... czyli podróże małe i duże ...

Cypr 2015

                                                        … czyli Olimp 1952 m n.p.m.                                                

Widok z Mt. Olympus 1952 m npm - Cypr

 

GPS: GPS GoogleEarth  GPS

Bilety lotnicze na Cypr kupiliśmy sobie w ramach gwiazdkowego prezentu. Z racji tego, że promocja była bardzo atrakcyjna nie oparł się jej również Grzesiek 🙂 i takim oto sposobem zyskaliśmy towarzysza podróży 🙂 Wyjazd bardzo krótki bo wylot w niedzielę rano a powrót we środę po południu ale i tak udało się nam go podzielić pomiędzy góry i morze do tego udało się nam zwiedzić opuszczony dom w ramach projektu N.U.E.T. Małym minusem był wylot z Warszawy i to, że w drogę musieliśmy ruszyć już w sobotę koło północy bo akurat przed wylotem zmieniał się czas na letni i uciekła nam gdzieś po drodze jedna godzina:P Na lotnisku nie wiem dlaczego podpadłam, i miałam bardziej szczegółową kontrolę bagażu ale żadnej bomby przy mnie nie znaleziono. Lot trwał 3h 10min a temperatura w Larnaka po wyjściu z samolotu zmusiła nas do natychmiastowej zmiany obuwia z górskiego na sandały. Kierownikiem wycieczki jak zawsze jednomyślnie okrzyknięty został Marcin 😛 Zresztą miał już gotowe Plany A, B, C i awaryjne 😛 oraz kilka wariantów zdobycia góry Olimp mimo tego, że na szczycie znajduje się radar i otoczona drutem kolczastym baza wojskowa 😛 Od samego początku wszystko szło „jak po maśle” i wg planu. Bilety na autobus Airport Express do Limasol można kupić na lotnisku a przystanek autobusowy znajduje się 15m od bocznego wyjścia. Po godzinie byliśmy już w Limassol.

   ulice Limassol ulice Limassol ulice Limassol ulice Limassol ulice Limassol

Dalej musieliśmy szukać przystanku autobusowego, z którego odjeżdżają autobusy nr 60 do 64, żeby dostać się do Saitas. Przystanków było po drodze nawet sporo ale na żadnym nie pisało co i o której pojedzie tak więc doszliśmy do samego Dworca Autobusowego niedaleko Portu. Rozkładem jazdy, który tam wisiał musieliśmy się posługiwać do samego końca wycieczki na zasadzie dodawania i odejmowania czasu przejazdu do godzin odjazdów i przyjazdów autobusów poszczególnych linii bo w pozostałych miasteczkach w tym Saitas i Trodoos podobnie jak na pomniejszych przystankach w Limassol nie było żadnych rozkładów jazdy a nawet informacji, że cokolwiek tamtędy w ogóle zamierza pojechać.

    ulice Limassol ulice Limassol ulice Limassol Port Limassol Port Limassol

Jako że była niedziela to autobusy jechały odpowiednio rzadziej, do odjazdu najbliższego mieliśmy jakieś 4 godziny. Postanowiliśmy pójść w kierunku portu bo siedzenie w pełnym słońcu na dworcu i podziwiania budynku szpitala, który zakwalifikowaliśmy już jako opuszczony nie było najlepszym pomysłem. A nawiasem mówiąc szpital ten działał i miał się dobrze co nas zdziwiło biorąc pod uwagę jego wygląd. W miarę zmniejszania się odległości pomiędzy nami a portem przybywało na ulicach turystów i kawiarenek. Z nabrzeża dobiegała całkiem przyjemna muzyka, nawet załapaliśmy się na fragment koncertu >link do koncertu< , z którego przegonił nas potem deszcz.

   Port Limassol Port Limassol Port Limassol Port Limassol ulice Limassol

   Port Limassol Port Limassol Port Limassol Port Limassol ulice Limassol

   Port Limassol Port Limassol Port Limassol Portowy kot

Mieliśmy też okazję poznać portową kocią ferajnę, która nie przez przypadek zaszyła się w pobliżu zacumowanych kutrów rybackich 😛 Rudy herszt kociej bandy zaatakował nawet niczego nie spodziewającego się Grzesia 😛 bez litości ugryzł go w rękę, kiedy ten zajął się głaskaniem kota z niższej kasty 😛 Kociaki i tak były niesamowicie przyjacielskie i łasiły się jak tylko miały okazje.

