... czyli podróże małe i duże ...

Wokół Annapurny 2012

                                                                    … czyli na dachu świata

Nepal

Na starcie wielkie podziękowania dla Uli i Bożeny za możliwość wykorzystania ich zdjęć 🙂

Do momentu aż Bożena (koleżanka poznana w styczniu 2011r na kursie zimowej turystyki wysokogórskiej) nie zaproponowała wypadu do Nepalu i trekingu wokół Annapurny nawet nie śmieliśmy marzyć o Himalajach. Z jednej strony lekkie niedowierzanie, że w Himalaje można tak po prostu pojechać ale za to z drugiej strony wszelkie wątpliwości rozwiało spotkanie z Sergiem i Anią, którzy ten treking mają już za sobą. Pokaz slajdów zdjęć autorstwa Sergia przekonał nas ostatecznie 🙂 Sprawami organizacyjnymi zajęła się Bożena, za co należą się jej podziękowania bo wszystko dopięła na ostatni guzik, podczas gdy ja, Marcin i Ula, którą poznaliśmy przed wyjazdem, na spotkaniach typowo organizacyjnych przed wyjazdem, zamiast planowaniem zajmowaliśmy się gadaniem o „dupie Maryni” 😛 Bożena za to ułożyła cały plan trasy trekkingu wokół Annapurny i do Annapurna Base Camp uwzględniając fakt, iż urlop Uli będzie krótszy niż nasz i wcześniej opuści Nepal. Jeśli chodzi zaś o realizację planu to w trakcie trekingu nie raz był upgrade-owany 🙂

  Borsuk w całej okazałości (fot. Bożena Grabarczyk) Pan Borsuk (fot. Bożena Grabarczyk)

  Żeby nie było bezstresowo to lot, na który pierwotnie kupiliśmy bilety został odwołany i trzeba się było nagimnastykować, żeby odzyskać pieniądze i znaleźć nowe bilety 🙂 ale jako że mamy szczęście to skończyło się tylko na lekkim stresie 🙂 Bożena bardzo szybko zarezerwowała nowe bilety i już byliśmy spokojni 🙂 Nasza przygoda miała rozpocząć się na lotnisku w Pradze 🙂 Dla mnie i Marcina miały to być do tego pierwsze loty samolotem 🙂

[M] Bożenka trochę uogólnia, gdyż nie można powiedzieć, że „gadanie o pewnej części panny Maryni” jest zabawą z przesympatycznym psem Borsukiem. 🙂 A co do Nepalu z racji tego, iż jestem dość duży i ciężki ważyłem 122 kg uznałem, iż czas na dietę i tym sposobem przed wyjazdem ważyłem mniej więcej 112 kg czyli czułem się jak młody bóbr. 🙂 Zwarty i gotowy do obsługi plecaka ważącego 20 kg. 😛 Co do gimnastyki z biletem z tym było trochę jaj bo gdy Bożena II poinformowała nas, iż wspaniały Aerosvit (czy jak mu tam było btw już nie istnieje) odwołał nasze loty, postanowiłem coś zorientować się na stronie tej firmy. Czat wyglądał jak bym rozmawiał z bootem używającym google translatora. Lekko zawiedzeni podążyliśmy z Bożenką na Szyndzielnie (taki szczyt niedaleko Bielska Białej) i wypatrywaliśmy meteorytów (akurat był czas perseidów) celem wykorzystania spełniającego się życzenia. Parę meteorytów spadło i życzenie się spełniło, Bożenka II zadzwoniła, że kasa wróciła a tylko bilet mamy droższy i z Pragi. Mordka mi się bardzo ucieszyła, bo do czynienia z taką sytuacją miałem pierwszy raz w życiu , nigdy wcześniej nie latałem, a samo latanie przedstawione przez znajomych kojarzyło mi się z „piekłem i szatanami” (strach ma wielkie oczy). Ogólnie za organizację Bożena II ma +100 do zajebistości, bo ja praktycznie cały czas trollowałem 🙂

No i nadeszła wiekopomna chwila 🙂 27 października 2012r umówiliśmy się u nas w Pszczynie 🙂 w ilości sztuk 5, My rzecz jasna, Bożena i Ula ze Sławkiem 🙂 wspólnymi siłami i rękami Bożeny zrobiliśmy sobie odprawę internetową przed odlotem a rano Sławek dzielnie zawiózł nas na lotnisko w Pradze, gdzie 28 października zaczynała się nasza podróż 🙂 najpierw 6-cio godzinny lot Praga – Dubai 🙂 tam trochę tułaczki i 29 października 2012r 4-ro godzinny lot Dubai – Delhi i 30 października 2012r półtorej godzinny przelot z Delhi do Kathmandu już liniami Air India a nie jak wcześniejsze dwa loty, które odbyliśmy liniami Emirates. Obu przewoźników bardzo serdecznie polecamy 🙂

   Dubaj lotnisko (fot. Bożena Grabarczyk) Delhi lotnisko

[M] Trzeba trochę wspomnieć o lotniskach: lotnisko w Dubaju (same terminale) jest tak duże jak by zadaszyć Bielsko – Białą, nie sposób tego przejść w jeden dzień, rozbawiła mnie sytuacja w toaletach, gdzie „oficer ubikacyjny” najpierw pytał co chce się zrobić a później rozdzielał, gdzie kto ma iść 🙂 za to w Delhi na lotnisku są wszędzie wykładziny dywanowe co po dłuższym czasie nudzenia się wykorzystałem i zrobiłem kilka przewrotów do przodu, czym wzbudziliśmy zainteresowanie i dużo szybciej nas odprawili:) Lotnisko w Kathmandu kojarzyło mi się z jakąś republiką bananową, w autobusie snułem wizję urzędników ubranych w mundury a la Morgan Freeman w filmie Red, ewentualnie z epoletami jak Napoleon, ale się zawiodłem wszystko było normalne.

