... czyli podróże małe i duże ...

Hanoi Sapa 2013

                                                      … czyli na dachu Indochin

Wietnam

Terminy urlopów na 2013r zaplanowane już na początku roku ale planu jak je wykorzystać żadnego konkretnego nadal nie było. Przechodząc obok jednego ze słupów ogłoszeniowych w Pszczynie zauważyłam informację o spotkaniu z Romanem Husarskim, jakie miało się odbyć 9 lutego 2013r w przytulnej kawiarence na naszym osiedlu tj. Bygsy’s Jazz Club. Slajdowisko miało dotyczyć Wietnamu 🙂 spotkanie zapowiadało się ciekawie więc wybraliśmy się na nie z Asią i Tomkiem. „Włóczykij” zainspirował nas swoimi opowieściami o tym pięknym kraju a jego naprawdę świetne zdjęcia zapierały dech w piersiach 🙂 a już po zobaczeniu zdjęć z rejonu górskiego Sapa klamka zapadła 🙂 Szczęśliwymi posiadaczami biletów lotniczych linii Finnair staliśmy się już w maju 2013r i z niecierpliwością odliczaliśmy czas do końca sierpnia 🙂 Towarzyszyć miał nam w tej podróży Dawid 🙂 Jak przed każdym wyjazdem za pakowanie zabraliśmy się dopiero na dzień przed 😛 23 sierpnia 2013r kolega Kocpur 🙂 Kacper odstawił nas na lotnisko, chociaż przez moje gapiostwo musiał jeszcze się wracać bo o mało co aparat fotograficzny zostałby w domu 🙂 Na lotnisku dosłownie na pół godziny przed odlotem okazało się, że Dawid miał awarię samochodu i utknął 17 kilometrów przed Krakowem 🙁 jeszcze mieliśmy nadzieję, że to jeden z jego kolejnych żartów ale niestety na samolot już nie zdążył a wielka szkoda 🙁
Pierwszy lot króciutki o  2:00 nad ranem byliśmy w Finlandii i tam spędziliśmy następne 14 godzin 🙂 najpierw drzemka a potem zwiedzanie lotniska dla zabicia czasu. Następny lot trwał już 10 godzin i tak 24 sierpnia 2013r wylądowaliśmy w Hanoi.

Hanoi ( Hà Nội)

Pierwsze co odczuliśmy to uderzenie wilgotnego i ciepłego powietrza po wejściu na nieklimatyzowaną część lotniska. Tam pierwsze problemy z wymianą waluty 🙂 możliwe i owszem ale po zbójeckim kursie i oczywiście tylko w większej kwocie. Na szczęście na lotnisku znajdował się też bankomat i to nam wystarczyło na początek. Po lekturze różnych blogów na temat Hanoi wiedzieliśmy, że zamiast szukać taksówki mamy udać się na przystanek autobusowy. Zapytaliśmy miłego 😉 Pana, który chciał wymienić nam pieniądze po dziwnym kursie jak dostać się na autobus i gdzie przystanek się znajduje 🙂 uzyskaliśmy wyczerpującą informację, że autobusy są na zewnątrz lotniska 😛 I faktycznie były 😛 trzeba się było tylko rozejrzeć i znaleźliśmy i przystanek i właściwy autobus linii nr 17.

[M] Ogólnie byłem przygotowany na to, że Wietnamczycy to naród niezbyt sympatyczny, nie mający nic wspólnego z fantastycznymi Nepalczykami, ale też im się zbytnio nie dziwie i mili Francuzi i mili Amerykanie niezłą rozpierduchę im w kraju zrobili, co też pewnie przedkłada się na stosunek do „białych”, staram się być obiektywny mimo zasłyszanych opinii, ale na lotnisku mój „bucometr” ustawił się na 10 na niekorzyść Wietnamczyków. Dlaczego, aż tak bardzo ? Ano nie lubię i to bardzo prostactwa i taniego cwaniactwa a to na starcie zaliczyliśmy na lotnisku. W autobusie opadł do 7 dzięki „oficerowi autobusowemu” (o nim Bożenka wspomina niżej) pan może był oschły i służbista, ale konkretny w tym co robił dlatego też zaskarbił sobie u mnie dużą sympatie i szacunek (ogólnie takiego stosunku do obcych spodziewałem się w Wietnamie,  a nie taniego cwaniactwa jak na lotnisku).

