... czyli podróże małe i duże ...

Balkan Trip 2015 – Zla i Dobra Kolata

Balkan Trip 2015 – Kosowo  (relacja z poprzedniego etapu wyprawy – zdobycie Djeravicy)

GPS: GPS Zla i Dobra Kolata

Czas na kolejny etap Bałkan Trip – zdobycie najwyższego szczytu Czarnogóry czyli Zla kolata 2534m n.p.m. Jako, że na wyciągnięcie ręki z przełęczy Ćafa Kolata mieliśmy drugi najwyższy szczyt Czarnogóry Dobra Kolata 2528m n.p.m. więc nie wypadało odejść nie stawiając na niej stopy 🙂 tym bardziej, że ilość szczytów do zdobycia musiała się zgadzać z pierwotnym planem. Oba szczyty leżą w Górach Przeklętych zwanych również Górami Północnoalbańskimi. Czarnogóra już na wiele lat przed tym wyjazdem urastała w mojej świadomości do miana Baśniowej Krainy. Jednego razu szwendając się po naszym Beskidzie zawędrowaliśmy z Marcinem na śniadanie do Chaty na Orłowej. Przy jednym ze stolików siedział starszy Pan z brodą i fajką, który parze młodych ludzi opowiadał o Czarnogórze, opowiadał tak malowniczo, a ja tak się zasłuchałam, że prawie wystygła mi jajecznica. Teraz my podpisujemy się pod każdym słowem starszego Pana z fajką. Dekadę później 10 czerwca 2015r przejechaliśmy autobusem z miejscowości Peć w Kosowie do Plav w Czarnogórze. Po drodze zaliczyliśmy półgodzinny postój w Stacji Diagnostycznej 🙂 przynajmniej dzięki temu z bliska obejrzeliśmy arsenał starych, wyeksploatowanych wozów strażackich na jej terenie no i zrobiliśmy ich zdjęcia dla naszej koleżanki Ani. Reszta trasy przebiegła bez zakłóceń. W Plav od razu przesiedliśmy się na busa do Gusinje. Na miejscu zatrzymaliśmy się w Hotelu Rosi, pierwszym na drodze od przystanku autobusowego. Może wystrój z dominującymi odcieniami różu nie był zachwycający ale na dole znajdował się sklep spożywczy a nam przed ruszeniem w trasę nie było potrzeba nic więcej jak łóżka i możliwości uzupełnienia zapasów. Hotel dysponował też restauracją ale my woleliśmy znaleźć sobie w miasteczku jakąś swojską miejscową knajpkę. Gusinje jest bardzo malutką i przytulną miejscowością. Po krótkiej przechadzce znaleźliśmy najpierw knajpkę z fasolką typu tavče gravče a później zasiedliśmy w innej przy herbatce słodzonej miodem.

Gusinje Gusinje Gusinje Gusinje Gusinje

Punkt startowy trekkingu znajdował się w miejscowości obok Vusanje, mogliśmy tam dojść na piechotkę, bo szlakowskazy znajdowały się już w Gusinje albo tak jak zrobiliśmy następnego dnia, podjechać za jakieś grosze taksówką. Kierowca wysadził nas tuż obok wodospadu na rzece Grla, który koniecznie chciał nam pokazać. Faktycznie wodospad był niesamowity a woda w rzece była krystalicznie czysta a nawet w pewnych momentach przypominała płynne szkło. Woda była też całkiem smaczna, więc nabraliśmy trochę na drogę. Przez Vusanje ruszyliśmy drogą asfaltową koło starego meczetu i maleńkiego sklepiku. Oznakowanie znaleźliśmy szybko na szlakowskazie. Dalej szliśmy już drogą gruntową pomiędzy ogrodzeniami z drewna i drutu, za ogrodzeniami widzieliśmy i konie i krowy. Im byliśmy wyżej tym widoki coraz bardziej zapierały dech w piersiach, zwłaszcza gdy patrzyliśmy na rozciągającą się pomiędzy górami dolinę.

Vusanje Vusanje wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla

wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla wodospad na rzece Grla

W pewnym momencie za sobą usłyszeliśmy dzwonki, okazało się, że nieśmiało lazło za nami całe stado krów. Nie wiedzieliśmy czy iść, czy zejść im z drogi, na szczęście były do nas całkiem przyjacielsko nastawione. Zatrzymały się przy rzeczce a my poszliśmy dalej. Dawno minęliśmy już ostatnie zabudowania, nie wyglądały nawet na zamieszkałe. Droga powoli zamieniała się w ścieżkę, na trasie co jakiś czas mijaliśmy oznakowanie trasy na kamieniach. Kluczyliśmy ścieżką po którejś z kolei łące kiedy z naprzeciwka konno jechał chłopak w wieku może około 11-12 lat, próbował nam coś wytłumaczyć ale przez barierę językową nie wiedzieliśmy o czym mówi. Na kolejnej łące, słychać było klekot, być może bociana ale nie mogłam go nigdzie namierzyć. Trasa szła nam bardzo wolno bo ciągle zachwycałam się jakimiś kwiatami, rosą zebraną na liściach, starymi, strasznymi drzewami, ślimakami, ptaszyskami.

