... czyli podróże małe i duże ...

Jabal Shams 2015

                                              … czyli „Oh my God Oman!” : )

Pałac Al Alam

Pomysł odwiedzenia Omanu i zdobycia tam najwyższego szczytu Jabal Shams powstał tuż po tym jak w nasze ręce wpadły promocyjne bilety lotnicze do Abu Dhabi w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Logistycznym rozpracowaniem wyjazdu zajął się Marcin. Jak zwykle na polskojęzycznych forach prawie żadnych informacji nie można było znaleźć ale dla Marcina nie ma rzeczy niemożliwych i po przekopaniu się przez anglojęzyczne strony natrafił na blog pewnej filipinki i dopiero tam znalazł przydatne informacje na temat przejazdu z Dubaju w ZEA do Muscat w Omanie. Po wylądowaniu w Abu Dhabi 13.02.2015r od razu wsiedliśmy w autobus do Dubaju, gdzie przez booking.com mieliśmy już zarezerwowany jeden nocleg natomiast 15.02.2015 o 00:30 byliśmy już w Muscat w Omanie. Ale po kolei 🙂 Zaraz po dotarciu do Dubaju postanowiliśmy zaopatrzyć się w bilety na autobus do Omanu, żeby następnego dnia już na spokojnie z biletem w ręce czekać na autobus.

   Dworzec Autobusowy ONTC w Dubaju Dworzec Autobusowy ONTC w Dubaju Jedziemy do Omanu Jedziemy do Omanu

W Dubaju biuro i kasa przewoźnika Oman National Transport Co. s.a.o.c. znajdowała się tuż obok restauracji Pandherosa. Żeby się tam dostać przejechaliśmy jedną stację metra do stacji Al Rigga a potem ruszyliśmy przed siebie w kierunku niewielkiego meczetu, tam klimatyzowanym przejściem nad drogą przeszliśmy na drugą jej stronę a potem wzdłuż witryny marketu, przeszliśmy jeszcze na drugą stronę bocznej uliczki i kawałek dalej skręciliśmy w lewo. Po około 5 minutach po przeciwnej stronie naszym oczom ukazała się restauracja Pandherosa a z jej prawej strony biuro Oman National Transport. Cena biletów do Muskat to 55 AED za osobę, pracownik wystawił nam je na miejscu i następnego dnia mieliśmy się tylko stawić naprzeciw biura przed 14:30. Z biletami w ręku byliśmy już o krok bliżej Omanu i mogliśmy resztę dnia poświęcić na wstępne zwiedzanie Dubaju. 14.02.2015r planowaliśmy wstać około 8:00, żeby przed opuszczeniem hotelu wyjść jeszcze zjeść coś na mieście ale jak to zawsze ze wstawaniem rano 😛 nie wyszło. Obudziliśmy się po 10:00 i najrozsądniejszym wyjściem było zamówienie śniadania do pokoju a w międzyczasie pakowanie plecaków.

   Gdzieś w Muscacie Ruwi Bus Station - Muscat Hotel Delmon Hotel Delmon

Sandwich z frytkami i kawą postawił nas na nogi a pakowanie też poszło nam sprawnie. Wymeldowaliśmy się około 13:00 żeby spokojnie dojść przed czasem na autobus. O 13:30 byliśmy już w umówionym miejscu, myśleliśmy, że na autobus poczekamy sobie w biurze przewoźnika a tymczasem autobus był już podstawiony a do tego w środku działała klimatyzacja. Po spacerze w 30°C była to przyjemna perspektywa. Plecaki oklejono nam naklejkami przewoźnika i schowano do bagażnika my zaś zajęliśmy miejsca w autobusie. Dzięki obrączkom, jakie mieliśmy na palcach Marcin mógł usiąść ze mną z przodu autobusu ponieważ miejsca te były oznaczone jako tylko dla kobiet i tylko mężowie mogli tam obok swoich żon zasiadać.

   Muscat rejon souq-u (free wi-fi) Gdzieś w Muscacie Gdzieś w Muscacie Gdzieś w Muscacie

Czas do odjazdu powoli mijał a na koniec okazało się, że dla tych, którzy postanowili przyjść tuż przed odjazdem biletów i miejsc zabrakło. Kobiety, które szukając miejsca zawędrowały na tył autobusu przed odjazdem zostały poprzesadzane na przednie siedzenia. Optymistycznie byliśmy nastawieni że podróż zajmie 5-6 godzin ale była to zbyt optymistyczna kalkulacja. Trasa do granicy ZEA z Omanem przebiegła szybko i przyjemnie ale tam zaczęła się kilkugodzinna przygoda z pogranicznikami.

   Souq Muscat Port w Muscacie Widok na Fort z portu Port w Muscacie

Najpierw musieliśmy dostać pieczątki wyjazdowe z ZEA. Jak przyszła kolej na odprawienie naszego autobusu to po kilka osób byliśmy z niego wypuszczani do biura, w którym sprawdzano nasze paszporty. Kolejka do odprawy była nawet nieduża ale jak przyszła moja i Marcina kolej to zaczęły się problemy. Okazało się, że do ZEA przylecieliśmy zaledwie dzień wcześniej do tego do Abu Dhabi a wyjechać chcieliśmy autobusem, który wyruszył z Dubaju i tak jakoś nie było nas jeszcze nawet w systemie.