   Przeprawa przez drogę Tory w Hanoi Ulice Hanoi Galeria handlowa,Hanoi Ulica stała się targowiskiem

Dobrze że mieliśmy wysiąść w centrum na ostatnim przystanku Long Bien bo mimo że każdy przystanek był podany przez głośnik to nazwy te nic nam nie mówiły. Jazda trwała około 70 min a bilety kosztowały zawrotną  kwotę 7000 VND tj. około 1,5 zł, przejazd taksówką kosztowałby nas 20USD.  Przejażdżka autobusem była bardzo ciekawa a podróżnych dyscyplinował Pan w mundurze sprzedający bilety i ustawiający podróżnych na odpowiednich miejscach. Autobus wyglądał jak spotykane u nas węgierskie Ikarusy wykorzystywane jako autobusy podmiejskie tyle że wyposażony w klimatyzację. Oprócz nas na tą przejażdżkę zdecydowała się jeszcze para anglików, reszta prawdopodobnie dała się namówić na przejazdy taksówkami 🙂 Ostatni przystanek i wysiadamy 🙂 no i gdzie teraz 😛 kluczyliśmy trochę wąskimi uliczkami co raz natykaliśmy się na parę anglików, która też szukała jakiegokolwiek hostelu.

[M] Oficer autobusowy, fantastycznie układał ludzi w autobusie, skarcił anglika jak wywalił nogi na przejście :), a jak weszła starsza kobieta od razu dla niej znalazło się miejsce, już widzę  jakiegoś „gimbazowego” przygłupa słuchającego w takim autobusie hip hopu z komórki bez słuchawek, bardzo szybko by się z niego katapultował na zewnątrz :):)

Wreszcie się nam udało, zobaczyliśmy pierwszy napis Family Hostel i dalej się nam już nie chciało szukać 😛 w sumie hostel jak hostel, ostatecznie go nie polecamy bo w tej samej cenie tj. 15USD za nocleg na osobę można znaleźć wiele w okolicy 🙂 my jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Pokój co prawda z klimatyzacją, dużym łóżkiem, telewizorem i łazienką ale bez okien.

[M] Taka mała rada: w Hanoi jak szukasz noclegu włącz sobie wi-fi w komórce. Łatwiej trafić, bo szyldów na początku naprawdę nie widać a wietnamski trudna języka :P.

Nie wiem czy to przez brak okna  czy też przez tak odmienny klimat ale pierwsze dwie doby spaliśmy po 12-14 godzin. Każdego wieczoru oglądaliśmy kreskówkę „Oggy and the Cockroaches” a w dzień pokoju pilnowały dwa gekony baraszkujące wesoło po ścianach i bawiące się z nami w chowanego ale dzięki nim nie mieliśmy w pokoju mrówek 🙂 W Hanoi zostaliśmy przez 3 dni. Po rozpakowaniu zdrzemnęliśmy się jeszcze i dopiero po południu zaczęliśmy zwiedzanie najbliższej okolicy. W przewodniku mieliśmy mapę  do tego GPS więc nie było strachu, można było śmiało wejść w każdy zakamarek dzielnicy 🙂 I warto tu wspomnieć, że nie należy zapamiętywać drogi powrotnej po tym, kolo jakiego sklepiku czy straganu należy skręcić 😛 bo w tym samym miejscu wczesnym rankiem może być restauracja z masą stoliczków na chodniku, po porze śniadaniowej stoliki znikają, w miejscu tym robi się parking na kilkanaście skuterów, które można wypożyczyć a wieczorem znowu zamiast skuterów mamy stoliczki. W niedzielę wieczorem do tego główna ulica zamieniła się w długi plac targowy i dopiero można było się zagubić 🙂 Warto tu wspomnieć o miejscowej galerii handlowej 🙂 wygląda zupełnie jak u nas 🙂 no prawie 🙂 duży budynek, ruchome schody, na dole okazała fontanna z egzotycznymi rybami ale zamiast sklepików tłumy sprzedawców z rozstawionymi stolikami i masą towaru 🙂 sama nie wiem jak byli w stanie na tak małej powierzchni jaką każdy z nich zajmował zgromadzić tyle towaru. Znaleźliśmy sobie ulubioną restauracyjkę, gdzie dostawaliśmy na stoliczek  (taki plastikowy dla dzieci można powiedzieć) grill, surowe mięsko z prosiaczka i warzywa do grillowania a do tego makaron ryżowy, sos sojowy z czosnkiem, sałatę i bułeczkę no i pałeczki 😛 i zaczynała się zabawa 😛 ale było i smacznie i zabawnie.