Po wylądowaniu w Kathmandu pierwsze zaskoczenie to autobus jaki czekał na nas po opuszczeniu samolotu 🙂 tak bardziej w sumie pasowałby do krajobrazu złomowiska bo brakowało w nim chyba wszystkich szyb 😛 Samo lotnisko w pierwszej chwili wydało się nam malutkie. Zaraz po wejściu na nie dostaliśmy do wypełnienia wnioski o wizę i po podejściu do obsługi i jej opłaceniu chyba w kwocie 40 USD wklejono nam ładny druczek do paszportu ważny przez 30 dni 🙂 Po opuszczeniu lotniska zaczęła się wojna o nas pomiędzy taksówkarzami 🙂 jeśli chodzi o samochody to tak raczej w przeważa marka TATA, dużo samochodzików Suzuki Maruti i jakieś dziwne busiki, ale na samochodach to ja się nie znam 😛

   Ulice Kathmandu Ulice Kathmandu Szkoła średnia, Kathmandu Nasz bus

Myśleliśmy, że kierowca zamierza nas zabić, do tego ruch lewostronny i kompletnie żadne zasady na drodze nie obowiązują. Oczywiście trafiliśmy pod zaprzyjaźniony z taksówkarzem hotel. Cena na pierwszy rzut oka wydawała się nam rozsądna bo było to jakieś 20 USD od osoby ale wydało się nam tak tylko dlatego, że nie mieliśmy jeszcze porównania. Właściciel hotelu chciał wyręczyć nas niemalże we wszystkim począwszy od załatwienia Permitów i Tims-ów na wymianie waluty kończąc, oczywiście zrobić chciał to niby bezinteresownie a jednak z zyskiem dla siebie. Na wymianę waluty ostatecznie się nie zdecydowaliśmy, a z wymaganych dokumentów załatwiliśmy u niego jedynie Permit uprawniający do wejścia na teren Parku Annapurna Conservation Area ponieważ karty TIMS (Trekker’s Information Management System) miał tylko uprawniające do wejścia na teren Parku z przewodnikiem a nie indywidualnie.

[M] Piekielność pana dodatkowo polegała na tym, iż sugerował nam żeby brać TIMS`a tańszego czyli niebieskiego (tego z przewodnikiem), gdybyśmy tak zrobili na starcie zaliczylibyśmy „zonka” i pewnie dodatkowe opłaty, ogólnie w stolicach wszędzie ludzie są upierdliwi.

Po podaniu danych i zapłaceniu za usługę w dolarach udaliśmy się na małą wycieczkę krajoznawczą. Już od samego przejazdu taksówką we znaki dał się nam okrutny hałas trąbiących cały czas samochodów i wszechobecny pył. Po wyglądzie budynków ciężko się było czasem zorientować czy są one budowane czy jednak wyburzane :p Hałas trąbiących samochodów i skuterów nie opuszczał nas ani na chwilę, co chwilę ktoś na nas trąbił a my zsuwaliśmy się z uliczki żeby można było nas minąć. Po 30 minutach mieliśmy już dość i nie wiedzieliśmy co tu w ogóle robimy, na szczęście znaleźliśmy malutki placyk z małym kompleksem świątynnym 🙂 i tam ogarnęła nas co prawda względna ale prawie cisza 🙂 trochę musieliśmy odpocząć od zgiełku i nabrać ochoty do zmierzenia się z dalszą drogą przez to miasto. Nawigując się z małej mapki otrzymanej gdzieś na ulicy dotarliśmy do urzędu wydającego Permity i TIMSy, gdzie po wypełnieniu kilku formalności otrzymaliśmy bez niczyjej pomocy TIMS’y w kolorze zielonym (Registration Card for Indyvidual Trekkers). Jako cel wpisaliśmy od razu treking wokół Annapurny i treking do Annapurna Base Campu tj. Sanktuarium Annapurny 🙂 Już w trasie zarówno TIMS jak i Permit były wielokrotnie sprawdzane w punktach kontrolnych. Zadowoleni z siebie znaleźliśmy jeszcze bank, gdzie wymieniliśmy dolary na rupie nepalskie oraz znaleźliśmy niewielką agencję turystyczną, gdzie załatwiliśmy sobie bilety na autobus z Kathmandu do Besisahar 🙂

[M] Nepal wydaje się bardzo spokojnym krajem, ale np. banki wyglądające jak nasze agencje bankowe mają po 3-4 ochroniarzy (dwóch na zewnątrz, dwóch wewnątrz), co daje trochę do myślenia. Duży bank w Pokharze wyglądał jak jednostka wojskowa (na murach druty kolczaste).