   Port w Muscacie Port w Muscacie Souq Muscat Port w Muscacie

Pracownik straży granicznej postanowił zaktualizować dane w systemie a nas odesłał na krzesełka i kazał czekać. Wszyscy pasażerowie naszego autobusu poza nami zdobyli już pieczątki i tylko my sobie siedzieliśmy na krzesełkach czekając nie wiadomo na co. Dopiero jak zainterweniował kierowca autobusu to urzędnik zrobił komórką zdjęcia naszych paszportów, żeby później poszukać nas w systemie i awansem wbił nam pieczątki wyjazdowe. Oczywiście nie był to koniec naszych przygód z przekraczaniem granicy.

   Taki tam samochodzik w Muscacie Fort w Muscacie Deptak przy porcie - Muscat Deptak przy porcie - Muscat

Kilka kilometrów dalej kolejny przystanek. Tym razem kierowca kazał wyjść wszystkim i zabrać z wszystkie bagaże łącznie z tymi z bagażnika. Ustawiliśmy się w kolejkach do stanowisk a w zasadzie do stolika, na którym straż graniczna sprawdzała zawartość walizek i plecaków. Następnie wszystkie bagaże musieliśmy ułożyć w jednej linii przed autobusem i zaczął je sprawdzać piesek. Piesek był bardzo dokładny i na polecenie przewodnika dobre kilkanaście razy okrążał bagaże szperając między nimi, później kilka razy sprawdził autobus i znowu bagaże przed nim.

   Kicie Kicia Widok z Fortu na port - Muscat Widok z Fortu na miasto - Muscat

W międzyczasie ostrą reprymendę dostały osoby, które chciały psiakowi i pogranicznikom zrobić ukradkiem zdjęcia. Ostatecznie piesek zakończył swoją kontrolę i pozwolono nam ruszyć dalej. Po przejechaniu kilku kilometrów kolejny przystanek zaliczyliśmy na granicy wjazdowej do Omanu Al Wajaja Border Post. Tam naszym zadaniem było zdobyć wizy wjazdowe do Omanu. Ustawiliśmy się w jednej z 3 kolejek a w międzyczasie Marcin wypełniał nasze wnioski wizowe. Po krótkiej rozmowie ze strażnikiem granicznym dostaliśmy wizy na 10 dni co było i tak wystarczające bo wracać zamierzaliśmy po 5 dniach.

   Pałac Al Alam Pałac Al Alam Kicie Kicia

Za wizy zapłaciliśmy po 5 riali omańskich (OMR). Jak wszyscy wrócili do autobusu to straż graniczna sprawdziła jeszcze dla pewności, czy każdy ma w paszporcie wbitą pieczątkę i dopiero wtedy mogliśmy ruszyć w dalszą podróż. Na dworcu autobusowym w Muscat byliśmy około 00:30 15.02.2015. Taksówkarze sami przechwytywali wysiadających turystów. Do hotelu mieliśmy raptem 2 km ale o tej porze nie chciało się nam szukać go na własną rękę i mimo przesadzonej ceny za przejazd 3 OMR i tak zdecydowaliśmy się na taksówkę. Nocleg zarezerwowaliśmy z wyprzedzeniem przez booking.com w hotelu Dalmon.

   Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam

Mimo, że dotarliśmy tam już około 1:00 to bez problemu udało się nam zameldować. Pokój przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania, czekały na nas nie tylko kapcie ale i czajnik elektryczny. Podratowało to trochę mój stan zdrowia bo wreszcie mogłam wypić coś ciepłego na bolące gardło i zaparzyć sobie fervex 🙂 Marcin jakieś choróbsko zwalczył tuż przed wyjazdem a mnie dopadło po drodze. Oprócz herbatki po rozpakowaniu zrobiliśmy sobie jeszcze po chińskiej zupce i wszamaliśmy po konserwie bo od śniadania przed wyjazdem nic nie mieliśmy w ustach. Potem już tylko prysznic i spanie do południa 🙂

  Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam

Na późne śniadanie znowu zjedliśmy coś z naszych zapasów i postanowiliśmy pozwiedzać miasto ale najpierw zapobiegawczo zamierzaliśmy kupić bilet z Muscat do Nizwy na dzień następny. Jak postanowiliśmy tak też zrobiliśmy. Najpierw taksówką podjechaliśmy na dworzec autobusowy i tam po może 20min oczekiwania mieliśmy dwa bilety wystawione na Marcina bo jak drugi dla żony to też dla Marcina 😛 Teraz spokojnie mogliśmy sobie pozwiedzać stolicę Omanu. Z Roofi Bus Station do Mutrah Souq dostaliśmy się znowu taksówka, po krótkim targowaniu cena za przejazd ok 6km wyniosła nas 2 OMR.

   Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam Pałac Al Alam

Mutrah Souq okazało się być miejscem tak bardzo turystycznym że chcieliśmy się stamtąd jak najszybciej ewakuować. Niestety z powodu sjesty trzeba było jednak jakąś chwilę tam spędzić, przynajmniej do otwarcia punktów wymiany walut. W międzyczasie przejrzeliśmy sobie stoiska targowe, oczywiście te, które były otwarte mimo sjesty. W oko wpadły mi od razu kadzielnice i wonne kadzidła żywiczne, niestety na starcie ich ceny były absurdalne. W pobliżu Mutrah Souq musieliśmy jeszcze przeczekać około 30min do końca sjesty. Słońce piekło ale udało się nam znaleźć skrawek cienia a dzięki WiFi mogliśmy do tego poserfować po internecie. Pieniążki wymieniliśmy i mogliśmy się wreszcie wydostać z tego tłumu turystów.