Filmik z posiłku 🙂

[M] Mimo tego, iż „miła” Wietnamka skubnęła mnie na koszulce z gwiazdą Wietnamu 🙂 mój bucometr poszedł o kolejne punkty w dół,  streetfood był wyborny, było wreszcie wi-fi, Wietnamczycy w knajpie byli bardzo sympatyczni, polecili nam piwko Tiger, które było wyśmienite a pichcenie kolacji polecam każdemu 🙂 bucometr ustawił się na 1 🙂

Spróbowaliśmy też miejscowego fastfooda 🙂 coś na kształt naszego McDonald’s ale nazywało się Loteria, wybraliśmy hamburgery krewetkowe w zestawie z frytkami i colą, bardzo smaczne, do tego oprócz ketchupu można było do frytek sobie nałożyć sosu chilli z podajnika 🙂 piekielnie ostry 🙂 pyyyycha.

[M] W Loteri zmuszeni byliśmy w tv oglądać i słuchać koreańskie/wietnamskie boys/girls bandy masakra 🙂 ( w skrócie: takie miałczenie i 5-6 osób robi to samo co frontman, mi to przypominało stare teledyski dj Bobo i Just 5, ale śpiew był overpower)

   Uliczki Hanoi nocą Czerwony most :P

Chciałam też spróbować smakowitego ciacha w jednej z cukierni ([M] hehe ja bym tego cukiernią nie nazwał) czy czegoś na tą nutę ale się z Panem kompletnie nie dogadałam nawet na migi i obeszłam się smakiem. Niestety z językiem angielskim jest tu dosyć krucho a jak ktoś nie widzi sensu w próbie dogadania się z tobą to cię po prostu zignoruje 🙂

[M] Inaczej, po angielsku dużo osób gada, ale jak nie widzi w tym interesu to olewa, a interes widzą na każdym kroku, „biały” nazywa się „muuuu” z pełnymi wymionami kasy (btw to jest ciągle moja opinia po trzech dniach, trochę odkryję rąbka tajemnicy….. bardzo się ona zmieniła, oj bardzo, na chwilę obecną ciągle zostawał niesmak po lotnisku  )

Spróbowaliśmy też mrożonej herbaty z limonką za 10000VND sprzedawanej na ulicy i choć żołądek to później odchorował to i tak było warto bo w tym ciepłym i wilgotnym klimacie wszystko co z lodem jest zbawieniem 🙂 znaleźliśmy sobie miejscowy sklepik z sokami ze świeżych owoców i przy okazji spacerów uliczkami miasta jeszcze do niego wracaliśmy. Największą atrakcją dzielnicy w której byliśmy było chyba jeziorko i teatr lalek na wodzie ale widziany na wielu zdjęciach w przewodnikach czerwony most wiodący do wyspy jest jednak przereklamowany a tłumy ludzi na nim raczej odstraszają 🙂 Wietnamczycy to naród niesamowity 🙂 wieczorem i rankiem wiele osób chodzi po ulicy w piżamach, w piżamach uprawia poranną lub wieczorną gimnastykę w parku, przy wspomnianym jeziorze nawet grupa kobiet przy skocznej muzyce Vengaboys uprawiała areobik. Ulice są tu pełne skuterów, sztuką jest przejście przez drogę, trzeba się zdecydować i iść a skutery i inni uczestnicy ruchu już sami znajdą sposób żeby cię ominąć, nie można się tylko zatrzymywać bo tego się nie spodziewają 😛 Dzień przed zaplanowanym wyjazdem do Lao Cai, skąd mieliśmy dostać się do Sapa udaliśmy się na Dworzec Kolejowy. Szliśmy mniej więcej tak jak prowadziły nas tory, niejednokrotnie przechodziły w odległości metra od budynków mieszkalnych po obu ich stronach 🙂 Po jakimś czasie tory zniknęły za wielką bramą zamkniętą na łańcuch 🙂 bingo 🙂 musieliśmy być blisko :). No i dotarliśmy, znaleźliśmy budynek dworca w którym sprzedawane były bilety i Marcin najpierw udał się do kasy turystycznej 🙂 tam Pani chciała mu sprzedać bilet dla ekscentrycznych i rozrzutnych turystów 😛 my już wiedzieliśmy o jakie miejsce w jakiej kuszetce mamy pytać więc Pani skierowała nas do kasy dla miejscowych podróżników 🙂 tam jeszcze trwała krótka dyskusja, w której Pani odradzała Marcinowi miejsce na górnym łóżku w kuszetce  ale go nie zraziła i udało się kupić bilety do Lao Cai po 380000VND, w kasie turystycznej proponowano nam bilety za 40USD.  Do tej pory to my próbowaliśmy dogadać się z miejscowymi bo my mieliśmy zawsze jakąś sprawę, tym razem do Marcina podszedł starszy miły Wietnamczyk, nie znał żadnego z europejskich języków więc wziął go za rękę i zaprowadził pod wiszący dość wysoko na ścianie telewizor LCD po czym pokazał w górę na przycisk 🙂 a jednak niewiele trzeba aby się porozumieć 🙂 Marcin dumnie przełączył Panu kanał a ten uśmiechem i kilkoma niezrozumiałymi dla nas słowami podziękował 🙂