Po powrocie do hotelu gotowe były nasze Permity 😛 tyle że każdy Permit miał doklejoną fotografię niewłaściwej osoby i tak Marcinem została Bożena albo Bożeną Marcin, było to całkiem zabawne ale ostatecznie pozamienialiśmy się zdjęciami żeby wszystko grało 🙂 W pierwszej kolejności postanowiliśmy zrobić trekking wokół Annapurny. Taksówkę na rano zamówił nam oczywiście właściciel naszego hotelu i tak malutkim Suzuki Maruti dotarliśmy rano 31 października 2012r na dworzec autobusowy. W pierwszej chwili miejsce gdzie Bożena poszła odebrać na dworcu nasze bilety zrobiło na mnie wrażenie małej blaszanej budki z zakładami bukmacherskimi. Bilet otrzymaliśmy a nasz autobus mieliśmy znaleźć i rozpoznać po numerach rejestracyjnych 😛 właśnie 😛 a numery te na przedniej tablicy były zapisane cyframi a w zasadzie znakami w języku nepalskim oznaczającymi cyfry 😛 jakie nie wiem 😛 dobrze że z tyłu na tablicach były jednak dodatkowo napisane numery rejestracyjne cyframi europejskimi 🙂 Jeśli chodzi o autobusy to były one kolorowe i ładniusie a w oczekiwaniu na odjazd podszedł do nas jakiś starszy mężczyzna i w zamian za datek posypał głowę Marcina kwiatami i zrobił mu ładną czerwoną kropkę na czole 🙂 Sama podróż autobusem trwała 8 godzin a jeśli chodzi o drogi to jeszcze były na tej trasie 🙂 Jeśli chodzi o sam wyjazd z Kathmandu był on obstawiony wieloma zaporami i patrolami miejscowej policji, nam z racji tego, że większość pasażerów to byli turyści odpuszczali kontrolę.

   Nasz dobytek Nepalskie błogosławieństwo (fot. Urszula Majer) Sweet focia przed busem (fot. Urszula Majer) Nepalskie dzieciaki (fot. Urszula Majer)

[M] Trzeba jeszcze wspomnieć, że w czasie trasy przy drodze zauważyłem małpę, nic w tym rewelacyjnego gdyby nie to, że widziałem ją tylko ja, czym rozbawiłem całą resztę naszej ekipy i dziewczyny miały ze mnie „bekę” prawie do końca treku, bo uznały (szczególnie Ula), iż są to objawy nadużywania trunków wyskokowych w Kathmandu tudzież podobnie działających środków 🙂 Po dotarciu do Besisahar mały bilans strat 🙂 zgubiłam moje eleganckie okulary przeciwsłoneczne, które przypięłam w etui do plecaka i to był mój błąd bo plecak jechał sobie na dachu autobusu i podskakiwał radośnie na nierównościach drogi. Po sprawdzeniu kilku guest house’ów wybraliśmy sobie jeden, a wieczorkiem poszliśmy jeszcze na spacer nad rzekę. Ula poznała tam małą dziewczynkę, która jak zobaczyła, że nie kwapi się ona do przejścia za nami po wystających kamieniach, podeszła i próbowała Uli w tym pomóc układając jej dodatkowe kamienie 🙂 Ja chodząc po kamieniach wpadłem oczywiście do wody 🙂 było ciepło i szybko wyschłem 🙂

Dzień I: Rano 01.11.2012r rozpoczęliśmy nasz treking idąc z Besisahar (820mnpm) do miejscowości Bahundanda (1310mnpm). Po drodze mijaliśmy dzieciaki idące do szkoły, które same garnęły się do pozowania do zdjęć oczywiście w zamian za słodycze 😛 udało się nam zrobić też zdjęcie papugi, modliszki i pohuśtaliśmy się na huśtawce zrobionej z bambusów 🙂 po drodze oczywiście zjedliśmy też pierożki momo, których już mieliśmy okazje pokosztować w Kathmandu, po prostu pychaaaaaa. Przed dojściem do docelowej wioski spotkaliśmy Robina, który polecił nam swój Guest House North Pool a już w Bahundanda jego żona ostatecznie przekonała nas do skorzystania właśnie z ich oferty noclegu. Tu pokosztowaliśmy ryżu z czymś 😛 a rano na śniadanie chleba tybetańskiego z miodem. Wieczorem natomiast Robin opowiadał nam o swoim kraju, życiu jakie wiedzie z rodziną i o tym co warto zobaczyć na szlaku, który wybraliśmy 🙂 bardzo miło go wspominamy.

   Paputek Na trasie Pierwszy most Pierwszy most wiszący Bambus mnie utrzymał :)

Dzień II: 02.11.2012r. Z Bahundanda wyruszyliśmy do Chamche (1385mnpm). Robin chyba dał o nas cynk właścicielowi guest house’u Tibetan Hotel. Właściel pokazał nam jeszcze po drodze gniazda dzikich pszczół ale później to już nas tylko straszył małpami, ludźmi, którzy mogą nam zrobić krzywdę i próbował wyżebrać od nas co tylko się dało począwszy od słodyczy, którymi z chęcią się podzieliliśmy po czołówkę Uli, która była jej niezbędna w dalszej podróży. Tu pokosztowaliśmy makaronu, veg patato chees i momo buff 🙂 W nocy w pokoju temperatura wynosiła 13 °C.