na trasie na trasie na trasie na trasie na trasie

na trasie na trasie na trasie na trasie ktoś za nami chodzi :)

Właściwie to wszystko dookoła było niesamowite. Na kolejnej łące stały jakieś stare chaty pasterskie, w oddali słychać było piłę mechaniczną a na skraju lasu w czasie rzeczywistym ze świeżo pociętych desek rosła kolejna chata, ale samych budowniczych nie było nigdzie widać, tylko słychać. Gdzieś w oddali widać było na zboczach gór stada owiec. Ścieżka mimo zmiennego terenu była wyraźna, oznakowanie widoczne było na kamieniach i na drzewach, co jakiś czas drogę zagradzały nam spływające strumyki ale bardzo łatwe do przejścia. Ja nadal co chwilę wpadałam w zachwyt nad wszystkim. Nad łąkami i drzewami cały czas było widać Góry Przeklęte, do których z każdym krokiem się zbliżaliśmy. Łąki zależnie od kwiatów zmieniały swoje kolory, białe, żółte, soczyście zielone. Coraz bardziej poprzecinane były wyrastającymi z ziemi fragmentami skał, ażurowych głazów o dziwnej wypłukanej przez wodę strukturze, trzeba było iść po nich ostrożnie, żeby noga nie utknęła w jakimś wyżłobieniu. Doszliśmy w ten sposób do dolinki z niewielką łąką zwaną Ćafa Borit na wysokości ok. 1850m n.p.m. był tam też kolejny szlakowskaz. Planowaliśmy rozbić tu sobie obóz, szukaliśmy tylko źródełka wody, które wg informacji znalezionych w necie gdzieś powinno być.

na trasie ktoś za nami chodzi :) ktoś za nami chodzi :) na trasie na trasie

na trasie nasze koleżanki :) na trasie na trasie na trasie

na trasie na trasie na trasie na trasie na trasie

Niestety po drodze mijaliśmy wiele wyschniętych koryt strumieni tak więc i to pewnie wyschło. Łąka była naprawdę piękna i bardzo chcieliśmy tam zostać. W akcie desperacji postanowiliśmy topić wodę ze śniegu, który zalegał w żlebie na dalszej trasie ale ostatecznie po dłuższym czasie topienia go na herbatę uznaliśmy, że to jednak głupi pomysł i szkoda na to gazu, którego i tak nie mieliśmy zbyt wiele. Daliśmy za wygraną i wróciliśmy dwie łąki wcześniej, skąd już było jakieś 300m do strumyka a widok był równie piękny. Zaopatrzyliśmy się tam w wodę na zapas i zjedliśmy kolację. Może i zdobylibyśmy szczyt nie zatrzymując się i idąc cały czas do przodu ponieważ cała trasa w jedną stronę to raptem 12km ale po co, skoro dookoła tak pięknie. Następnego dnia po śniadaniu zostawiliśmy namiot, przez ażurowe głazy ruszyliśmy znowu do Ćafa Borit, dalej w poprzek przez ośnieżony żleb i w górę po skałach, później przełęczkami pomiędzy kolejnymi wzniesieniami.

Rumak :) na trasie Ćafa Borit tam musi być coś zakopane :) na trasie

Ćafa Borit na trasie na trasie Ćafa Borit Domek

Domek na trasie Domek Domek Wyspani ruszamy dalej :)

Trasa cały czas była dobrze oznaczona choć z powodu śniegu czasem trzeba było wytężyć wzrok. Przy jednej ze ścian znaleźliśmy częściowo przysypane śniegiem wejście do jaskini Ledena Pećina, z której czuć było niesamowicie chłodny powiew. Z czasem na którejś z prezentacji w Grawitacja Caffe w Bielsku-Białej nawet usłyszeliśmy inną jej nazwę ale nie powtórzę bo już zapomniałam 😛 Teren wokół był coraz bardziej skalisty. Kiedy dochodziliśmy do przełęczy Ćafa e Preslopit 2034m n.p.m. widzieliśmy, że do Zlej Kolaty zbliża się też ktoś od Albańskiej strony. Zatrzymaliśmy się na chwilę. Widać było już kocioł do którego zmierzaliśmy pod ścianą Zlej Kolaty, ściany od tej strony wydawały mi się tak strome, że nijak nie mogłam sobie wyobrazić jak dalej poprowadzi nas szlak. Z każdej strony nadciągały chmury, za drugim rzędem gór w tył od miejsca, gdzie na łące zostawiliśmy nasz namiot było widać jakieś błyskawice, trzeba było szybko się zbierać zanim i do nas dotrze deszcz. Pognaliśmy w górę a pod ścianą Kolaty szlak trawersował na kolejnych półkach skalnych to w jedną to w drugą stronę. Doszliśmy tak do ostatniej przełęczy pomiędzy obiema Kolatami tj. Ćafa Kolata 2430/2412m n.p.m. Chmury ciągle krążyły gdzieś wokół nas więc postanowiliśmy nie odpoczywać tylko ruszyć w górę coby zdążyć przed deszczem. Tu już w śniegu ciężko było znaleźć właściwą ścieżkę tak więc szliśmy przed siebie w górę, dalej mieliśmy już inne wizje, Marcin postanowił najszybszą drogą przez jakieś strome skałki dostać się na górę a ja wybrałam po większym łuku ale za to łagodniejszą trasę. Koniec końców stanęliśmy na szczycie Zla Kolata 2534m n.p.m. Nie było tam żadnego charakterystycznego oznaczenia na szczycie a szkoda.

śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :)

śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :)

śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :) śmigamy na szczyt :)

Chmury ciągle omijały Kolaty. Po zejściu ze Zlej postanowiliśmy wejść i na Dobrą Kolatę, trasa wydawała się o wiele prostsza i szybsza. Ruszyliśmy więc i na drugi najwyższy szczyt Czarnogóry. Okazało się, że nie ma tak łatwo, po wejściu na widziane z przełęczy wzniesienie nie ma szczytu tylko dalsza ścieżka wiodąca granią. Wokół niesamowite widoki, ściany na kilkadziesiąt metrów w dół i kolejne strzeliste skały. Trochę czasu minęło zanim doszliśmy ścieżką do końca. Ostatecznie zdobyliśmy również Dobrą Kolatę 2528m n.p.m. Tutaj też nie było żadnego oznaczenia na najwyższym punkcie. Pogoda nadal nam sprzyjała a chmury omijały nas wielkim łukiem. W oddali chyba już z każdej strony widzieliśmy ścianę deszczu. Naszego szczęścia do pogody nie zamierzaliśmy wystawiać na próbę i zabraliśmy się czym prędzej za schodzenie. Schodząc po skalnych głazach Marcin w pewnym momencie zatrzymał się w bezruchu. Przed nim w panice próbowała ruszyć się i uciec pomiędzy kamienie wygrzewający się na nich żmija. Zanim wyjęłam aparat udało się jej schować a szkoda bo miałabym ciekawe zdjęcie. Po własnych śladach ruszyliśmy dalej w dół. Jak zawsze powrót był dużo szybszy. Dotarliśmy do namiotu a Marcin poszedł do strumyka nabrać wody. Zdążył tylko wrócić i lunęło deszczem. Padało praktycznie do rana ale namiot wytrzymał. Następnego dnia zjedliśmy śniadanie, osuszyliśmy trochę namiot i  zabraliśmy się za zwijanie obozowiska.

Na jednym ze szczytów :) gdzieś między Kolatami :) gdzieś między Kolatami :) gdzieś między Kolatami :) Na jednym ze szczytów :)

Gdzieś na trasie :) Gdzieś na trasie :)

Wracając w Vusanje w sklepiku kupiliśmy sobie coś zimnego do pica a pod wodospadem zaczekaliśmy na kierowcę, z którym byliśmy umówieni na telefon, nie pamiętam czy zawiózł nas do Gusinje czy od razu do Plav, dalej pojechaliśmy do Podgoricy, stolicy Czarnogóry. Następnego dnia mieliśmy pojechać busem do Foca w Bośni i Hercegowinie, ale trzeba było jeszcze zdobyć flagę Czarnogóry i wysłać kartki. Pocztę znaleźliśmy bez problemu i pocztówki poszły. Z flagą był mały problem bo nigdzie nie można było żadnej znaleźć.

Miłe Panie na poczcie jednak zadzwoniły do drugiej placówki w mieście i radośnie oznajmiły, że flaga zarezerwowana i czeka. Zapytane jak tam dojść odpowiedziały „Prawo”. Tu już nie daliśmy się zrobić w konia tak jak w Bułgarii na kiwanie głową 😛 Gdzieś nam zaświtało, że chyba Grześ opowiadał nam jak w Serbii nie dogadał się z kierowcą z kierunkami bo uparcie mówił, że chce jechać w prawo a kierowca równie uparcie jechał prosto. Ten sam schemat, tu też prawo znaczyło prosto. Po wyjściu z poczty poszliśmy przed siebie i po 15 minutach znaleźliśmy większą już placówkę poczty. Flaga faktycznie czekała, nie sądziliśmy jednak, że będzie tak duża. Mimo rozmiarów wzięliśmy ją do kompletu i ruszyliśmy coś zjeść. Następnego dnia jak było zaplanowane pojechaliśmy do Bośni i Hercegowiny.

Ciąg dalszy : Balkan Trip 2015 – Maglić (kliknij link)

Praktyczne Porady:

W zakresie połączeń autobusowych pomiędzy poszczególnymi krajami lub miastami na Bałkanach warto posiłkować się stroną https://www.balkanviator.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.