[M] Bucometr opadł do -2 mimo że dwie Wietnamki polewały ze mnie, iż nie zmieszczę się w kuszetce ale było to takie sympatyczne do tego ten starszy Wietnamczyk więc też włączyła mi się „kalkuta”:)

Poszliśmy jeszcze obejrzeć poczekalnie przy peronie z którego będziemy wyjeżdżać 🙂 oczywiście drzwi na peron zamknięte na łańcuch 🙂 pasażerowie na peron wpuszczani są na pół godziny przed odjazdem po okazaniu biletu na pociąg bądź w przypadku osób oczekujących na kogoś lub żegnających bliskich, biletu na wejście na peron 😛 takie dziwne rzeczy 🙂 Na następny dzień wieczorem spakowaliśmy się i ruszyliśmy z plecakami na dworzec. Przed odjazdem zjedliśmy jeszcze coś w stylu hot-doga a później Marcin wmawiał mi, że to był hot dog z psa, swoją drogą wędzone psy na stoiskach przy drodze to nie był na ulicach Hanoi dziwny widok. Po zajęciu miejsc w wagonie okazało się  jednak, że Pani która mówiła Marcinowi, iż na górnej łóżku się nie wyśpi myliła się. Kuszetki różniły się tylko tym od tych w naszych pociągach, że zamiast 4 miejsc sypialnych było ich 6 no i klimatyzacja 🙂 Po całonocnej podróży byliśmy w Lao Cai a tam już
trwała walka kierowców busów o turystów jadących do Sapa

Sapa i Fansipan  (Phan Xi Păng) 3143m npm

My chcieliśmy jeszcze kupić bilety powrotne do Hanoi ale kierowca uparcie powtarzał, że kasy na pewno nie są czynne od 6:00 a od 9:30, i faktycznie na otwarcie kas się nie doczekaliśmy. Do Lao Cai wyruszyliśmy 28 sierpnia 2013r a 29 byliśmy na miejscu. Sapa znajdowała się ponad 30 kilometrów od Lao Cai.

[M] zapłaciliśmy tam trochę frycowe bo 50 000 VND za przejazd, można było 20 – 30 000, ale nie chciało mi się użerać z kierowcą.

Kierowca wywiózł nas oczywiście do zaprzyjaźnionego Hotelu a my nauczeni jesteśmy, że jednak trzeba szukać czegoś innego niż miejsce do którego podwozi cię ktoś pod same drzwi. Chodziliśmy od Hotelu do Hotelu, ceny stopniowo spadały 🙂 15 USD, 12 USD i wreszcie trafiliśmy na Akon`a 🙂 sympatycznego Wietnamczyka, który oczywiście na rapera nie wyglądał ale coś w sobie albo na sobie miał 🙂 srebrny gruby łańcuszek na przykład 🙂 (tak naprawdę przedstawił  się jako Ben ale nam bardziej pasuje Akon) Zaproponował pokoje w Hotelu Mimosa w cenie 8USD i nas do siebie przekonał 🙂

   Hotel Mimosa, Sapa Wschód słońca, droga na Fansipan Zieleń :) We Can Do It na trasie...