[M] Muszę kilka słów napisać o toalecie znajdującej się w miejscu naszego noclegu, ano guest house znajdował się na takim wzniesieniu a z toalety przez znajdujące się tam okienko można było sobie obserwować okolicę nic w tym zdrożnego gdyby nie to, iż okienko było idealnie usytuowane na wysokości mojego pasa 🙂 więcej nie muszę pisać bo wyobrażam sobie jak to wygląda w nocy gdzie wszędzie jest ciemno a w toalecie pali się światło 🙂

Dzień III: 03.11.2013r. Z Chamche wyruszyliśmy do Bagarchap (2160mnpm). Pokonaliśmy 17 kilometrów piechotką z naszymi niemałymi i nielekkimi (około 20 kg) plecakami 🙂 Nazwy guest house’u w którym się zatrzymaliśmy już nie pamiętam ale do dziś pamiętam smak lokalnego wina, którego tam skosztowaliśmy 😛 bleee. Wino wbrew naszym oczekiwaniom okazało się bliższe bimbrowi z ryżu, bo winem ryżowym bym tego nie nazwała sądząc po procentach 😛 Z dań miejscowych skosztowaliśmy jeszcze veg egg patato, patato chees gdzie nazwa określa też składniki, tj. veg – coś zielonego co jest liściem, egg i patato to reszta składników a Marcinowi trafiły się ziemniaki posypane serem tak po prostu 😛 Za to na śniadanko wzięliśmy sobie omlecik z cebulką i czosnkiem, herbatkę z imbirem i ciepłe mleko 🙂 ale nie pamiętam kto się z tym mlekiem wyłamał

   ..a kto nie wypije.. (fot. Urszula Majer) Jedna z części wodospadu  Przeprawa przez wodospad (fot. Urszula Majer) Myjnia samochodowa Wodospadzik

[M] Gdzieś po drodze próbowaliśmy „local beer”. Pani u której to piliśmy była zdziwiona, że chcemy zamówić właśnie to ale klient nasz pan i powędrowała z sitkiem i bańką – gdzieś, po jakiejś chwili otrzymaliśmy po szklance lokalnego piwa ryżowego, dało się to wypić nawet takie znośne, za to ich wódka jest masakra, jak Bożenka opisała wyżej „local wine” to pod tą nazwą kryje się wódka a raczej bimber z ryżu, który jest ogólnie mówiąc ohydny i głowa po nim boli nawet przy małych ilościach o czym przekonałem się w Kathmandu

Dzień IV: 04.11.2012r. Z Bagarchap wyruszyliśmy do Koto, 12 kilometrów pokonaliśmy w około 6 godzin. Waga plecaka w moim przypadku to było 16,950kg a w przypadku Marcina 20,500 kg. Po woli ubywało słodyczy, z których odciążały nas miejscowe dzieci 🙂 W dzień najwyższa temperatura to było 28 °C a najniższa 8 °C ale to już nocą w pokoju 🙂 W drodze zobaczyliśmy niesamowity wodospad, który spadał częściowo na drogę, drogą płynęła też rzeka a przed samym wejściem do wioski zauważyliśmy samochód, który spadł ze skarpy a mieszkańcy wioski szli już w jego kierunku na pomoc. Poruszające się zbocza niedaleko drogi okazały się być stadami pasących się kóz. Nocowaliśmy w Hotel Super View. Tu Marcin zamówił sobie na obiadek dalbhat z mnóstwem dokładek, które są mile widziane oraz mixed curry + rice, a na śniadanko był apple pancake i tibetan bread. Oczywiście ja byłam fanką tybetańskiego chlebka.

Dzień V: 05.11.2013r. Z Koto ruszyliśmy do Upper Pisang (3310mnpm). W trasie spędziliśmy 6 godzin. Najwyższa temperatura w dzień wynosiła 22 °C a najniższa w nocy w pokoju 7 °C. Tu postanowiliśmy zostać 2 dni i następnego dnia zrobić małą wycieczkę aklimatyzacyjną do Pisang Base Camp. Nocowaliśmy w hotelu Yak & Yeti. Pierwszego dnia było bardzo przyjemnie. Zjedliśmy smaczny mixed fried macaroni z imbirową herbatką a na śniadanko następnego dnia tibetan bread z miodkiem, apple pancake, herbatkę imbirową i znowu ktoś się z mlekiem wyłamał 😛 A chłopaka pracującego w tym hoteliku nazwaliśmy diabełkiem ale to już historia z następnego dnia.

