... czyli podróże małe i duże ...

Balkan Trip 2015 – Musała

                                                    … czyli Bułgaria z przystankiem we Włoszech

Musała 2925m n.p.m

GPS: GPS Musała

Na początek o samym projekcie Bałkan Trip 🙂 Skąd się wziął pomysł to już trzeba zapytać Marcina 😛 w każdym razie w ciągu trzech tygodni zamierzaliśmy zdobyć 6 najwyższych szczytów w kilku krajach bałkańskich. W planach mieliśmy Bułgarię, Macedonię, Kosovo, Czarnogórę, Bośnię i Hercegowinę oraz Serbię. Pod koniec trekkingu niestety morale i determinacja spadły do tego zaczynało brakować czasu więc odpuściliśmy Serbię ale szczytów i tak zdobyliśmy 6.

Trekking rozpoczynaliśmy od Bułgarii i jej najwyższego szczytu Musała 2925m n.p.m. Lot do Sofii mieliśmy z krótkim jednodniowym postojem w Bergamo. Jako że Bergamo już znaliśmy, postój postanowiliśmy wykorzystać na zwiedzenie Mediolanu. Byliśmy na miejscu 30 maja 2015r. Przed południem, bagaże zostawiliśmy w przechowalni i pociągiem ruszyliśmy do Mediolanu. Jakoś nie przypadło nam to miasto do gustu, prawdopodobnie przez Expo 2015 i tłumy ludzi. Udało się nam zobaczyć tylko Katedrę Duomo czyli Katedrę Narodzin św. Marii w Mediolanie. Jest to jedna z najbardziej znanych budowli we Włoszech, piękna gotycka katedra, której budowa rozpoczęła się w 1386r. Katedra wyświęcona została w 1572r a z ciekawostek można jeszcze dodać, że w 1805r został w niej koronowany na Króla Włoch Napoleon. Na jej podziwianie mieliśmy sporo czasu stojąc w kolejce po bilet wstępu na dach 😛 Jakoś nie przyszło nam do głowy żeby wcześniej internetowo zarezerwować sobie wejście. Ostatecznie uznaliśmy, że w kolejną kolejkę po bilety na obejrzenie „Ostatniej Wieczerzy” Da Vinciego nikt nas już nie namówi. Po obejrzeniu wnętrza Katedry szybko znaleźliśmy schody na dach. Niestety ciągle towarzyszyły nam tłumy ludzi. Nawet na dachu nie zostaliśmy długo, odsapnęliśmy tylko i uciekliśmy z powrotem do Bergamo. Tam już odebraliśmy klucze od Hostelu i cieszyliśmy się spokojem przez resztę wieczoru.

[M] Bożenka pominęła jeszcze mozaikę z Bykiem Turyńskim gdzie legenda głosi, iż stanięcie na jego genitaliach i trzykrotny obrót w tym miejscu na pięcie o 360 stopni gwarantują szczęście na całe życie. 🙂

    Dworzec Mediolan Dworzec Mediolan Ulice Mediolanu Pomnik Leonarda da Vinci na Piazza della Scala Byk Turyński w Gallerii Vittorio Emanuele II

    Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano

    Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano Duomo St. Maria Nascente di Milano