Hotel znajdował się przy targowisku 🙂 niestety zmęczenie po całonocnej podróży dało się nam we znaki i tak udało się w tym miejscu drobnemu złodziejaszkowi wejść w posiadanie naszego GPS’u,

[M] Rzadko się zdarza, że jak coś mi zostaje skradzione mam dobry humor, w tym przypadku totalnie z Bożenką to zlaliśmy Sapa zauroczyła nas zupełnie, nikt specjalnie nas nie chciał „skubać”, widoki cudowne bo to przecież góóóóóóóóóóóórrrrrrrrrrrryyyyyyyyyyyyyy!!!!! temperatura spadła i czuliśmy się jak w porze letniej w naszym kraju 🙂 Bożenka tez nie wspomniała, iż w pierwszym pokazanym nam pokoju znajdował się miły robalek wielkości pudełka zapałek leżał na plecach i sympatycznie machał do nas nóżkami 😛 Drugi pokój był już bez małego przyjaciela 😛 pokoje z łazienka i tv 🙂 ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przynajmniej pojawił się pretekst do kupienia sobie lepszego 🙂 Tu w pokojach nie było już klimatyzacji ale rejon górski nie jest tak gorący jak Hanoi i wentylator w pokoju też dobrze się spisywał. Od razu zapytaliśmy naszego Akona o wycieczkę jednodniową na Fansipan. Okazało się, że ma zaprzyjaźnionego przewodnika a zorganizowanie wycieczki będzie nas kosztowało po 40USD, oczywiście trochę się potargowaliśmy i ostatecznie wyszło 35USD. Mieliśmy być gotowi do drogi o 5 rano. Chłopak z hotelu uparcie twierdził jednak, że ja nie będę w stanie wejść na ten szczyt bo mam za chude w przeciwieństwie do Marcina łydki, jeszcze raz kiedy  spotkaliśmy go wieczorem to nadal wyrażał to zaniepokojenie moją kondycją 🙂 Okazało się też, że nie musimy się martwić biletem kolejowym do Hanoi bo może nam załatwić bilety na autobus sypialny do stolicy na co się zdecydowaliśmy 🙂

[M] i to w normalniej cenie a nie w wersji dla ekscentrycznych turystów 😛

Po średnio przespanej nocy o 5 rano zeszliśmy do recepcji hotelu. Przewodnik niedługo potem się pojawił ale ani on do nas ani my do niego przejść nie mogliśmy przez zamknięte na łańcuch szklane drzwi 😛 przewodnik o imieniu Hă na szczęście miał numer telefonu do Akon`a i ten zaspany chwilę później wyszedł otworzyć. Z tego co się orientowaliśmy do  punktu startowego naszej trasy mieliśmy 10km, szliśmy za przewodnikiem jak sądziliśmy do jakiegoś samochodu może nawet jeepa 🙂 a tymczasem czekały na nas 2 skutery 🙂 Marcina przewiózł na skuterze znajomy przewodnika a ja jechałam na drugim z przewodnikiem i jego żoną 🙂 Pogoda nam się udała o tyle, że tej nocy nie padało 🙂 I tak dotarliśmy do nieznanego nam miejsca, gdzie z drogi weszliśmy w las a w zasadzie już można powiedzieć w dżunglę. Początkowo szliśmy po ciemku tylko z latarkami wąską ścieżką, ciężko było utrzymać tempo przewodnika bo on każdy kamień znał tu na pamięć a my musieliśmy świecić sobie pod nogi. W pewnym momencie Marcin zniknął 🙂 okazało się, że po klatkę piersiową wpadł do jakiejś dziury w ziemi 🙂 na szczęście skończyło się tylko na śmiechu, potarganej koszulce i paru zadrapaniach na brzuchu.  W drodze towarzyszył nam bardzo dziwny dźwięk, nie przypominający odgłosów żadnych znanych nam zwierząt, było to coś jakby przeraźliwe buczenie transformatora. Z ciekawości zapytaliśmy naszego przewodnika co to za odgłos a on jako człowiek z dużym poczuciem humoru odpowiedział, że w całym Wietnamie nie wiedzą 😛 Zrobiliśmy krótki odpoczynek, Marcin zauważył rozłożoną płachtę a jak ją odwrócił ukazał się nam napis „We can do it” 🙂 to była dobra wróżba 🙂  dalej  przestraszyliśmy  dzikiego konia pasącego się przy rzece :)kiedy weszliśmy na jakieś wzniesienie, zaczęło świtać i widoki dookoła były niesamowite:) Po drodze do pierwszego Base Campu spotkaliśmy jeszcze Wietnamczyka schodzącego w dół z koszem po dostarczonym towarze i małym psiakiem. Po rozmowie naszego przewodnika  z nim ruszyliśmy dalej w górę a psiak uznał że też z nami pójdzie. W Base Campie nie zatrzymywaliśmy się dłużej i po krótkiej zabawie z drugim szczeniakiem ruszyliśmy w dalszą drogę. Trudności na drodze zaczęły narastać, to już była nie tylko mokra stroma skała ale też  pionowe metalowe drabiny  i miejsca tak strome, że nie brałam ich pod uwagę, rozglądając się za dalszą częścią trasy 😛 ale uparliśmy się, że wejdziemy 🙂 Tuż przed drugim Base Campem zapytaliśmy przewodnika jak długo jeszcze na górę 🙂 i takiej odpowiedzi się nie spodziewaliśmy 🙂 to miały być jeszcze 4 godziny 🙂 Przy drugim Base Campie przeszliśmy już kryzys i zastanawialiśmy się nad odwrotem, jednak na wyczerpanie organizmu pomógł nam cukier z Coca-Coli i skondensowane mleko, którym poczęstował nas przewodnik. Zdecydowaliśmy się na dalsza trasę. Było ciężko bo trasa cały czas prowadziła a to w górę a to w dół, wiedzieliśmy że droga powrotna będzie przez to tak samo ciężka jak na szczyt. Po drodze minęli nas jeszcze chłopcy w wieku około 17 lat, z którymi spotkaliśmy się ponownie na szczycie. Charakterystyczny metalowy obelisk na dachu Indochin tj na 3143m n.p.m. osiągnęłiśmy około godz. 12:30, w chwilach zwątpienia podnosił nas na duchu przewodnik i mobilizował żeby iść dalej. Na szczycie zadzwonił do naszego Akon`a i dał mu Marcina do telefonu 😛 oj coś mi się wydaje, że chodziło o zakład o to czy dotrzemy na szczyt czy nie 😛