Dzień VI: 06.11.2013r. Upper Pisang (3310mnpm) – Pisang Base Camp (4300mnpm)- Upper Pisang. Była to wycieczka aklimatyzacyjna i chcieliśmy pokonać nieszczęsne 4100mnpm, które powstrzymało nas przed zdobyciem Mont Blanc w 2011r. W drodze towarzyszył nam cały czas wiatr, najpierw przeszliśmy przez sosnowy las a potem zakosami w górę. W sumie pokonaliśmy tylko 6 km tam i z powrotem w ciągu 5 godzin 30 minut. Po drodze podziwialiśmy też orły. Przerwę w Pisang Base Camp zrobiliśmy sobie 30-to minutową i w jej trakcie widzieliśmy lawinę schodzącą z Annapurny. W trasie najwyższa temperatura 20 °C a później już nad ranem w pokoju 2 °C. Po powrocie przyszedł czas na diabełka. Właściciel hotelu poszedł na jakieś miejscowe święto i zostawił swojego pracownika samego. Zamówiliśmy sobie smaczny obiadek veg steam momo i tuna chees momo, po jakimś czasie tj. około godzinie zeszliśmy do jadalni i czekaliśmy na swój obiadek, czekaliśmy, czekaliśmy, czekaliśmy i się nie doczekaliśmy 😛 nasz kucharz pokosztował sobie lokalnego wina i oświadczył, że może nam zrobić ryż bo nie chce mu się lepić pierogów momo 😛 wkurzyliśmy się konkretnie i prawie się wyprowadziliśmy, dopiero powrót właściciela spowodował, że dostaliśmy to co zamówiliśmy 😛 ale dopiero po 3 godzinach :P. W hotelu razem z nami przebywali przeziębieni Belgowie, oczywiście złapałam to choróbsko, które zostało potem nazwane belgijką 😛

   Kolejny most wiszący (fot. Bożena Grabarczyk) Bożenka i kolejny wodospad Widok na Anne z PBC Ice Lake Jaki to Yak wożę ludzi szybko tak 

Dzień VII: 07.11.2013r. Wyruszamy z Upper Pisang do miejscowości Bhraga (3450mnpm). Najwyższa odnotowana temperatura na trasie to 20 °C. Najniższa to nocą w pokoju 2 °C. Łącznie przeszliśmy 16km w ciągu 7 godzin. Szliśmy interwałem, na trasie osiągnęliśmy wysokość 3800mnpm po czym zeszliśmy na 3450mnpm do Bhragi. W trasie zjedliśmy przepyszne drożdżówki z cynamonem a wcześniej z racji mojej belgijskiej choroby pochłonęłam na trasie zupę czosnkową. Powoli odczuwam już zakwasy w nogach ale dzielnie szliśmy dalej. Nocleg znaleźliśmy w Hotelu New Yak. Właściciel wyglądał jak Borat co wprawiło nas w dobry nastrój. Hotel miał nawet ciepłą wodę, która faktycznie była ciepła a nie pseudo ciepła ogrzewana przez słoneczko w ciągu dnia. Spotkaliśmy tu grupę polaków i trochę pogawędziliśmy w jadalni przy piecyku. Oni niestety skorzystali z pomocy pothera, przez co nikt z nimi w hotelach nie zamierzał się targować, bo wszędzie pother musiał mieć zapewniony nocleg i jedzenie kosztem właśnie wyższych stawek dla jego klientów. Nam do tej pory wszędzie udawało się wytargować darmowy nocleg w zamian za to, że w danym guest house’ie zobowiązywaliśmy się zamówić dwa posiłki, obiadokolacje i śniadanie. Nas do tej pory każdy dzień pobytu w Nepalu wychodził około 1000 RN, co w przeliczeniu wychodziło około 37 zł, raz było to troszkę mniej, raz troszkę więcej ale średnia wyszła w tych granicach. Na kolację zjedliśmy macaroni tomato muschroom chees i kromkę czosnkowego pieczywa. Już przed wejściem do Bhragi mogliśmy po raz pierwszy podziwiać Yaki 🙂

   Biwak (fot. Bożena Grabarczyk) Gdzieś na trasie Z miejscową Policją (fot. Urszula Majer) Poczta Widok wioski

[M] Taka ciekawostka mi się przypomniała: na całej trasie wiatr zaczynał wiać zawsze ok. godziny 11 można było powoli zegarek wg tego ustawiać, a zachód słońca następował bardzo szybko, słoneczko chowało się za masywy Himalajów i wkrótce robiło się ciemno. Co do potherów często nocowali w namiotach przed guest house`ami. W New Yak`u był tez internet wreszcie miałem szansę doładować telefon 🙂

Dzień VIII:08.11.2012r. Postanowiliśmy zostać tu na jeszcze jeden nocleg a dziś zrobiliśmy sobie aklimatyzacyjny wypad Bhraga – Ice Lake 4600mnpm – Bhraga. Wstaliśmy o 7:00 i na śniadanie zjedliśmy omlet, popiliśmy imbirową herbatą a na drogę wzięliśmy z miejscowej piekarni po drożdżówce cynamonowej. Szliśmy w górę wąską ścieżką co jakiś czas trafiając na osuwiska. Na górze spędziliśmy trochę czasu przy jeziorku z częściowo zamarzniętą taflą wody, z uwagi na dość mocny wiatr chowaliśmy się za kamiennym wzniesieniem ustawionym tuż przy jeziorze, podziwialiśmy stojącą nieopodal Stupę a później poszliśmy trochę dalej, bo osoby wracające powiedziały nam o stadzie Yaków. Stadko robiło wrażenie ale przestraszyłam się jak kilka z nich zerwało się do biegu i bałam się o Ulę robiącą im w tym czasie zdjęcia. Spędziliśmy na górze trochę czasu aby przyzwyczaić organizm do wysokości po czym wróciliśmy. Trasa na górę zabrała nam więcej czasu niż pisało w przewodniku. Z wycieczki wróciliśmy dopiero około 17:00. Po powrocie marzyliśmy już tylko o gorącym prysznicu ale na to musieliśmy trochę poczekać bo łazienka niestety była oblegana przez Włochów. Miejsca na stołówce przy rozgrzanym piecyku też zajęli nam Włosi 😛