    Ulice Mediolanu Przed dworcem kolejowym Bergamo

Następnego dnia mieliśmy lot do Sofii. Dolecieliśmy bez najmniejszych problemów. Pomiędzy terminalem 2 na którym wylądowaliśmy a Terminalem 1, gdzie znajduje się stacja metra przejechaliśmy darmowym Shuttle Busem a potem metrem do stacji przy Stadionie. Do zarezerwowanego Hostelu mieliśmy może z 15 minut drogi. Trwał tam mały awaryjny remont łazienki więc żeby nie przeszkadzać zostawiliśmy tylko rzeczy i poszliśmy zwiedzać miasto. Wcześniej dziewczyna z Hostelu wyjaśniła nam gdzie w pobliżu znajdziemy bank i inne ciekawe miejsca. Bank zostawiliśmy sobie na później, najważniejsze było znalezienie Intersportu lub innego sklepu, w którym można by kupić kartusze z gazem. W pobliskim parku było Wifi więc znaleźliśmy w pobliżu adres Decathlonu, niestety na miejscu okazało się, że jest to biurowiec tej firmy a nie sklep. Wracając zahaczyliśmy jeszcze o centrum handlowe, gdzie miał być sklep Intersportu 🙂 sklep był ale gazu niestety w asortymencie nie miał. W galerii weszliśmy jeszcze do supermarketu. Okazało się, że z nieznanych nikomu przyczyn ani ja ani Marcin nie mogliśmy zapłacić za zakupy kartą, dobrze, że blisko był bankomat i tam już karty działały. Jak wracaliśmy do Hostelu a w zasadzie mieszkania, które taką rolę pełniło, było już całkiem ciemno. Zrobiliśmy sobie co nieco do jedzenia, popiliśmy dobrym miejscowym piwkiem i poszliśmy spać. Dopiero następnego dnia zorientowaliśmy się, że w pokoju obok mieliśmy dokwaterowanego lokatora. Rano zamieniliśmy parę słów z dokwaterowanym Czechem i po kawie wyszliśmy szukać banku. Miał być czynny od 8:30 i na szczęście tak było. Bank nie był dużą placówką a jednak wchodząc przechodziło się przez bramkę wykrywającą metal, potem strażnik otwierał drzwi zamykane na elektromagnes. Przy okienku najpierw Marcin zapytał kasjerki czy moglibyśmy wymienić euro, Pani jednak pokręciła przecząco głową i coś tam pod nosem jeszcze powiedziała. Marcin już ze zrezygnowaniem w głosie zapytał gdzie w takim razie możemy pieniądze wymienić a Pani zdziwiona odpowiedziała ładnie po angielsku, że przecież tutaj 😛 Wtedy sobie przypomnieliśmy, że w Bułgarii potwierdzająco kiwa się głową tak jak u nas zaprzeczając 😛 Odetchnęliśmy z ulgą i wymieniliśmy jakąś cześć pieniędzy. Po wymianie wróciliśmy do Hostelu na śniadanie, później spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy do metra aby dostać się w rejon Decathlonu. Miejsce, w którym wysiedliśmy wyglądało na dzielnicę biznesową, trochę się tam pokręciliśmy bo GPS robił nas w konia co do miejsca, w którym nasz sklep się znajduje ale ostatecznie doszliśmy do tego, że będzie on za węzłem drogowym, pytanie tylko, którą nitką drogi pójść żeby najprościej się tam dostać 😛 oczywiście wybraliśmy złą, doszliśmy do przebiegającej w poprzek trzypasmowej drogi szybkiego ruchu 😛 Zostało nam wrócić się i wybrać inną drogę albo przejść przez barierki. Wybraliśmy drugą opcję, musieliśmy wyglądać zabawnie biegnąc z tymi plecakami przez drogę szybkiego ruchu, przeskakując przez barierki a potem wspinając się niemalże na czworaka po stromej skarpie, tam to już musieliśmy wyglądać pod tymi plecakami jak żółwiki. Za skarpą widzieliśmy już Decathlon. Znaleźliśmy tam kartusze z gazem ale za pierwszym razem wybrałam jakiś zupełnie niepasujący do naszego Jetboila, dobrze że z wymianą nie było żadnego problemu. Zostało nam wrócić do metra i pojechać w rejon South Bus Station, skąd odjeżdżają autobusy do Samokova. Już nie pamiętam jak długo jechaliśmy.

    Metro Sofia Sofia :) Samokov Samokov Samokov

W Samokovie dworzec autobusowy znajduje się w samym centrum miasta. Niedaleko stoi meczet z białym zdobionym, przyciągającym uwagę minaretem a na środku niewielkiego placyku ujęcie wody pitnej w kształcie bajkowego grzyba. Na tyłach dworca znaleźliśmy świetną restauracyjkę 🙂 Jak u Mamy 🙂 Lokal praktycznie samoobsługowy, tacka i naczynia w rękę a kucharz nałoży co wybierzemy, później do kasy i dalej do stolików. Pyszny dwudaniowy obiadek zjedliśmy tam już po znalezieniu naszego zarezerwowanego wcześniej noclegu u Aleksa. Trafiliśmy tam łatwo nie tylko dzięki nawigacji ale też sama droga jest dobrze oznaczona, na słupie przy głównej drodze zawieszona jest tabliczka z określeniem kierunku i odległości.