   Jeszcze tylko 4 godziny :) Piesiałki blisko.... Jedno z podejść Cała ekipa na szczycie

[M] Przewodnik i chłopaki na szczycie byli naprawdę bomba, porobili nam zdjęcia i aparatem i komórkami, nawet zauważyli, iż używam systemu operacyjnego MIUI w komórce co ich trochę zdziwiło, bo system ten jest bardzo popularny w Chinach 🙂  Tam też pojawił się pan Strażnik Parku i zaczęły się „kredki” nasz przewodnik z tryskającego humorem zmienił się w bardzo smutnego ale o tym dalej napisze Bożenka.

Szczyt osiągnęliśmy i nasz przewodnik był tym, który obstawiał że wejdziemy ale dla niego ta wycieczka nie skończyła się zbyt wesoło. Okazało się, że nie wykupił pozwolenia na wejście z nami do Parku i schodząc ze szczytu otrzymał mandat 1000000VND, niestety chłopcy, którzy weszli przed nami też dostali mandaty, a ta kwota to jest tam miesięczny zarobek 🙁 Nasz przewodnik tryskający całą drogę humorem posmutniał w jednej chwili. Zawsze z Marcinem w tej samej chwili wpadamy na ten sam pomysł. Nasza podróż po Wietnamie i tak dobiegała końca a trochę pieniędzy nam zostało więc postanowiliśmy dać mu połowę na pokrycie mandatu.

[M] Schodzimy i schodzimy nasz przewodnik bardzo smutny…. tłumaczy nam, ze jest złym człowiekiem bo nie zapłacił za pozwolenie i dlatego dostał taką wysoką karę, było bardzo mocno po nim widać, że go to dotknęło (łzy w oczach), jakoś tak z Bożenką doszliśmy do wniosku w tym samym momencie :), że damy mu połowę, ale gadającym znowu miałem być ja 😛 Dlatego też zapytałem go o „Trzech Muszkieterów” Aleksandra Dumasa, nie za bardzo wiedział o co nam chodzi z tą książką, więc pytam go dalej czy coś mu mówi zdanie „jeden za wszystkich wszyscy za jednego” nasz przewodnik robi coraz bardziej zdziwioną minę więc tłumacze mu, że jesteśmy drużyną a drużyna razem się wspiera i dajemy mu 500 000 VND, co się działo opisała poniżej Bożenka 🙂 Chłopak był tak szczęśliwy, że chciał nas zaprosić na kolację do siebie do domu, żebyśmy poznali jego dzieci i żonę. Na propozycję odwdzięczenia się jednak nie przystaliśmy bo byliśmy już skrajnie wycieńczeni i marzyliśmy tylko o łóżku.

[M] Ja po drodze zaliczyłem masaż łydek i posmarowanie ich „maścią kotek” najlepsze jest to, ze na drugi dzień dzięki temu nie miałem zakwasów, których się bardzo spodziewałem.