   Muscat Mustang GT Pałac Al Alam Pałac Al Alam

Najpierw odeszliśmy kawałek w kierunku Old Muscat i już po chwili na pobliskim wzgórzu dostrzegliśmy wieżę warowną i mury obronne. Uznaliśmy że na pewno można tam się jakoś dostać, więc zaczęliśmy krążyć wokół wzgórza. Znaleźliśmy wreszcie schody wiodące do jej bramy ale sama brama była zamknięta na głucho. Mimo wszystko ze schodów prawie na szczycie wzgórza rozciągał się piękny widok. Schodząc w dół, zauważyliśmy, że budynek tuż pod wzniesieniem jest całkowicie opuszczony a jego drzwi są otwarte na oścież. Obejrzenie takiego budynku było dla nas bardzo kuszące tak więc najpierw weszliśmy na jego taras, potem zajrzeliśmy przez otwarte drzwi i tak jakoś samo nas coś do środka wciągnęło 😛 ciekawość chyba.

   Port widziany z parku - Muscat Ulice Muscatu Widok z Muscat Gate Muscat Gate

Numerki nad drzwiami pomieszczeń wskazywały, iż kiedyś był to prawdopodobnie hotel. W pomieszczeniach znaleźliśmy już tylko puste półki we wnękach a na jednej ze ścian pusty sejf. W wejściu jakąś przewróconą szafkę i stół a przed nim na tarasie resztki ramy łóżka. Na dachu znaleźliśmy również otwarte pomieszczenie, które sądząc po wystroju mogło być zamieszkane przez jakiegoś bezdomnego. Zdjęć zrobiliśmy sporo bo architektura tego budynku naprawdę była zachwycająca. Jak wyszliśmy z opuszczonego hotelu po schodach wiodących do wieży szła już jakaś turystka.

[M] Relacja w ramach NUET pod tym >linkiem<

Powiedzieliśmy jej, że brama na górze jest zamknięta ale i tak warto tam wejść chociażby z powodu widoków z góry. Wróciliśmy ponownie na główną drogę prowadzącą w kierunku Old Muscat i tu już postanowiliśmy złapać sobie taksówkę.

   Muscat - rejon portu Muscat - rejon portu Muscat - rejon portu Muscat - rejon portu

Dzięki temu, że odeszliśmy już kawałek od Mutrah Souq to cena za przejazd nie była wygórowana, zaledwie 2 OMR. Kierowca już po drodze wyprowadził nas z błędu co do zwiedzania Fortów, powiedział, że w Old Muscat zobaczymy tylko Pałac Al Alam Jego Wysokości Sułtana Qaboos Omanu, pod który nas zawiezie i jakieś muzea ale Fortu żadnego. I faktycznie. Głównym punktem Old Muscat, gdzie zatrzymywali się wszyscy turyści był plac przed Pałacem Sułtana. Można go było zobaczyć tylko z zewnątrz, zrobiliśmy kilka fotek i naszą uwagę znowu przykuło wzgórze z basztą i murami obronnymi.

   Market LuLu Souq Muscat Port Muscat Rejon portu Muscat

Próbowaliśmy podejść trochę w jej kierunku ale zblokowały nas zabudowania pałacowe i bramy, za które wejść już zwykłym śmiertelnikom nie można było 😛 Zanim zaczęliśmy wracać zrobiłam fotkę Mustanga GT, którym ktoś wyjechał sobie na moment z pałacowych bram z miłym dla ucha „klankiem” sportowego silnika. Na plac przed pałacem przybywały ciągle nowe grupy turystów, zabawne było to, że niektórzy z nich zostawali w klimatyzowanym autokarze byleby tylko nie wychodzić na ten upał 😛 Postanowiliśmy wrócić do Mutrah Souq na piechotę bo po drodze widzieliśmy mały park nad brzegiem zatoki.

   Fort Nizwa Fort Nizwa Poczta :) Nizwa

Opuszczając Old Muscat zajrzeliśmy jeszcze na miejscowy komisariat a potem schodami wdrapaliśmy się na górną część sporej bramy wiodącej do tej części miasta. Tam znaleźliśmy muzeum ale niestety zamknięte. Dalej wzdłuż murów schodziliśmy sobie spokojnie w dół na drugą stronę drogi. Do parku doszliśmy przechodząc małym osiedlem domków tuż obok drogi. Okazało się, że w Parku nie spotkaliśmy już żadnych turystów a tylko miejscowych mieszkańców. Nad brzegiem zatoki nazbierałam sobie na pamiątkę muszelek a później usiedliśmy sobie przy jednym ze stoliczków niedaleko brzegu, wypiliśmy kawę i nawet spróbowaliśmy miejscowych lodów.

   Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa

Nie myśląc o niczym podziwialiśmy jak słońce chyli się ku zachodowi a z nadejściem mroku rozświetla się dziwna konstrukcja w kształcie kielicha z półokrągłym wieczkiem na pobliskim wzgórzu. Uznaliśmy, że tam też dojdziemy przed powrotem do hotelu. Spacerkiem doszliśmy do tego wzniesienia ale droga na górę była zagrodzona przez zamkniętą bramę. Z góry schodzili miejscowi i przeskakiwali przez niski płotek z boku tej bramy, widząc, że też planowaliśmy tam pójść zachęcili nas nawet do tego. Po przeskoczeniu płotku ruszyliśmy drogą w górę aż dotarliśmy do tej dziwnej budowli.

   Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa

Na górze u stóp konstrukcji były ławki i punkty widokowe. Myśleliśmy, że uda nam się zejść z drugiej strony wzgórza ale niestety wracać musieliśmy tak jak przyszliśmy a potem dalej podążać w kierunku portu. Po drodze przystanęliśmy jeszcze na chwilę aby podziwić, jak z zatoki wypływają olbrzymie statki pasażerskie. Czas tu mijał bardzo szybko. Jak doszliśmy do Mutrah Souq to postanowiłam jednak od razu kupić kadzielnice, kadzidła i olejki eteryczne bo nie miałam już pewności, czy znajdziemy na to czas później ani czy wszędzie będzie można je tak łatwo kupić.

   Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa

Żeby złapać taksówkę w przyzwoitej cenie znowu musieliśmy odejść kawałek od skupiska restauracyjek i sklepików obleganych przez turystów. Do hotelu a w zasadzie do supermarketu niedaleko hotelu pojechaliśmy za 3 OMR i to po dłuższych pertraktacjach. W supermarkecie zrobiliśmy sobie małe zapasy i zorientowaliśmy się, że kadzidła w Omanie są tak popularne, że w każdym sklepie można kupić je za grosze z wyjątkiem stoisk dla turystów w Mutrah Souq, gdzie trzeba zapłacić za nie już odpowiednio wyższą cenę. W hotelu postanowiliśmy od razu rozliczyć się za dwa noclegi; w recepcji podałam moją kartę płatniczą, pracownik hotelu podał mi pinpad, żebym zatwierdziła transakcję po czym moją kartę wraz z potwierdzeniem zapłaty oddał Marcinowi 😛 było to bardzo zabawne jak mnie ominął, żeby kartę oddać mężowi 😛

   Dawna toaleta :) Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa

Na późną kolację znowu zjedliśmy konserwy i chińskie zupki po czym Marcin zabrał się za wypisywanie kartek pocztowych a ja za pakowanie. Spać poszliśmy dobrze po północy a o 5:27 16.02.2015r obudziło nas nawoływanie do modlitwy z pobliskiego meczetu. Spokojnie mogliśmy się jeszcze przewrócić na drugi bok, bo budzik nastawiony był na 5:50 a autobus mieliśmy dopiero o 8:00. Na śniadanie znowu zjedliśmy coś ze swoich zapasów, zapiliśmy kawą i ruszyliśmy na dalszą tułaczkę. Na dworzec autobusowy podjechaliśmy taksówką. Autobus miał odjeżdżać z 4 stanowiska ale tak nie do końca było to pewne i co jakiś czas przerzucaliśmy plecaki pomiędzy stanowiskiem 3 i 4.

   Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa Łazienka :)

Marcin w międzyczasie próbował zaleźć jakąś skrzynkę pocztową, żeby wysłać pocztówki ale się nie udało. Od Nizwy dzieliło nas jakieś 136km. Stamtąd musieliśmy dostać się do Al Hamra Wilayat. Po dotarciu do Nizwy zrobiliśmy krótki rekonesans za postojem taxi a przed dalszą drogą postanowiliśmy rozejrzeć się jeszcze i przy okazji wymienić jakieś pieniądze na dalszą podróż. W centrum niedaleko miejsca gdzie wysiedliśmy znajdował się Fort i wreszcie mogliśmy całą tą fortecę ze wszystkimi murami i pomieszczeniami zwiedzić. Wejście kosztowało nas raptem 1 OMR a chodzenia było naprawdę dużo.

   Strażnik bagażu :) Fort Nizwa Fort Nizwa Fort Nizwa

Pracownicy jak zobaczyli nas z wielkimi plecakami to sami zaproponowali żeby zostawić je przy ławce obok kasy i zwiedzać Fort bardziej komfortowo. Wewnątrz Fort można było zwiedzać wszerz i wzdłuż, pomieszczenia nad drzwiami miały opisy z ich przeznaczeniem, były w nich zaprezentowane elementy wystroju, łazienki miały tabliczki z opisem Ministerstwa Wody a na samym końcu do zwiedzenia była jeszcze wystawa z elementami biżuterii, urządzeń na co dzień używanych przez Omańczyków, tradycyjnej odzieży oraz uzbrojenia. Plecaków przez cały ten czas pilnował nam śpiący na ławce kotek.

   Ulice Nizwa Stcaj benzynowa w Al Hamra Rejon Jabal Shams Kanion Wadi Ghul

Po wyjściu niedaleko Fortu znaleźliśmy też pocztę i całe szczęście, że Marcin pokazał najpierw nasze kartki pocztowe bo okazało się, że w Muscat podano nam złą wartość znaczków i musieliśmy dokleić jeszcze jeden rządek. Niewiele mieliśmy czasu na zwiedzanie Nizwy i musieliśmy ruszyć już w dalszą drogę do Al Hamry, bo tego dnia planowaliśmy jeszcze zrobić szlak W6 z viaferratą. Okazało się, że o ile przejazd taksówką do miejsca gdzie kończy się w Al Hamra asfalt byłby możliwy o tyle dalej to już trzeba liczyć na wynajęcie jakiegoś jeepa. Za przejazd taksówką do stacji paliw w Al Hamra byliśmy umówieni na kwotę 10 OMR ale prosiliśmy jeszcze kierowcę o ogarnięcie nam jakiegoś jeepa na dalszą trasę. Kierowca starał się jak mógł i przez całą drogę wykonywał telefon za telefonem ale nic nie wskórał.