[M] Gdy wracaliśmy w starej części Bhragi w wąskiej uliczce trafiliśmy na dwa pokaźnej wielkości byki, które ciekawie się nam przyglądały, musieliśmy je omijać ocierając się o ich wielkie cielska, ale zwierzęta tam są wyjątkowo spokojne i byki nas totalnie olały jak stały tak stały dalej, chwilę pożniej spotkaliśmy stadko kóz z frędzelkami włóczkowymi w uszach, najlepsze są kozie źrenice oczu bo są w poprzek co robi wrażenie takiego małego wesołego diabełka 🙂

Dzień IX: 09.11.2013r Przyszło nam opuścić naszego Borata i ruszyć do miejscowości Yak Kharka (4050mnpm). Najwyższa temperatura na trasie wynosiła 12 °C a najniższa nocą w pokoju 4 °C. W 5 godzin 45 minut pokonaliśmy około 11km. Szliśmy dłużej niż było to opisane w przewodniku. Mój plecak ważył tu już 16,200kg a Marcina 17 kg. Po drodze w Manang wysłaliśmy kartki pocztowe ale najpierw trochę pokluczyliśmy wąskimi uliczkami aby znaleźć skrzynkę. Marcin kupił mi tutaj ładną białą sowę a dla siebie młynek modlitewny 🙂 Nocleg wzięliśmy w małym Hoteliku, niestety nie dysponował on prysznicem i zrobiliśmy sobie dzień dziecka aby uniknąć kąpieli na świeżym powietrzu w misce, którą nam oferowano 😛 W nocy musiało być bardzo zimno bo woda w zbiorniku w ubikacji częściowo zamarzła.

[M] Tu muszę wspomnieć o wycieczce z Izraela, wycieczka jak wycieczka młodzi ludzie dużo śmiechu i w ogóle, całkiem fajna ekipa, ale z racji tego, iż było ich dużo i dość często spotykaliśmy się na trasie wynikło też trochę humorystycznych historii, ano z całej ekipy wyróżniała się jedna dziewczyna , była blondynką i miała wiecznie czerwone usta, wyglądały jak by co rano je malowała, więc ja już snułem wizję jak w tych spartańskich warunkach przy misce zimnej wody i lustrze maluje się szminką, cały ten rytuał rozwaliła Ula, bo stwierdziła, iż jest to najprawdopodobniej makijaż permanentny.

Dzień X: 10.11.2012r. Ruszyliśmy do Thorang Phedi (4540mnpm). W trakcie drogi temperatura wynosiła najwięcej 10 °C a nocą w pokoju zaliczyliśmy najniższą temperaturę tj. -1 °C. Trasa zajęła nam 2 godziny 45 minut a przeszliśmy ok. 6 km. Zatrzymaliśmy się w Hotelu Thorung Base Camp. Później śmialiśmy się, że nasz pokój wygląda jak obórka i wieczorem w drzwiach zobaczymy yaka, który tu wcześniej mieszkał 😛 Na obiadek zjedliśmy macaroni veg and muschrum a na śniadanko gharlic soup

   Gdzieś na trasie B & M Bożenka psuje młynki

[M] tu znowu wspomnę o humorystycznej sytuacji z ekipką, w której składzie była wspomniana wyżej „cizia”, ano zamówiliśmy sobie coś do jedzenia (nie pamiętam dokładnie co to było), ale Bożenka zostawiła część tego posiłku, gdy zaczęliśmy się zbierać ktoś z tej ekipy zapytał po angielsku czy może to sobie zjeść, ja uznałem, że może coś źle zrozumiałem ale Ula rozwiała moje wątpliwości i mieliśmy bekę z tego przez cały wieczór 🙂 Wspomnieć też należy o tajemniczej wodzie z beczki. 🙂 Ano obok nas była toaleta, a w toalecie beczka z wodą, z niej w takim garnuszku nabierało się wody i zlewało to co zostawiło się w „narciarzu”, woda jak woda czysta była. Wieczorem gdy przyszliśmy do „obórki” zachciało nam się herbaty, a że po wodę trzeba było iść dość daleko, a najbliższa była właśnie …..w beczce za ścianą. Diabelski uśmiech i tekst ja wiem gdzie jest woda został przyjęty z ogólna akceptacją i tak woda z beczki wylądowała w naszym „jetboilu” ładnie się gotując i zalewając herbatki 🙂