Trasa zajęła nam 15 godzin w ciągu których szybkim marszem pokonaliśmy 40km, również w błocie, którego nie lubię 🙂 niesamowite było to, że przewodnik miał niskie sportowe buty i białe skarpetki i do samego końca trasy skarpetki miał bialutkie 🙂 my z Marcinem mieliśmy wysokie skórzane buty trekingowe i byliśmy w błocie po kolana 😛 Droga powrotna po zejściu ze szlaku wyglądała tak jak rano tj. z wiatrem we włosach na skuterkach 🙂 tym razem przewodnik z żoną usadowili mnie na skuterze na środkowym miejscu, pewnie żebym po drodze im nie wypadła 😛 musiałam wyglądać na bardzo wyczerpaną :P:P

[M] Udało mi się przed odjazdem nagrać nocną burze w chmurach wygląda to niesamowicie, postaram się umieścić link na stronie.

Filmik z burzą

Prawdopodobnie już po drodze przewodnik opowiedział historię z mandatem żonie, bo jak ona  poszła odstawić skuter a przewodnik odstawił nas do hotelu to niedługo potem przyszła tam nas poznać matka przewodnika 🙂 było to bardzo miłe 🙂 a że my byliśmy z jego dopingu i motywowania nas na trasie bardzo zadowoleni to daliśmy mu jeszcze kilka dolarów dodatkowo bo nie wiem jakie wynagrodzenie za tą wycieczkę otrzymał od Hotelu 🙂

   Dach Indochin Widok z Hotelu Mimosa Sapa Bus sypialny :)

Akon oczywiście wpadł później do nas do pokoju obejrzeć zdjęcia ze szczytu 😛 albo upewnić się, że na pewno tam weszliśmy 🙂 i podziękował za gest w stosunku do przewodnika 🙂 dla nas to było raczej naturalne i ludzkie zachowanie ale tam może rzadko spotykane. Następny dzień myśleliśmy spędzić oglądając okoliczne wodospady przed wieczornym wyjazdem do Hanoi ale zakwasy nam na to nie pozwoliły.

[M] Ja nie miałem zakwasów 😛 Wspomnieć należy również o tym jak szukaliśmy poczty, nie było to łatwe gdyż Urząd Pocztowy który znaliśmy był otwarty ale bez pani urzędniczki i co za tym idzie chwile sprzedawałem rajstopy, czytałem wietnamskie gazety. Gdy się nam znudziło to od anglojęzycznego Wietnamczyka dowiedzieliśmy się, że jest drugi urząd i to tzw. główny. Zaczęliśmy go szukać z tym, że nie było to łatwe „post office” większość Wietnamczyków nie rozumie. Liczyłem, iż młodzi ludzie będą anglojęzyczni  podszedłem w restauracji do chłopaka i dziewczyny ale nie udało się dogadać (pierwsze podejście), odeszliśmy kawałek przypomniałem sobie, że na komórce mam Lingopala i znalazłem na nim zwrot po wietnamsku na temat poczty, powróciliśmy do tych sympatycznych młodych ludzi i pokazaliśmy im pytanie po wietnamsku 🙂 co zaowocowało od razu chęcią pomocy i sympatyczna para pokazała nam gdzie jest urząd pocztowy. W urzędzie było ok, młody chłopak był anglojęzyczny i udało nam się wysłać około 20-tu kartek do znajomych 😛 Odnieśliśmy wrażenie, jakby Wietnamczycy nie wysyłali do siebie kartek pocztowych. Kupiliśmy tylko trochę pamiątek i się spakowaliśmy. Przekonaliśmy się w międzyczasie też, żeby nie pytać o nic i nic nie kupować od kobiet miejscowego ludu Czarnych Hmongów,

[M] Moja subiektywna ocena jest taka, że wyglądają One jak by spały w kurniku 🙂

które zaczepiają turystów słowami „kisimi ken aj helf ju” albo po prostu „szoping” 😛 skończyło się to tym, że około 8 kobiet otoczyło nas i usilnie próbowało nam sprzedać cokolwiek, nie ważne, że na Marcina żadne z ich tradycyjnych strojów rozmiarowo nie pasowały ale były przekonane że za małe spodnie lub bardzo przyciasną bluzę kupi 😛 potem nie odstępowały nas na krok i wszędzie za nami chodziły 😛 musieliśmy uciec do Hotelu i dopiero po jakimś czasie wyjść ponownie.

