... czyli podróże małe i duże ...

Stramberk – Czechy 2018

… czyli Pozor Koćky

Stramberk

Na pomysł wyjazdu do tego czeskiego miasta naprowadził nas kolega z pracy. Blisko, tanio, dookoła górki, jaskinie i wieża … w sumie można by pojechać skoro dojazd kolejami czeskimi jest taki prosty … ale zacznijmy od aspektów technicznych:

bilety czeskich kolei:

– LeoExpress : Pszczyna – Studenka 27 zł powrót 24 zł (kupione z aplikacji LeoExpress)

– CD – Studenka – Stramberk i powrót – nie pamiętam : (kupione z aplikacji Muj Vlak)

Hotel Gong z widokiem na Stramberkską wieżę – 32 euro ze śniadaniem (bezproblemowe wcześniejsze zameldowanie)

bilety wstępu do Muzeum Tatry, wyjścia na wieżę i jakieś drobne wydatki w tym jedzenie

aplikacje na telefon:

Maps Me

Muj Vlak

Leo Express

Ruszyliśmy o godzinie 7:20 z pszczyńskiego dworca kolejowego, znanym nam już wcześniej z wyjazdu z Kasią i Piotrkiem do Pragi LeoExpressem. Po ponad godzinie jazdy dojechaliśmy do stacji Studenka, gdzie oprócz dworca dookoła nic nie ma 🙂 w sumie jakby komuś się nudziło, to może podejść do portu lotniczego w Ostrawie, bo stamtąd to rzut beretem. My czasu nie mieliśmy zbyt dużo, rapem niecałe pół godziny… i tu zaczyna się zabawa:- Gdzie jest nasz peron ? Tam gdzie spodziewaliśmy się odjazdu, to o naszym pociągu nic nie słychać, z tablicy wykombinowaliśmy, że to peron czwarty, ale perony kończą się na trzecim, więc o co tu chodzi???? 🙂

Wychodzimy na zewnątrz dworca, a tu po prawej stronie peron niespodzianka oznaczony cyfrą cztery, na peronie już stoi coś a la większy tramwaj 🙂 fajne to takie nie za duże, nie za ciche, a nazywać się to ma „motorićka”. Jazda tym jest niemęcząca, fotele wygodne w środku czysto i nawet nie za głośno. Przed godziną 10:00 jesteśmy w Stramberku, dworzec jak dworzec nic ciekawego, ruszamy na ponad kilometrową trasę do Hotelu Gong, ot idziemy ulicami małego miasteczka, nic rewelacyjnego, droga, chodnik i wszędzie jeżdżą Skody. Powoli z daleka wyłania się Stramberkskie wzgórze z charakterystyczną wieżą Truba, pogoda nam dopisuje więc i widoki są super. W hotelu zameldować możemy się dopiero o 14:00, ale uznaliśmy, iż zostawimy u nich bagaże w depozycie i wrócimy po 14. Obsługa hotelu stwierdziła, iż pokój i tak już na nas czeka, więc bez żadnych dodatkowych opłat zostaliśmy zameldowani w bardzo przytulnym pokoju z widokiem na Trubę 🙂

Szybkie rozpakowanie plus kawusia i ruszamy w teren, dodatkowo trzeba też coś zjeść i spróbować „Stramberskie Uszy”, ale o tym później. Od naszej bazy dzieli nas kawałek do Rynku, po drodze zahaczamy o sklep z suwenirami i tak wzbogaciliśmy się w magnesy i sowę 🙂 Wąskimi uliczkami docieramy do mocno pochylonego Rynku, gdzie w miejscowym browarze „Mestsky pivovar” raczymy się lokalnym piwem, zajadając się gulaszem z knedlami. Miejsce bardzo oblegane turystycznie, ale jakoś udało nam się znaleźć stolik i uraczyć się czeskimi specjałami.