   Jabal Shems Heights Jabal Shems Heights Kanion Wadi Ghul Kanion Wadi Ghul

Ostatecznie zatrzymał się na umówionej stacji paliw i tam zaczął rozmawiać z kierowcami podjeżdżających jeepów. Ktoś wreszcie dał mu jakiś numer telefonu i załatwił nam dalszy transport. Taksówkarz, który nas przywiózł powiedział jeszcze kierowcy Jeepa, gdzie dokładnie ma nas zawieźć i na całe szczęście bo okazało się, że po angielsku znał on raptem kilka słów. Kierowca za 25 OMR zawiózł nas nawet o jeden camping za daleko ale „nie ma tego złego” i dzięki temu właściciel Campingu nie tylko wskazał mu drogę do właściwego Campingu czyli Jabal Shams Heights Resort ale też pośredniczył Marcinowi w rozmowie i umówiliśmy się, że kierowca wróci po nas w za dwa dni o 9 rano. W Jabal Shams Heights Resort mieliśmy zarezerwowane przez booking.com dwa noclegi z dwoma posiłkami w „namiocie”.

   Nasz namiot Jabal Shems Heights Jabal Shems Heights Jabal Shems Heights

Szybkie zameldowanie się i już chłopak zaprowadził nas do jednego z namiotów. Była to ekskluzywna sułtanka z impregnowanego płótna, wewnątrz wyłożona tradycyjną tkaniną w czerwonych odcieniach i miała wszystkie wygody jakie mogliśmy sobie tylko zażyczyć czyli łóżko, klimatyzator, grzejnik elektryczny, prąd i łazienka z prysznicem. Nic nam do szczęścia więcej nie było trzeba. Jako że zbliżała się już 15:00 a my liczyliśmy na via ferratę w Wielkim Omańskim Kanionie to trzeba było się spieszyć. Do startu szlaku od naszego Campingu mieliśmy do przejścia 5km. Spakowaliśmy do plecaków uprzęże i lonże, zabraliśmy wodę i w drogę.

   Idziemy do W6 Idziemy do W6 Kozy kozy wszędzie kozy :) Idziemy do W6

Po cichu liczyłam, że złapiemy stopa i ten odcinek jakoś przejedziemy jeepem ale niestety Jeep za Jeepem przejeżdżał i nikt nie zamierzał nas podwieźć. Po około 2,5 km okazało się dlaczego; otóż mijały nas jeepy z turystami, którzy zapłacili za komercyjną wycieczkę polegającą na przejażdżce od jednego do drugiego punktu widokowego przy krawędzi kanionu. I tak doszliśmy do pierwszego punktu widokowego a tam wspomniani turyści robili sobie już zdjęcia, z zaciekawieniem przyglądała się im kudłata koza a po drugiej stronie drogi miejscowe kobiety sprzedawały amonity i świecidełka.

   Idziemy do W6 Idziemy do W6 W6 Idziemy do W6

Ten punkt widokowy wcześniej już pokazał nam nasz kierowca jeepa tak więc po zrobieniu zdjęcia kozie ruszyliśmy dalej. Po kolejnych 2,5km wcale nie natrafiliśmy na początek szlaku W-6 tylko na odchodzącą od głównej kolejną boczną drogę. Skręciliśmy tam i jak dochodziliśmy do kolejnego punktu widokowego ponownie jeden za drugim zaczęły nas mijać jeepy z turystami. Nie szliśmy już nawet w kierunku tego punktu widokowego tylko usiedliśmy na chwilę nad brzegiem kanionu i podziwialiśmy go z dala od tłumu. Tą drogą szliśmy jeszcze 2 kilometry do wioski i ostatniego już punktu widokowego przy zejściu na szlak w dół kanionu. Oczywiście i tu zaczęły mijać nas jeepy z oznaczeniami numerycznymi od 1 do 10 robiąc przy tym niezłą burzę piaskową.

   Kozy kozy wszędzie kozy :) Kozy kozy wszędzie kozy :) Kozy kozy wszędzie kozy :) Kozy kozy wszędzie kozy :)