Dzień XI: 11.11.2012r. Thorang Phedi – Thorung Pass (5416mnpm) – Muktinath (3800mnpm). Ruszyliśmy w kierunku naszej przełęczy. Wyszliśmy przed 6:00. Początkowo na trasie mieliśmy temperaturę -12 °C, w dzień temperatura wzrosła do 2 °C. W ciągu 8 godzin 30 minut przeszliśmy łącznie 15 kilometrów. Szło się ciężko bo czułam jakby moje nogi były z ołowiu ale daliśmy radę. Na przełęczy podzieliliśmy się ostatnim kabanosem z jakimś miejscowym psiakiem, rozwiesiliśmy flagi modlitewne i oczywiście zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia choć skutecznie utrudnić starali się nam to Włosi 😛 wbijający się bez przerwy w kadr żeby zrobić sobie zdjęcia wcześniej 🙂 Na górze bardzo wiało a część uczestników izraelskiej wycieczki, która dała nam się już od zabawnej strony poznać 2 razy wjechała na przełęcz na osiołkach. Z racji małych problemów z ciśnieniem prawie codziennie odnotowywałam swoje pomiary. Na wysokości 5416mnpm w moim przypadku wynosiło ono 170/126 mmHg. Przy zejściu towarzyszył nam jeszcze psiak, sprawdzając co jakiś czas czy nie chcemy się z nim jeszcze czymś podzielić. Mijaliśmy się też z ładnym stadkiem osiołków transportujących towary na drugą stronę przełęczy 🙂 Po zejściu do Muktinath nocowaliśmy w Hotelu Bob Marley, gdzie ceny niestety nie były negocjowalne 😛 Tu zamówiliśmy sobie chicken burgera, który okazał się być udkiem z kurczaka albo gołębia na sterydach 😛 włożonym pomiędzy dwa kawałki pieczywa tostowego 😛 tośmy sobie pojedli. Przynajmniej muzyka była nastrojowa, nie omieszkaliśmy oczywiście zapytać o nazwę płyty i wykonawcę. Była to płyta Tibetan – Oliver Shanti.

   Thorung Pass (5416mnpm) (fot. Bożena Grabarczyk) Thorung Pass (5416mnpm) (fot. Urszula Majer)

[M] Ja mam awersję do komercyjnych miejsc i takim okazał się wspomniany wyżej Bob Marley, dziewczyny się uparły no cóż było jak było, tam też stałem się posiadaczem dwóch mieczy z Assasin Greed, czyli moje skarpety zamarzły 🙂

Dzień XII: 12.11.2012r. Trasa Muktinath – Marpha (2670mnpm). Na piechotkę doszliśmy do Jomsom a stamtąd autobusem dojechaliśmy do Marpha. Skorzystaliśmy z oferty Hotelu The Blue Star. Kobieta zajmująca się hotelem była bardzo miła, dużo rozmawiała z nami o naszym kraju oraz o tym, jakie są koszty przelotu oraz takiego trekkingu. Zjedliśmy sobie mixed macaroni, popiliśmy smaczną herbatką a ogrzewał nas przy stoliku kociołek z węglem drzewnym, który przyniosła właścicielka hotelu. Przy okazji rozmowy dowiedzieliśmy się o święcie jakie odbędzie się w świątyni w tej miejscowości następnego dnia. Przegłosowaliśmy i mimo napiętego harmonogramu trekkingu postanowiliśmy obejrzeć „Lama Dance Festival” a do miejscowości Ghasa 2010mnpm przejechać autobusem.

   Assasin Greed (fot. Urszula Majer) Wejście do Marleyowni Lama Dance Festival Cieplutko... Gdzieś w Nepalu

 

Dzień XIII: 13.11.2013r. Dzień rozpoczęliśmy od zjedzenia śniadanka po czym udaliśmy się w kierunku świątyni. Idąc wąskimi klimatycznymi uliczkami odwiedzaliśmy też co po niektóre sklepiki z rękodziełem. Do świątyni dotarliśmy jeszcze przed rozpoczęciem uroczystości. Wpłaciliśmy symboliczny datek, otrzymaliśmy szarfy i po kubeczku masala tea (bardzo smacznej herbaty z dużą ilością mleka i przypraw korzennych) po czym zajęliśmy miejsca na piętrze świątyni z widokiem na wewnętrzny dziedziniec. Święto było przedstawieniem tanecznym, gdzie na dziedziniec po kolei wchodzili mnisi oraz przebrane osoby i tańczyli wokół dziedzińca. Symboliki święta niestety nie poznaliśmy. Po 3 godzinach poczuliśmy się już tym trochę znużeni i postanowiliśmy opuścić imprezę. Od właścicielki hotelu wiedzieliśmy, że autobus do Ghasa odjeżdża między godziną 15:00 a 17:00. Z wyprzedzeniem ustawiliśmy się przy drodze, żeby nie przegapić autobusu o 15:00 i czekamy, czekamy, zimny wiatr wokół szaleje a my i inni śmiałkowie czekamy i czekamy. Coś około 16:00 przejechał autobus i nawet się nie zatrzymał bo widocznie miał już komplet pasażerów 😛 wiedzieliśmy, że autobusów może być kilka więc czekaliśmy nadal. Nasi towarzysze zaczęli się powoli wykruszać bo wątpili w to, że jeszcze jakikolwiek autobus nadjedzie ale my byliśmy niestrudzeni a wiatr nie był nam straszny. Po 17:00 pojawił się kolejny autobus, do którego udało się nam już wsiąść. Podróż autobusem była pełna przygód i guzów jakie nabiłam sobie podskakując na wybojach i dosłownie uderzając głową o sufit autobusu. Marcin i druga Bożena zapierali się na miejscach, ja z Ulą podskakiwałam wysoko a razem z nami podskakiwały resory i różne inne części zamienne ułożone w przejściu na czarna godzinę a to wszystko przy akompaniamencie muzyki wręcz z Bollywood 🙂 w oknie widzieliśmy tylko przepaść i rzekę na dole z jednej strony a skalną ścianę z drugiej. Wrażenia wprost nie do opisania. Jazda trwała 3 godziny. Po wyjściu z autobusu w pierwszym hotelu potraktowano nas trochę można powiedzieć „z buta”, nie było tam prądu a za nocleg żądali jakiejś absurdalnej ceny więc ruszyliśmy szukać innego miejsca. Było już ciemno ale z racji obchodzonego święta przed domami paliło się wiele świeczek. Drugi hotel udało się nam bez problemu znaleźć a właściciele przygotowali nam jeszcze makaron z warzywami oraz ryż z kurczakiem i sosem na kolację. Pokoje były umieszczone z tyłu jadalni na małym dziedzińcu, gdzie mieliśmy ciszę i spokój 🙂