   Koty portowe Koty portowe Koty portowe Kot portowy

Koło 17tej wróciliśmy na dworzec, żeby mieć pewność, że nie przegapimy naszego autobusu. Jak sobie siedzieliśmy i wypatrywaliśmy naszego wehikułu zauważyliśmy, że kierowcami autobusów są tu głównie kobiety, Grześ z niedowierzaniem rzucił hasłem, że już trzeci z rzędu autobus przejeżdża a kierowcą znowu jest kobieta 😛

   Port Limassol Port Limassol Koty portowe Saittas

Do Saitas dojechaliśmy w 45 min autobusem „dwa w jednym”, miał na przedniej szybie oznaczenie 61, 62 🙂 Zgodnie z wyliczeniami Marcina tego dnia mieliśmy szansę dostać się tylko do Saitas i właśnie tutaj z wyprzedzeniem zarezerwował 2 noclegi w Hotelu Okella, do tego lokalizacja ta okazała się idealna, bo przystanek znajdował się obok Supermarketu Costas. Plecaki i tak mieliśmy pełne przywiezionych zapasów jedzenia ale rozejrzeć się za czymś smacznym nigdy nie zaszkodzi.

  ulica w Saittas Straż Pożarna w Saittas Nasz hotel Saittas

W Supermarkecie bez problemu można było kupić nawet kartusze z gazem i palniki do kartuszy, niestety nie przyszło mi do głowy zabranie JetBoila, zamiast tego, mieliśmy w plecaku turystyczny mini czajnik elektryczny 😛 Zapasy jedzenia uzupełniliśmy o pieczywo i miejscowe piwo Keo i ruszyliśmy w kierunku naszego hotelu.

   Market w Saittas Saittas Saittas Na szlaku w Trodoos

Zajęło nam to jakieś 20 min i to tylko dlatego, że było już pod górkę. Oczywiście po drodze wypatrzyliśmy opuszczony dom przy drodze i tamę na rzece z wodospadem. W hotelu byliśmy sami bo do sezonu turystycznego trochę czasu jeszcze zostało. Zjedliśmy tylko jakieś chińskie zupki, ostatnie kanapki zrobione na drogę i poszliśmy spać, w końcu na nogach byliśmy od poprzedniego dnia z krótką drzemką w samolocie i w samochodzie, no może z wyjątkiem Marcina, bo prowadząc na drzemkę nie mógł sobie pozwolić. O 5:30 wszystkich obudził mój telefon, bo zapomniałam wyłączyć budzenia 😛 przynajmniej mogłam przewrócić się na drugi bok ze świadomością, że nie trzeba iść do pracy. Ostatecznie wstaliśmy jakoś po ósmej bo na 9:00 mieliśmy mieć śniadanie, które wliczone było w cenę noclegu. Było smacznie 🙂 tym bardziej że do degustacji były też sery i konfitury domowej roboty 🙂 Na podstawie skomplikowanych obliczeń matematycznych Marcin ustalił, kiedy spod supermarketu powinien jechać autobus nr 64 do Trodoos bo rozkładu oczywiście żadnego tam nie było. Trasa do Troodos była już typowo górska, kierowca tym razem mężczyzna popisał się nie lada kunsztem pokonując za jednym razem większość zakrętów, w których osobówką ciężko byłoby się zmieścić, jeden zakręt był jednak na tyle wąski, że musiał go brać na dwa razy a to i tak było wyczynem. W Troodos byliśmy koło 11:00, jak wysiadaliśmy kierowca poinformował nas jeszcze, że wracał będzie do Saitas o 15:30. Po wyjściu z autobusu byłam pewna, że zmarznę a softshell to był zły pomysł. Na szczęście wystarczyło się rozruszać.

   Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos

W Górach Trodos znajdują się cztery główne szlaki – „Atalante”, biegnący przez Górę Olimp; „Persephone”, prowadzący do pięknego punktu widokowego; „Kalidonia”, prowadzący do Wodospadu Kaledońskiego i „Artemis”, zataczający okrąg wokół szczytu Chionistra (miejscowa nazwa Olimpu). Początkowo ruszyliśmy szlakiem Artemis ale zaczynając pętlę od jej końca. Ścieżka przebiegająca przez sosnowe lasy i była bardzo dobrze widoczna, Marcin cały czas kontrolował też trasę na maps.me. Po tym jak powyżej nas zobaczyliśmy drogę postanowiliśmy dojść do niej na przełaj stromym podejściem i przeskoczyć na szlak biegnący przez szczyt. Jak tylko przekraczaliśmy barierki jezdni dobiegły nas głosy francuzów szukających drogi do Trodoos, przynajmniej tyle wywnioskowaliśmy z tego, co próbowali nam powiedzieć bo z angielskim byli na bakier. Jak tam dojść mniej więcej im pokazaliśmy ale ostatecznie okazało się, że nie chodziło im o Troodos, bo szli ciągle za nami w górę drogi i w kierunku szczytu.

   Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos

   Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos

   Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos Na szlaku w Trodoos

Ostatecznie na parkingu niedaleko restauracji pod Olimpem znaleźli swój samochód i odjechali w siną dal 🙂 Powyżej parkingu przy restauracji nikt się już nie zapuszczał, utwierdzało nas to tylko w tym, że ciężko będzie dostać się w rejon bazy wojskowej na szczycie. Po prawej stronie drogi zauważyliśmy szeroką ścieżkę wiodącą w górę tak więc uznaliśmy, że będzie nam nią po drodze 😛 nie myliliśmy się, jak tylko doszliśmy do jej końca po lewej stronie z mgły wyłonił się nam wyciąg krzesełkowy i dalej ogrodzenie bazy wojskowej.

   Mount Olympus :) Mount Olympus :) Mount Olympus :) Mount Olympus :) Mount Olympus :)

W pierwszej chwili postanowiliśmy jak najszybciej dotrzeć do płotu bazy ponieważ dalej już żaden turysta nie dotrze i co będzie równoznaczne ze zdobyciem szczytu 🙂 Pod osłoną przetaczających się przez szczyt chmur dotarliśmy do samej bramy, i pomimo umieszczonej nad nią kamery nikt się nami nie zainteresował.

    Mount Olympus :) Mount Olympus :) Mount Olympus :)

Mogliśmy więc spokojnie rozejrzeć się w pobliżu bazy, zrobić kilka fotek i nawet wleźć na kanapę unieruchomionego wyciągu. To było aż za proste biorąc pod uwagę jak mało informacji na temat szczytu można znaleźć w sieci internetowej. Wyjście tam nawet nie było męczące bo w sumie w pionie nie pokonaliśmy więcej niż 300m.

   Szlak do Trodoos Szlak do Trodoos Szlak do Trodoos - Wielka sosna Szlak do Trodoos Szlak do Trodoos

Do restauracji poniżej doszliśmy tą samą drogą a za nią skręciliśmy w prawo idąc dalszą częścią szlaku. Sosny rosnące wokół były coraz większe, jedną próbowaliśmy nawet z Marcinem objąć ale brakowało nam do kółeczka jeszcze ze dwóch osób. Na jednej z tablic informacyjnych wyczytaliśmy, że mają około 500 lat, a w głębi lasu można znaleźć nawet 1000-letnie drzewa. Klucząc ścieżkami po zboczu góry dotarliśmy do początku szlaku Artemis, przeszliśmy łącznie około 9 km, tak więc nie byliśmy zbytnio zmęczeni.

    Trodoos Trodoos Gaz w markecie Łuski :) (fot. Grzegorz Więcek) Zapora w Saittas

Do odjazdu autobusu mieliśmy już mniej niż godzinę, kupiliśmy w tym czasie kilka pamiątek, pokosztowaliśmy miejscowego miodu, znaleźliśmy sowę do kolekcji i jeszcze weszliśmy na chwilę do kawiarni. Do Saitas odstawił nas ten sam kierowca, który nas tam przywiózł, czekał te kilka godzin na kurs powrotny. Wracając do hotelu skręciliśmy jeszcze w kierunku tamy i wodospadu a tam od razu podpłynęły do nas kaczki domagające się chlebusia 😛 pochłonęły kilka kromek zanim dały nam spokój i mogliśmy iść dalej w górę drogi. Grześ oczywiście co jakiś czas znikał nam gdzieś w krzakach, jak tylko zobaczył pomarańcze, mandarynki czy też cytryny gotowe do zerwania 😛 Po drodze przyjrzeliśmy się też z bliska opuszczonej hacjendzie otoczonej wiekową winoroślą ale o tym będzie osobna historia w zakładce N.U.E.T. Dla nas było to już dosyć atrakcji jak na jeden dzień więc postanowiliśmy zjeść coś ze swoich zapasów i ograniczyć się już tylko do podziwiania okolicy hotelu, Grześ natomiast ruszył na podbój okolicznych wzniesień. Obejrzał jeszcze na jednym z nich klasztor a w trawie co rusz trafiał na łuski z broni palnej.