Przynajmniej mieszkańcy wioski zajęli się osaczaniem ich z oferowanymi pamiątkami a nam udało się przemknąć do początku szlaku. Niestety przez to, że trasa jednak była dłuższa nie mieliśmy już za wiele czasu na pójście do początku via ferraty. Mimo wszystko uznaliśmy, że pójdziemy szlakiem kawałek a jak wybije 17ta to wracamy. Na szlaku nawet tłumaczyliśmy się mijanemu Hiszpanowi, że na pewno nie zamierzamy iść do końca trasy i zanim się ściemni to zawrócimy bo by nam chyba zagrodził drogę. Szliśmy może 20min ścieżką po zboczu kanionu i jak doszliśmy do drugiej wiaty to postanowiliśmy odpocząć chwilę, napić się wody i wracać bo dno kanionu zakrywał już coraz większy cień. Jak tak siedzieliśmy i podziwialiśmy piękno tego miejsca przyszły dwie ciekawskie kudłate kozy. Jedna czarno biała pozwoliła się nawet Marcinowi pogłaskać a druga bardziej ostrożna przyglądała się nam stojąc za nią. Czas jednak naglił i trzeba było wracać. Nasz powrót do wioski na początku szlaku zbiegł się z przywozem dzieci ze szkoły i dzięki temu mężczyzna, który je odwoził zaproponował nam podwiezienie. Wysadził nas obok swojej osady niedaleko Campingu na którym się zatrzymaliśmy i nie chciał od nas za to żadnych pieniędzy. Przed obiadokolacją wzięliśmy jeszcze prysznic, ja zimny a Marcin ciepły bo okazało się, że nie wpadłam na to, że przed wejściem do łazienki powinnam włączyć tajemniczy przycisk na ścianie, jak się okazało włączał on bojler 🙂 Obiadokolacja podawana była od godz. 19:00 a śniadanie od godz. 7:00. Menu nie było sztywno określone a każdy mógł sobie skomponować co tylko chciał, do wyboru był makaron z dodatkami, gulasz, ryż z dodatkami, jakieś indyjskie potrawy, do tego daktyle i budyń na deser, kawa i herbata również. W każdym razie ilości nie do przejedzenia. Dokładnie taka sama sytuacja była później ze śniadaniem. Przy takich temperaturach więcej niż dwa posiłki w ciągu dnia nie bylibyśmy w stanie zjeść. Wieczorem posiedzieliśmy jeszcze trochę przed sułtanką podziwiając gwiazdy, księżyc i szczyt Jabal Shams z oświetloną bazą wojskową. Szczyt w zasadzie był na wyciągnięcie ręki, wiedzieliśmy że dzieli nas od niego 9 km i dziwiło nas, że do miejsca gdzie można podejść (bo szlak z uwagi na strefę militarną mija szczyt bokiem kilka metrów poniżej) trzeba maszerować aż 6 godzin. W nocy temperatura oczywiście spadła i przydał się grzejnik elektryczny.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W oddali Wadi Ghul W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Rano zjedliśmy śniadanie i zaraz po zakupie wody na drogę postanowiliśmy ruszyć w górę szlakiem W4, z nadzieją, że jednak pójdzie nam to szybciej i wrócimy przed porą, kiedy słońce najbardziej daje się we znaki. Szlak miał się zaczynać niedaleko naszego Campingu. Szybko natrafiliśmy na trójkolorowe oznaczenie szlaku. Oznaczenia nie były umieszczone na drzewach, bo w tym klimacie o drzewo naprawdę było trudno, były malowane na płaskich kamieniach. Mimo dobrego oznaczenia dojrzenie kolejnych znaków nie było wcale takie łatwe i co jakiś czas chodziliśmy w przód i w tył szukając dalszej drogi. Pierwszy raz zgubiliśmy oznaczenia już na starcie, weszliśmy w jakieś wyschnięte koryto rzeki gdzie znaki nagle zniknęły.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Żeby z niego wyjść i trafić na ścieżkę musieliśmy się kawałek wrócić. Dalej szlak również nas nie rozpieszczał. Szliśmy interwałem w pełnym słońcu, Marcin jak na zegarku zobaczył 37°C to na temperaturę już nie zerkał. Co jakiś czas trzeba było na spokojnie przystanąć i rozejrzeć się dookoła za dalszymi oznaczeniami.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Po około godzinie od wystartowania doszło do nas jeszcze dwóch chłopaków a jak zatrzymaliśmy się nad skrajem kanionu wzdłuż którego przez jakiś czas prowadził szlak to wyminęli nas i ponownie zobaczyliśmy ich dopiero przed końcem trasy. Nawigowaliśmy się głównie oznaczeniami na ziemi ale na wszelki wypadek ścieżkę szlaku mieliśmy też jako mapę w wersji na komórkę i w pdf-ie.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Wg map mieliśmy po drodze mijać małą oazę ale nie dość, że weszliśmy w dolinę, gdzie miała się ona znajdować w zupełnie innym miejscu niż szlak prowadził to na całej trasie nawet najmniejszego źródełka nie znaleźliśmy. Dzięki sokolemu wzrokowi Marcina po drugiej stronie dolinki znaleźliśmy dalsze oznaczenia i szliśmy i szliśmy i szliśmy…

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Na koniec droga prowadziła trawersem poniżej szczytu i strefy militarnej, ostatecznie wyszliśmy na płaski teren tuż przy kolejnym pionowym uskoku, z lewej strony na wyciągnięcie niemal ręki mieliśmy szczyt Jabal Shams a znad ledwo widocznych słupków ogrodzenia widzieliśmy kopułę bazy na szczycie. Mogliśmy iść dalej oznaczonym szlakiem ale po 45 minutach musielibyśmy i tak zawrócić. Uznaliśmy, że byliśmy najbliżej szczytu jak tylko to było możliwe, do tego szliśmy w pełnym słońcu przez około 6 godzin i najwyższa już pora wracać.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

