoś z biletem, okazało się, że bilety można kupić w barze jakieś 100m od dworca kolejowego.

Po około godzinie byliśmy już w Bergamo. Nogi nadal bolały więc poszliśmy prosto do hostelu z małą tylko przerwą na fast-food. W planach mieliśmy potem wieczorny spacer po Bergamo ale jak łatwo się domyślić i te plany uległy korekcie. Do górnego miasta poszliśmy dopiero następnego dnia, planowaliśmy pokręcić się tam trochę przed odlotem ale skończyło się na tym, że ledwo przekroczyliśmy mury górnego miasta to zasiedliśmy na ławce przy placu zabaw. Chyba po jakiejś godzinie leniuchowania ruszyliśmy dalej w poszukiwaniu kolejnego miejsca na posiedzenie 😛 Szybko trafiliśmy na festyn dla dzieci organizowany przez tamtejszą Policję, ogólnie wszędzie sporo było tego dnia policji. Okazało się, że w Bergamo odbywa się szczyt G7. Jakoś nie lubimy tłumów ludzi więc znaleźliśmy sobie na uboczu jakąś miłą pizzerię, wzięliśmy po kawałku pizzy na wynos i ruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego.

Autobus na lotnisko był trochę opóźniony ale i tak mieliśmy sporo czasu do odlotu. Nasz wyjazd zakończył się o 16:35 15.10.2017r kiedy samolot oderwał się od płyty lotniska w Bergamo a z Krakowa odebrali nas Kasia z Piotrkiem za co serdecznie im dziękujemy 🙂

 

Bilet z lotniska pod dworzec kolejowy w Bergamo – 2.30 euro (10.2017)

Bilet kolejowy Bergamo – Lecco – Mandello del Lario – 4.80 euro (10.2017)

Nasze noclegi oba są na Bookingu:

Agriturismo Crotto Di Somana  – miejscowość Somana nad Mandello del Lario

Bed & Breakfast Il Danubio – Bergamo