    Zapora w Saittas przy zaporze w Saittas

Na szczęście nikt go za zwierzynę łowną nie wziął i wrócił bezpiecznie na wieczorną kawę. Nadal byliśmy jedynymi gośćmi hotelu a następnego ranka mieliśmy się już zbierać w dalszą podróż. Właściciel przybytku uznał, że śniadanie podrzuci nam do pokoju już wieczorem co i jemu i nam było na rękę.

   Saittas Saittas Saittas Grzesiu zgłodniał

Autobusów powrotnych do Limassol nie mieliśmy zbyt wiele, wstawałam z myślą o późniejszym ale w trakcie śniadania jednogłośnie zmieniliśmy zdanie i postanowiliśmy zdążyć na ten przed 10-tą. Szybkie pakowanie, wojskowym krokiem w dół a po drodze tysiące myśli o tym czego mogłam zapomnieć spakować. Na autobus zdążyliśmy bez problemu a dziewczyna, która kierowała busikiem wysadziła nas w Limassol niedaleko przystanku linii Airport Express, gdzie dosłownie w kilka minut od przyjścia wyjeżdżał autobus na lotnisko w Larnaka.

   droga z lotniska droga z lotniska droga z lotniska droga z lotniska

   Plaża McKenzie droga z lotniska droga z lotniska droga z lotniska

Jeszcze przed południem byliśmy na lotnisku a rezerwację noclegu mieliśmy w Hotelu Passianna jakieś 3km od lotniska. Zameldować i tak mogliśmy się dopiero od 14tej więc w kierunku hotelu i plaży McKenzie poszliśmy na piechotę podziwiając okolicę, zniżające się do lądowania samoloty i flamingi na jeziorach po obu stronach drogi. Ciągle mieliśmy czas więc najpierw poszliśmy na plażę.

   Plaża McKenzie Plaża McKenzie Plaża McKenzie Plaża McKenzie Plaża McKenzie

    Plaża McKenzie Plaża McKenzie Plaża McKenzie Plaża McKenzie

    Plaża McKenzie kąpu kąpu kąpu kąpu

Marcin z Grześkiem postanowili popracować nad opalenizną i od razu wskoczyli w kąpielówki a nawet weszli do morza 🙂 dla mnie było za zimno i za mokro 😛 może następnym razem dam się namówić 😛 zobaczymy. Nawet się nie obejrzeliśmy kiedy była już 14-ta i można było rozpocząć nawigowanie się do hotelu. Sądząc po sympatycznej obsłudze pewnie nie byłoby problemu żadnego z wcześniejszym zameldowaniem się. Dostaliśmy przytulny apartament na trzecim piętrze z dwoma pokojami, łazienką, aneksem kuchennym i tarasem a z niego przy kawie można było podziwiać samoloty obniżające swój lot nad plażą.

   ulice Larnaci Cerkiew św. Łazarza Piwosz :) ulice Larnaci

Na ostatni spacer wybraliśmy się w kierunku centrum, gdzie po drodze w kiosku na jednym z osiedli mieszkaniowych znaleźliśmy flagę Cypru. W centrum mogliśmy podziwiać Cerkiew Św. Łazarza i znajdującą się w niej kryptę. Według tradycji Cypryjskiego Kościoła Prawosławnego, budynek wznosi się na miejscu grobu Łazarza, człowieka wskrzeszonego przez Chrystusa, który następnie trafił na Cypr i przez wiele lat był biskupem Kition (dawna nazwa Larnaki). Historia samego budynku była burzliwa, był on przekazany Kościołowi Katolickiemu, w 1570r budynek został zamieniony na meczet, jednak już w 1589 za sumę 3 tys. tureckich srebrnych monet wykupiła go wspólnota prawosławna i ponownie urządziła w nim cerkiew.

   ulice Larnaci Cerkiew św. Łazarza Cerkiew św. Łazarza Cerkiew św. Łazarza

Później poszliśmy na bardziej już obleganą przez turystów plażę skąd ruszyliśmy w kierunku hotelu. Udało się nam nawet wysłać kartki pocztowe kupione w jednym ze sklepików z pamiątkami przy plaży:) Do Grześka przyplątał się kolejny kot i szedł z nim dość spory kawałek 🙂 I tak podziwiając kolejne zbliżające się do lądowania samoloty doszliśmy w rejon naszego Hotelu. W plecakach ciągle mieliśmy spore zapasy jedzenia, tak akurat na kolację i śniadanie przed odlotem.