    ... jak u mamy :) Coca - Cola Samokov Samokov Samokov

    Meczet Bajrakli Diamija Meczet Bajrakli Diamija Meczet Bajrakli Diamija Meczet Bajrakli Diamija Meczet Bajrakli Diamija

    Meczet Bajrakli Diamija Samokov Samokov Samokov

  Pomnik Borisa Hadjisotirovs Samokov

Następnego dnia planowaliśmy jechać od razu do miejscowości Borovec, skąd ruszał szlak na najwyższy szczyt Bułgarii więc resztę dnia postanowiliśmy poświęcić na zwiedzanie Samokova. Zaczęliśmy od meczetu ale niestety do środka nie dało się wejść, był pozamykany na 4 spusty i wyglądał na opuszczony. Jak na taką małą miejscowość znaleźliśmy tu nawet sporo pomników, w tym „Koziołka z Brązu”, który o dziwo w żadnym z miejsc nie miał wypolerowanego od pocierania miejsca 😛 my już wymyśliliśmy legendę co by można na szczęście potrzeć ale mogłoby się nie przyjąć 😛 Po spacerze w ścisłym centrum miasta zrobiliśmy jeszcze zakupy w supermarkecie Billa; z ciekawości sprawdziliśmy czy tam uda zapłacić się kartą płatniczą ale nadal żadna z naszych nie działała. Wieczorem jeszcze raz wyszliśmy poszwendać się po mieście i w miarę wcześnie poszliśmy spać. Następnego dnia śniadanie mieliśmy uzgodnione na godz. 8:00, wstaliśmy wcześniej, żeby się spakować i zaraz po śniadaniu pójść na dworzec autobusowy. Śniadanko było przepyszne były grzanki, konfitury, miód, miejscowy ser, kiełbaski, pomidory, papryka, oliwki, aż żal było stamtąd odchodzić bo obiad na pewno byłby rewelacyjny w tym miejscu 🙂

    Samokov Samokov Samokov Borovec Borovec

Na dworcu byliśmy przed 9:00, żeby zdążyć na drugi autobus jadący w kierunku Borovca. Borovec jest miejscowością nastawioną chyba wyłącznie na turystów, jak wysiedliśmy z autobusu od razu uderzył nas widok wielkich hoteli, wręcz molochów na tle zielonego pagórkowatego terenu. Chyba nie chciałabym tu przyjechać w sezonie narciarskim, bo pewnie oprócz tych molochów byłyby jeszcze tłumy turystów. Kolejka gondolowa niestety nie działała a specjalnie zaplanowaliśmy przyjazd na wtorek żeby ułatwić sobie trochę trasę na starcie. W jednym z małych sklepików kupiliśmy mapę, chleb i wodę potem wydostaliśmy się z rejonu domów wczasowych i powoli ruszyliśmy bardzo dobrze – przynajmniej na początku – oznaczonym szlakiem. Musała (2925m n.p.m.) jest najwyższym szczytem masywu Riła a zarazem najwyższym szczytem Bułgarii, Europy Wschodniej jak i całego Półwyspu Bałkańskiego 🙂 Tak więc na początek wybraliśmy sobie szczyt naj, naj, naj 🙂

    Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

    Wielkie pranie :) Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

Szło się całkiem przyjemnie, oznaczenia szlaku znajdowaliśmy na drzewach, na kamieniach narysowane były wyraźne strzałki, co jakiś czas szlakowskazy. Na trasie początkowo co około 3-4 km rozmieszczone były wiaty, w jednym z takich miejsc przy rzeczce zrobiliśmy sobie postój na kawę 🙂 Marcin to nawet poczuł się jak w domu bo jeszcze pranie przy okazji zrobił 😛 i suszył potem na plecaku 😛 Pogodę podczas całego wyjazdu mieliśmy idealną. Po dojściu do wyciągów narciarskich postanowiliśmy pójść trasą alternatywną po tej samej stronie rzeki co wyciągi. Szybko wybór trasy uznałam za błędny bo prawie do samego schroniska na 2398m n.p.m. szliśmy mokradłami. Nienawidzę błota więc kombinowałam jakby tu wszystko ominąć i tak omijałam, że w jednym miejscu wciągnęło mi kijki w grzęzawisko do połowy a i buty też zaczęło mi zasysać więc trzeba było wrócić i szukać innego przejścia. Ta alternatywa trasy była dość męcząca, przemokły mi też trochę buty ale widoki po drodze były przecudne i te poletka fioletowych krokusów między kosodrzewinami ciągnące się aż po horyzont 🙂 Nigdy ich aż tylu nie widziałam 🙂 Jak zbliżaliśmy się do schroniska to dla urozmaicenia pojawił się jeszcze śnieg. Schronisko było częściowo pootwierane, pod zadaszeniem stały agregaty, przed budynkiem unosił się jeszcze dym z niedawno zagaszonego ogniska ale wokół ani żywej duszy. Obok starego schroniska stało drugie w trakcie budowy, tam też pełno sprzętu na zewnątrz a robotników nigdzie nie było widać. Poniżej była równie opuszczona budowa jakiegoś niewielkiego domu. Nie było kogo zapytać o pozwolenie więc samowolnie rozbiliśmy namiot niedaleko niewielkiego stawu 🙂 Było coś koło 17:00 więc nie porywaliśmy się na pójście dalej w górę, atak szczytowy zostawiliśmy sobie na następny dzień 🙂 tym bardziej, że na dalszej trasie czekały nas już tylko śnieżno-zimowe plenery. Na kolację zrobiliśmy sobie ucztę z zupkami chińskimi i konserwami w roli głównej, chlebek do tego też smakował wybornie 🙂

    Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

    Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

W miarę jak słońce chowało się za górami temperatura w namiocie zaczęła drastycznie spadać. Zanim zasnęliśmy było słychać jeszcze jakieś głosy po drugiej stronie jeziora milknące później w oddali, ktoś pewnie schodził z góry ale nawet nie wyglądnęliśmy sprawdzić. Rano zaraz po szybkim śniadaniu ruszyliśmy w górę. Najpierw przez stawek, następnie spływającą z góry między kamieniami wodę i dalej już prawie cały czas po śniegu. Początkowo szlak wiódł stromo pod górkę, potem dał odetchnąć bo zeszliśmy do niewielkiej dolinki. Staraliśmy się ją pokonać dosyć szybko bo rankiem była jeszcze w dużej części zacieniona a co za tym idzie chłód tam odczuliśmy bardziej niż na początku trasy. Jeziorko mijane po drodze było całkowicie zamarznięte. Dalej znowu mieliśmy trochę pod górkę i doszliśmy do drugiego schroniska. To było całkowicie pozamykane, przysypane śniegiem i działało pewnie tylko w pełni sezonu. Ławeczka przed mini schroniskiem była w pełnym słoneczku więc troszkę tam odsapnęliśmy.

    Trasa na Musałę Stare schronisko pod Musałą Nasz domek :) i widok z domku :) Nowe schronisko

Przed oczami mieliśmy już szczyt Musały i widzieliśmy zabudowania stacji meteorologicznej. Przed nami ciągle był jeszcze kawał drogi bo żeby tam dojść trasa wiodła jeszcze po sporym łuku od prawej strony widocznej na wprost ściany. Znowu szliśmy ostro pod górkę tak jak wiódł rząd jakichś wysokich żółto-czarnych słupków, po śniegu, po kamolach, znowu po śniegu i tak do samego szczytu. Zbocze po drugiej stronie góry nie było już tak ośnieżone ale sam szczyt i stacja meteorologiczna były porządnie przysypane. Zadowoleni z siebie usiedliśmy sobie na ławce przed budynkiem. Jakiś pracownik zapraszał nas nawet do środka na herbatę ale nie chcieliśmy się narzucać. Nacieszyliśmy oczy widokami i zaczęliśmy schodzić w dół. Niedaleko zamkniętego mniejszego schroniska zaczęli nas mijać pierwsi turyści idących w górę. Słoneczko było coraz wyżej co dało się odczuć przez topniejący śnieg pod nogami po którym szło się coraz gorzej. Schroniska i budowy przy naszym namiocie nadal były puste gdy zeszliśmy.

    Piramida Musały nocą Zaczynamy atak szczytowy :) Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

    Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę

    Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Trasa na Musałę Musała zdobyta :)

    Musała zdobyta :) Na szczycie Na szczycie Schodzimy :)