[M] Dodać należy, że w tym okresie przypadało 3 dniowe święto i ceny też stały się świąteczne a w autobusach nienegocjowalne z tego co pamiętam bilet nie kosztował 200 tylko 600 rupii

   Widok z przełęczy Kolejny mostek Małpy małpy wszędzie małpy ... z rumakiem przygotowania do Euro

XIV: 14.11.2013r. Ghasa – Thatopani (1200mnpm). Trasę 15,5 km pokonaliśmy w 5 godzin 30 minut. Szliśmy tym chętniej, że w Thatopani miały znajdować się gorące źródła 🙂 Po drodze zobaczyłam całe pokaźne stado małp i druga Bożena z Ulą uwierzyły wreszcie Marcinowi że już na samym początku trekkingu, z autobusu jadącego do Besisahar widział małpę i nie było to żadne przewidzenie 😛

[M] Małpy, małpy wszędzie małpy 🙂

Na trasie najwyższa temperatura jaką odnotowaliśmy to było 28°C a najniższa 13 °C. W Thatopani zatrzymaliśmy się w Hotelu Trekk In, który z całego serca możemy polecić. Spotkaliśmy tam chłopaków z polski, z którymi rozmawialiśmy już w Hotelu New Yak u Borata. Zażartowali nawet, że my pewnie znowu śpimy za darmo dzięki zdolnościom negocjacyjnym 🙂 no cóż, może nie za darmo ale na pewno cena noclegu była korzystna 🙂 polecili nam spróbować danie Kurczak a’la Kiev i jesteśmy im za to bardzo wdzięczni. Tak smacznego kurczaka na gorącym półmisku jeszcze nie jedliśmy 🙂 ummmm palce lizać. Niestety gorące źródła okazały się być basenem, gdzie ludzie siedzieli sobie na „przytulasa” 🙂 nie skorzystaliśmy 😛

Dzień XV: 15.11.2012r Niestety tego dnia zakończyła się nasza wspólna przygoda z Ulą, nasz wspólny trekking wokół Annapurny dobiegał końca podobnie jak końca dobiegał urlop Uli, rankiem pożegnaliśmy ją na małym przystanku autobusowym w Thatopani, pomachaliśmy jeszcze i patrzyliśmy jak autobus znika w oddali. Wróciliśmy do hotelu żeby się spakować i od tego dnia można już liczyć naszą kolejną przygodę, trekking do Annapurna Base Camp, niestety już bez Uli. Nie był to jeszcze koniec trekkingu wokół Annapurny ale z racji tego, że resztę trasy przeszliśmy już tylko we trójkę to traktować to można jako osobną przygodę tak też koniec tego trekkingu oraz trekking do Annapurna Base Camp opiszemy już w osobnej zakładce 🙂

[M] Kilka praktycznych porad: nie warto brać przewodnika czy też „nosicza”. Dlatego, że trudno się tam zgubić, a jeśli już się gdzieś zakręci miejscowi są bardzo pomocni, noclegi stają się dużo droższe z przewodnikiem i pother`em, my praktycznie na tej trasie tylko w stolicy i Bobie Marley`u zapłaciliśmy za nocleg, w większości miejsc da się wynegocjować, iż płacimy tylko za jedzenie czasem za ładowanie komórek. Nepalczycy są bardzo sympatycznymi ludźmi mile nastawionymi do turystów. Zostawiłem na jednym z postojów aparat fotograficzny gdzieś po 15-20 minutach połapałem się, iż go nie mam wróciłem na to miejsce, zapytałem miejscową kobietę czy nie widziała gdzieś mojego aparatu, ona sama wyraziła chęć pomocy, poderwała wszystkie dzieci w domu aby go szukały, suma summarum znalazłem go sam w kamieniach, ale za sama fatygę pani dostała ode mnie 500 rupii, naprawdę na treku dało się zauważyć duża bezinteresowną pomoc Nepalczyków. W stolicy są cwaniacy i ogólnie trzeba patrzeć dość dokładnie na to co oferują, większość formalności załatwi się samemu bez ich pomocy. Dobrze jest też mieć noclegi wioskę przed lub za ta którą polecają przewodniki, raz że mniejszy ruch dwa jest dużo taniej, trzy więcej można wynegocjować. Nie ma też tam jakiejś potwornej biedy, jak niektórzy starają się opisywać, jest inaczej i nie ma sensu tego porównywać z Polską.

Co do dołączonych filmików, chodzą bez problemu z zestawem codeków K-Lite bądź CCCP 

Filmiki:

Przejażdżka autobusem