   ulice Larnaci ulice Larnaci ulice Larnaci ulice Larnaci ulice Larnaci

    Komisariat ulice Larnaci ulice Larnaci Widok z dachu

    Widok z dachu Flamingi Flamingi

Nie bylibyśmy sobą jakbyśmy nie wdrapali się jeszcze na dach hotelu, żeby zrobić ostatnie zdjęcia okolicy 🙂 Pakowanie odłożyliśmy na rano a po śniadaniu ruszyliśmy w kolejny spacer znaną już sobie drogą na lotnisko. Flamingów rano na jeziorze było jeszcze więcej niż poprzedniego dnia to i droga przerywana była sesjami fotograficzno-ornitologicznymi 😛

   w drodze na lotnisko w drodze na lotnisko

W połowie drogi zatrzymał się nam jakiś mężczyzna i zaproponował podwiezienie na lotnisko 🙂 jak się dowiedział, że jesteśmy z polski to nie omieszkał pochwalić się, że kiedyś jeździł polskim Fiatem 125p. Aż żal było wracać do domu 🙂 3 godziny i 20 minut lotu a zmiana klimatu zatrważająca 😛 po drodze z Warszawy 3 razy złapał nas grad, padał śnieg z deszczem a wiatr próbował nas zmieść z drogi 😛 No cóż 🙂 pozostało nam już tylko odliczanie do następnego wyjazdu 🙂

[M] Kilka aspektów technicznych wyjazdu:

Transport:

– bilet kupiliśmy dużo wcześniej bo w grudniu, na głowę jeden bilet do Larnaki z Warszawy i powrót kosztował nas 268 zł, cena wydawała się bardzo przystępna więc polecieliśmy 🙂

– komunikacja autobusowa (kolei brak) jest dość świeża i trzeba uzbroić się w cierpliwość rozpracowując co gdzie i kiedy, najprościej mniej więcej dowiedzieć się jak długo jedzie autobus z punktu A do punktu B i na tej podstawie określać jego odjazdy pomóc może rozkład jazdy cypryjskich linii autobusowych: http://www.limassolbuses.com/index_engl.html gdzie można sobie ściągnąć w formacie pdf mapę linii plus rozkłady jazdy poszczególnych autobusów, ja sam za bagatelną sumę 5 złotych 😛 zakupiłem aplikację Cyprus By Bus pod androida i mniej więcej mogłem sobie określać czas przejazdu. Wszystko wydaje się skomplikowane ale po pewnym czasie jest proste i przyjemne do tego zawsze można zapytać miejscowych, chętnie pomogą, kierowcy również są sympatyczni i pomocni 🙂 Autobusy jeśli są w rozkładzie to przyjeżdżają i to o czasie. 🙂 Pamiętać trzeba, że w sobotę i niedzielę (szczególnie niedzielę) jeździ bardzo mało autobusów. Cena biletu linii z Limassol to 1,50 ojro niezależnie jak długo się jedzie.

Między dużymi(!) miastami takimi jak Larnaka czy Limassol jeżdżą autobusy ekspresowe linii Airport Express, ich rozkłady jazdy również są w formie pdf-u, można je ściągnąć z tej stronki:

http://limassolairportexpress.eu/ minusem jest to, iż są dość drogie 9 ojro ale jadą szybko i dość często, nawet w niedzielę. 🙂 Teoretycznie da się wydostać taniej z Larnaki ale mieliśmy mało czasu i uznaliśmy, że szkoda kombinować do tego niedziela tam jest uciążliwa komunikacyjnie.

Noclegi:

– Saitas – za pokój 3 osobowy z łazienką i śniadaniami za 2 noclegi zapłaciliśmy 90 ojro czyli po 30 na głowę, nie jest tak źle, do tego śniadanie było na wypasie, hotelik Okella bardzo polecam, spokój cisza, ładne widoki i stosunkowo blisko od przystanku autobusowego do tego blisko market co też ma duży wpływ na budżetowy wyjazd. Nocleg w Saittas jest dużo tańszy niż wyżej w Trodoos, link poniżej:

http://www.booking.com/hotel/cy/okella.pl.html

– Larnaka – za apartament zapłaciliśmy 40,5 ojro za 3 osoby więc też całkiem przyjemna cena, tylko bez śniadania, za to mieliśmy na wypasie kuchnię do dyspozycji, do tego blisko do plaży Mc Kenzie.

https://www.booking.com/hotel/cy/pasianna.pl.html

Mapy:

– polecam aplikacje maps.me pod androida (jest też na IOS`a) mapa Cypru śmiga pięknie łącznie z trasami trekingowymi wokół szczytu Olimp.