W górę prowadził Marcin a w drodze w dół uznał, że mnie puści przodem, to nie było mądre bo kilka razy pogubiłam oznaczenia a raz tak bardzo, że trzeba było ładnych kilka metrów przejść w bok, żeby zgodnie z trasą na komórce znaleźć się z powrotem na szlaku. W dzień wyszukiwanie oznaczeń szlaku nie jest tam proste a po zmroku byłoby wręcz niemożliwe. Pogubić się tu można bardzo łatwo, tym bardziej, że wokół widać tylko głazy, suche krzaki, wzniesienia a w oddali wyższe góry, żadnych budynków czy charakterystycznych punktów do których można by się było odnieść, no może poza Wielkim kanionem, ale szlak tylko w części prowadzi blisko niego.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Wracaliśmy około 4 godziny. Byłam już tą trasą tak zmęczona, że jak o któryś z kamieni się potknęłam to już nie złapałam równowagi, zdążyłam tylko aparat podnieść w górę, żeby obiektywu nie uszkodzić. Jeśli chodzi o krajobraz jaki mieliśmy okazję podziwiać w ciągu całej trasy to były to płaskie głazy piaskowca na spylonej ziemi, jak już trafiły się kamienie, na których można było przysiąść to miały tak ostre krawędzie, że bałam się poprzecinać na nich spodnie, gdzieniegdzie wyrastały z ziemi suche kępy trawy czy czegoś na jej kształt i podobieństwo, co jakiś czas natrafialiśmy na krzaki jałowca, jeden nawet w tym czasie owocował, drzew natomiast było jak na lekarstwo.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Nigdzie po drodze nie natrafiliśmy na żadne źródło wody mimo że na mapie była zaznaczona jedna oaza. W drodze powrotnej niektórych miejsc nie rozpoznawaliśmy, mimo że mniej więcej trzymaliśmy się szlaku, zaś na niektóre miejsca zapamiętane z drogi w górę w ogóle nie trafiliśmy wracając. Jak zbliżaliśmy się do naszego campingu to słońce już zachodziło. Wróciliśmy idealnie tuż przed kolacją.

   W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. Na szczycie W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. Na szczycie

Tym razem udało mi się już załapać na ciepły prysznic. Kolacja oczywiście znowu w ilości potraw była nie do przejedzenia. Indyjscy kucharze mieli przeurocze czapki kucharskie koloru czarnego, w których przypominali francuskich malarzy a nie kuchmistrzów. Natychmiast po kolacji zasnęliśmy snem sprawiedliwego, dobrze, że zdążyliśmy przed zaśnięciem nastawić budzik na rano. Po śniadaniu spakowaliśmy się a kierowca Jeepa, z którym się umówiliśmy przyjechał nawet przed 9:00. Za 45 OMR zawiózł nas bezpośrednio do Nizwy a stamtąd aby nie tracić czasu do Muscatu pojechaliśmy taksówką za 20 OMR.

   gdzies w trasie :) W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m. W4 - czyli idziemy na Jabal Shams 2980 m n.p.m.

Dzięki temu zyskaliśmy dużo czasu i z Ruwi Bus Station w Muscat mogliśmy wyjechać do Dubaju autobusem jeszcze tego samego dnia o 15:00 bez załatwiania dodatkowych noclegów w stolicy Omanu. Na dworcu autobusowym w Ruwi przekonaliśmy się jak dobrym posunięciem było to, że do tej pory zawsze dzień wcześniej kupowaliśmy bilet. W budynku dworca byliśmy na ponad 2 godziny przed odjazdem autobusu, niestety nie było tam pana, który powinien sprzedawać bilety, nie pojawił się też w ciągu najbliższych dwóch godzin.

   Widoki ze szczytu Widoki ze szczytu Widoki ze szczytu Widoki ze szczytu

Przychodziło coraz więcej osób planujących dojazd do Dubaju, ostatecznie Marcin poszedł spróbować kupić bilet u kierowcy a ja jeszcze czekałam pod kasą na wypadek gdyby jednak ktoś tam przypomniał sobie, że miał przyjść do pracy. Ostatecznie zabrałam nasze plecaki i obładowana jak „camela” dotruchtałam do autobusu. Marcin właśnie dobił targu z kierowcą i mogłam wrzucić plecaki do bagażnika. Niestety z kwitkiem zostało odprawionych kilkanaście osób, głównie narodowości indyjskiej.

   Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4

Przykre ale niestety kierowca sprzedawał bilety najpierw turystom z Europy i Australii dopiero potem brał pod uwagę hindusów. Droga powrotna do ZEA była już prostsza, czekanie na pieczątkę wyjazdową z Omanu krótsze, nie sprawdzał nam już nikt tak dokładnie bagażu a wizy wjazdowe na granicy po stronie Zjednoczonych Emiratów Arabskich też wbito nam do paszportu bez specjalnych formalności. W Dubaju autobus przywiózł nas do tego samego punktu, z którego 14.02.2015r wyruszyliśmy do Omanu, tyle że mieliśmy już 18.02.2015r. I tak zakończyła się nasza krótka ale za to intensywna przygoda z Omanem w tle.

   Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4

[M] Kilka technicznych podpowiedzi:

Ogólnie ciężko cokolwiek znaleźć w naszym ojczystym języku o Omanie, głównie trzeba się przebijać przez anglojęzyczne fora i pewnie też dużo jest na niemieckich (Niemców tam  chmara), ja postaram się przybliżyć trochę technicznych aspektów w naszym rodzimym języku 🙂
Dodać należy, że Oman to bardzo bezpieczny kraj do tego tolerancyjny nikt specjalnie nie interesuje się ubiorem Europejek a miejscowe dziewczyny chodzą ubrane jak chcą widzieliśmy i takie w burkach i takie ubrane po Europejsku. Problem jest z alkoholem bo praktycznie go nigdzie nie można kupić. W sklepach można trafić na piwo bezalkoholowe co smakuje jak fanta 🙂 Pewnie da się gdzieś coś załatwić ale jakoś nam szczególnie nie było to potrzebne i nie zgłębialiśmy tego tematu :P:P pewnie dlatego, że czasu zbytnio nie było 🙂
A do wszystkich nawiedzonych krzykaczy; co do burek, sugeruje pobyć trochę w normalnych ciuchach przy burzy piaskowej od razu się punkt widzenia zmieni na korzyść burki 😛

   Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4 Na szlaku W4

Transport:

Dubai – Muscat
Dworzec (przystanek) ONTC (omańska sieć Autobusowa) w Dubaju: autobusy odjeżdżają o 7:00, 15:00 i 23:00 cena 55AED w jedną stronę
namiary GPS: 25.260361 55.331243

Muscat – Dubai
Dworzec ONTC w Muscacie (Ruwi Bus Station): autobusy odjeżdżają o 6:00, 15:00 i 23:00 cena
5.50OMR w jedną stronę.
namiary GPS: 23.595346 58.545994

Muscat – Nizwa
Dworzec ONTC w Muscacie (Ruwi Bus Station): autobusy odjeżdżają o 8:00, 14:30 cena
1.90OMR w jedną stronę.
namiary GPS: 23.595346 58.545994

   Na szlaku W4 Koza przewodnik Na szlaku W4 Na szlaku W4

z powrotem nie wracaliśmy autobusem ale dworzec autobusowy w Nizwa jest niedaleko Fortu a autobusy odjeżdżają 8:30 i 17:30 (informacja z netu nie przetestowana przez nas)

Wracaliśmy taksówką, cena za taksi z Nizwa do Muscatu to 20-25 OMR my zapłaciliśmy 20.
Po Muscacie poruszaliśmy się taksówkami. Warto wiedzieć jaka jest odległość między nami a punktem docelowym wtedy rozsądniej jest wynegocjować cenę, my oscylowaliśmy między 1 a 2 OMR za kurs, taksówkarze startowali od 5 OMR szczególnie w porcie.
Trochę kombinacji jest z dostaniem się z Nizwa w góry, bo zwykła taksówka nie chce tam jechać mimo tego, że droga jest spokojnie przejezdna. Jak ktoś chce wypożyczać samochód to zwykłą Yariską bez problemu dojedzie do Jabel Shams Heights. Na forach sugerują auto o napędzie 4×4 ale to bzdura, droga jest w bardzo dobrym stanie (część asfaltowa, część kamienista) de facto u nas w kraju bywają gorsze.

   Na szlaku W4 Na szlaku W4 Jabal Shems Heights Na szlaku W4

Mapy OSM pod MAPS ME (android) są idealne i naprawdę nie trzeba niczego specjalnie szukać do tego są free a MAPS ME działa offline

Internet:
w hotelach bez problemów, jak coś to sugeruję zlokalizować router ( wiszą na korytarzach) i go ręcznie zresetować. W Muscacie w porcie jest hot-spot zaraz obok souq-u, net szybki za free przez 2 godziny od czasu zalogowania. W górach netu brak.

Wiza:
Nas wiza wjazdowa do Omanu kosztowała 5 OMR (osoba), potrzebowaliśmy 5 dni dostaliśmy 10, oficerowie na granicy bardzo sympatyczni, odprawa przebiega szybko i sprawnie. W sali odpraw jest bankomat, trzeba też wypisać druk nie ma w nim żadnej filozofii standardowo imię nazwisko numer paszportu, adres, zawód, powód pobytu etc. druk po angielsku i arabsku

Hotele:
My korzystaliśmy z dwóch:
w Muscacie:
Delmon Hotel Apartments
w górach:
Jabal Shems Heights

Co do tego w górach są dwa Jabal Shems-y jeden bliżej Nizwy drugi dalej i tak ten bliżej jest przy szlaku W4 na Jabal Shems (szczyt) a drugi bliżej startu szlaku W6 czyli drugiej części kanionu (jakieś 2km do punktu startowego) ten drugi bardziej oblegany przez niemieckich turystów.
Warto też pogrzebać na stronie Ministerstwa Turystki Omanu (po angielsku), można znaleźć mapki szlaków górskich( w pdf-ie ) i dużo informacji gdzie co i jak. Jak ktoś ma problem ze znalezieniem to mogę na maila podesłać mapki W4, W6 i W6a (kontakt z nami przez formularz kontaktowy w zakładce „O nas”)

www.omantourism.gov.om

Zakupy:
Odradzam souq w porcie w Muscacie drogo i użeranie się ze sprzedawcami, jak kogoś to kręci i zna ceny może się pobawić ale na dłuższą metę jest to męczące do tego czułem się jak w Indiach; wieczne ktoś coś ode mnie chciał. Suweniry, które tam można kupić są w 90 % „made in China” bądź „made in India” a to samo kupimy w marketach np. niedaleko Delmon Hotel, gdzie spaliśmy jest LuLu Market a w dzielnicy Ruwi można spokojnie znaleźć mniejsze markety, gdzie jest to samo i w cenie 10 razy niższej niż na souq-u.

Poczta:
Znaczki na kartkę pocztową do Europy kosztują 300 baisa (1000 baisa to 1 OMR). W zeszłym roku z tego co mówił pan na poczcie kosztowały jeszcze 150 baisa ale obecnie jest 300. Nam mistrz w porcie wsadził znaczki za 150 baisa i gdyby nie to, że Bożenka uparła się żebym nie puszczał kartek w Muscacie mielibyśmy „zonka”. Kartki przychodzą do Polski w trybie ekspresowym, część doszła jeszcze jak byliśmy poza krajem a część kilka dni po powrocie.