Z tak pięknym rejonem górskim ciężko było się nam pożegnać. Do miejsca skąd odjeżdżają autobusy na skuterku zawiózł nas Akon i się z nami pożegnał. Jego Hotel Mimosa oraz usługi zaprzyjaźnionego z nim przewodnika Hă z przyjemnością możemy polecić.  Kierowcy autobusu przedstawiliśmy bilety, które dostaliśmy w cenie 20USD w Hotelu i po zdjęciu butów mogliśmy wejść do autobusu 🙂 zamiast siedzeń były tam 3 rzędy po 2 piętra leżanek 🙂 przeżycie ciekawe i niezapomniane 🙂 nawet dało się zasnąć 🙂 Po powrocie do Hanoi oczywiście wróciliśmy do naszego poprzedniego Hostelu bo na ostatnią noc nie było sensu szukać czegoś nowego. Właściciel zamówił dla nas taksówkę na rano chociaż jeśli chodzi o godzinę to jednak do końca nas nie zrozumiał bo rano był trochę zdziwiony a i taksówka przyjechała troszeczkę później. Ten ostatni dzień w Hanoi poświęciliśmy oczywiście na szukanie flagi i kupowanie pamiątek. Z flagą oczywiście wróciliśmy ale jeśli chodzi o koszulkę w wietnamskich barwach narodowych z żółtą gwiazdą, jaką kupił dodatkowo dla siebie Marcin w rozmiarze XXL to dostał ją w prezencie Tomek 🙂 nosi rozmiar L a koszulka była na niego idealna 🙂

[M] Zakupy były w tym dniu bomba 😛 wszystko kupiliśmy od jednej sympatycznej Wietnamki w ciąży, zaskarbiła sobie u nas bardzo wielki szacunek tym, iż przez połowę ich „galerii handlowej” biegła za nami bo zapomnieliśmy podstawek pod szklanki, dlatego tez olaliśmy dalsza wędrówkę po tym przybytku i kupiliśmy wszystko u niej, a mój bucometr się wyłączył zupełnie bo musiałby opaść do -100 😛 Podróż na lotnisko taksówką też była fajna prowadził młody Wietnamczyk i wreszcie słuchał normalnej muzyki bo mieliśmy już dość koreańskich girls i boys bandów 😛

w Hostelu na ostatnią noc trafił się nam inny pokój, niestety bez gekonów ale za to z mrówkami 😛 Jeśli chodzi o straty z tej podróży to jeszcze trzeba do nich dopisać telefon komórkowy, który został  w pokoju Hostelu w Hanoi a po powrocie z Sapa dowiedzieliśmy się od właściciela, że nikt mu go nie przekazywał. Pogodziliśmy się z jego stratą i 1 września 2013r wróciliśmy do domu oczywiście zaliczając po drodze lotnisko w Finlandii. Z Krakowa odebrali nas Asia z Tomkiem i tak skończyła się nasza podróż 🙂 Jeśli chodzi o jej podsumowanie to  Phan Xi Păng jest jak na razie najcięższym szczytem, jaki udało się nam zdobyć i chyba długo takim pozostanie 🙂 następnym razem jakbyśmy brali pod uwagę wejście na niego na pewno wybralibyśmy wariant dwu dniowej wycieczki 🙂 a może i nie bo wyzwania lubimy 🙂
Kilka dni po powrocie do Marcina mamy zadzwonił ktoś z Wietnamu 🙂 prawdopodobnie ktoś znalazł nasz telefon 🙂 wysłaliśmy mu wiadomość żeby telefon potraktował jako prezent i  podziękowaliśmy za kontakt.

[M] Kilka wyjaśnień na koniec, w Wietnamie mieliśmy spędzić miesiąc ale ze względów osobistych byliśmy tylko tydzień. Powiem tak, że w sumie nie żałujemy bo reszta wycieczek byłaby na zasadzie kupujesz wycieczkę i jedziesz z tłumem innych turystów, Wietnamczycy bardzo utrudniają podróżowanie na własną rękę, nie mówię, że jest to niemożliwe ale trzeba mieć duże samozaparcie. Do tego trzeba wziąć pod uwagę to, że w stolicach z reguły turystów dużo bardziej „skubią” niż na prowincji. Druga sprawa my lubimy góry i tylko to nas w tym kraju interesowało 🙂

Co do dołączonych filmików, chodzą bez problemu z zestawem codeków K-Lite bądź CCCP 

Polecamy :

Włóczykij.org
Bugsy’s Jazz Club w Pszczynie

Hotel Mimosa w Sapa

Wizytówka  Wizytówka

Przewodnik Hă (polecamy)

tel. 0979767389

email:  thanhHaSapa@gmail.com bądź tak jak nam napisał thanhHăSapa@gmail.com