Ścieżką niedaleko nas ciągnęli w górę kolejni ludzie więc to był znak, że czas się pakować i uciekać od tych tłumów. Tym razem nie zamierzałam iść błotną trasą, którą szliśmy dzień wcześniej. Wybraliśmy drogę w dół po przeciwnym brzegu rzeki, trzeba tam się było jednak najpierw dostać, na szczęście w poprzek rzeki ktoś przerzucił jakieś metalowe szyny i to już wystarczyło żeby suchą stopą przejść się na drugą stronę. Ścieżka po tamtej stronie poprowadzona była pomiędzy kosodrzewinami. To jak się okazało też nie był dobry wybór 😛 Może i na początku było bardziej sucho ale całą trasę musieliśmy przedzierać się między kosodrzewinami, byliśmy podrapani, w kapturach kurtek i za koszulami mieliśmy pełno suchych igieł, które sypały się na nas razem z kurzem przez cały czas bo idąc nie sposób było nie zahaczać o kolejne gałęzie. Ostatecznie to nawet ta trasa nie była całkiem sucha, pod jej koniec ścieżka wyżłobiona pomiędzy korzeniami kosodrzewiny zamieniła się w rzeczkę i nie dało się nigdzie uciec bo wszędzie dookoła były gęste krzaki, czasem nawet wyższe niż ja 😛 Koniec końców udało nam się z tego labiryntu wydostać. Potem było wytrzepywanie wszystkiego z igieł i kurzu i można było iść dalej w dół coraz szerszą dróżką. Powrót do Sofii był już błyskawiczny. Do 15 min po tym jak zeszliśmy do centrum Borovca podjechał autobus. W Samokovie zdążyliśmy tylko kupić w budce jakieś placki przypominające pizzerinki i już mieliśmy autobus do Sofii.

    Żabka :) ... po szynach przez rzekę ... brama do kosodrzewinowej dżungli :) ... wodny szlak :) ... i już sucho do Boroveca :)

Wysiedliśmy na tym samym dworcu, z którego wyjeżdżaliśmy, tam już kawałeczek metrem i byliśmy przy głównym dworcu autobusowym. W tym ferworze połączeń komunikacyjnych byłam przekonana, że do 2 godzin wsiadamy w kolejny autobus i mkniemy do Macedonii 😛 ale Marcin ostudził mój zapał i słusznie uznał, że bilety kupimy na przejazd następnego dnia. Najpierw znaleźliśmy biuro przewoźnika międzynarodowego w jednym z ciągów budek wokół stanowisk autobusowych i kupiliśmy bilety na następny dzień a potem korzystając z Wi-Fi w rejonie dworca zarezerwowaliśmy w pobliżu hostel. GPS nas doprowadził na miejsce bez problemu tylko Pani w Hostelu była zdziwiona naszym widokiem i tłumaczeniem że rezerwacja, że internet, że Booking 😛 mimo zaskoczenia zaproponowała nam trochę inny pokój niż zarezerwowany, bo tamten pewnie już ktoś zajął. Na wieczór wyszliśmy tylko po zakupy na dalszą drogę i nazajutrz przed południem ruszyliśmy podbić następny z bałkańskich krajów i zdobyć kolejny najwyższy szczyt. Jeśli chodzi o trasę autobusem to zapamiętaliśmy dobrze jej ostatni odcinek 😛 i nie był on wcale w Skopje 😛 trasę zakończyliśmy na jakieś pół godziny przed dotarciem do celu, kierowca się zapętlił, jechał w kierunku Skopje, z niewiadomych powodów zawracał, jechał jakiś kawałek, znowu zawracał i znowu jechaliśmy we właściwym kierunku i tak w kółko. Pomagał mu przy tym potem jeden z pasażerów, przejął kierownicę, jeździł w kółko a nasz kierowca majstrował coś z tyłu autobusu. Dowiedzieliśmy się, że skrzynia biegów mu się zacięła albo co insze i dalej to już nie pojedziemy. Ostatecznie wszystkich nas wysadził i złapał nam busa do stolicy Macedonii. Wcisnęliśmy się do środka i tak poukładani jak sardynki w puszce z wielkimi plecakami na kolanach dotarliśmy na dworzec autobusowy w Skopje 🙂 ale to już kolejna opowieść 🙂

Ciąg dalszy : Balkan Trip 2015 – Korab (kliknij link)

Praktyczne Porady:

(ceny aktualne w czerwcu 2015r)

Na lotnisku pomiędzy terminalami kursuje darmowy Shuttle Bus a przy Terminalu 1 znajduje się stacja metra

Walutę wymienialiśmy w banku przy kursie 1Euro = 1,94 lev

Bilet na metro kosztuje 1 lev

Bilet z Sofii do Samokova 6 lev

W zakresie połączeń autobusowych pomiędzy poszczególnymi krajami lub miastami na Bałkanach warto posiłkować się stroną https://www.balkanviator.com

Nocleg u Aleksa w miejscowości Samokov – 35 lev za pokój ze śniadaniem dla dwóch osób

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.