Dobra teraz coś na deser hmm idziemy na Stramberkskie Uszy 🙂 może na początek co o nich mówi Wikipedia:

Sławny produkt cukierniczy z lekkiego ciasta piernikowego w kształcie rożka, pieczony w mieście Štramberk i w okolicach. Legenda mówi, że tradycja pieczenia uszu zrodziła w związku z najazdem tatarskim na okolice miasta (góra Kotouč) w 1241 roku. Mieszkańcy Štramberka ukryci na wzgórzu wypuścili wodę ze zbiornika, zatapiając obóz wroga. Podczas przeszukiwania obozu Tatarów mieszkańcy miasta mieli znaleźć worek wypełniony odciętymi uszami niewiernych, które miały być wysłane na dowód zwycięstwa tatarskiemu chanowi.

No to co ? Idziemy na uszy, padło na cukiernię „Cukrarna U Kaci”, gdzie zajadaliśmy się uszami z owocami odganiając się od os, które też chciały trochę uszczknąć z naszych specjałów. Uszy są naprawdę godne polecenia i najlepiej delektować się nimi na Stramberkskim Rynku, wygrzewając się w promieniach słońca, gdzie można m.in. wypatrzyć znaki wolnomularzy 🙂 ogólnie Czechy kojarzą mi się z zagadkami, nierozwiązanymi tajemnicami, ot taki trochę magiczny klimat 🙂

Wieżę zostawiamy sobie na wieczór, ruszamy pochodzić uliczkami delektując się widokiem drewnianych domków o konstrukcji zrębowej, wrażenie robią niesamowite, do tego na sztachetach płotów ponakładane są zdobione garnuszki, gdzieś przebiegnie kot, ot iście bajkowa atmosfera. Ruszamy w kierunku pobliskiego parku, gdzie przez przypadek zdobyliśmy górę Kotouc 495 m npm, a u jej stóp rozpościera się czynny wielki kamieniołom, ktoś usunął bramkę i można wejść na taki powiedzmy taras, aby podziwiać jego wielkość 🙂

Dalej ruszamy w kierunku jaskini Sipka, gdzie znaleziono fragment żuchwy neandertalskiego dziecka, jaskinia ogólnodostępna, z widokiem na Trubę, wiedzieli ci neandertalczycy jak się urządzić 🙂 Znajdujemy też boczną odnogę, przeciskamy się i wychodzimy w jakimś zupełnie innym miejscu 🙂 może to nie Narnia, ale też było fajnie :). Kręcimy się jeszcze trochę wdrapując się na skałki 🙂 i szukając drugiej oznaczonej na Maps Me jaskini, finalnie jej jednak nie znajdujemy. Czas leci bardzo szybko, więc ruszamy w kierunku wieży.

Z Rynku prowadzą schody na dziedziniec, skąd możemy podziwiać widoki okolicy z dziwnym metalowym czymś, przypominającym Terminatora. Pod samą wieżą znajduje się schronisko turystyczne (dla mnie bardziej to restauracja), a w jego piwnicach wejście do głębokiej na 60 metrów jaskini Slamova Sluj, akurat tam nie udało nam się dotrzeć, ale ruszamy w kierunku wieży, może trochę o niej samej z Wikipedii:

Trúba – walcowata wieża, najważniejsza pozostałość zamku Štramberk (Strahlenberg), zlokalizowana na wzgórzu Zámecký vrch, na północny zachód od rynku w Štramberku. Wysokość budowli wynosi 40 m, a średnica – 10 m. Położona na wysokości 508 m n.p.m.

Zamek powstał w końcu XIII wieku. W 1783 część nieużywanego już obiektu zawaliła się, a pozostałe fragmenty, z wyjątkiem wieży, rozebrano. W latach 1901-1903 wieżę przystosowano do potrzeb rozwijającej się turystyki i udostępniono jako punkt widokowy. Przebudowy i adaptacji dokonał architekt Kamil Hilbert (m.in. dobudowano galerię i schody). W części parterowej tablica pamiątkowa ku czci Adolfa Hrstky – działacza turystycznego, z którego inicjatywy dokonano remontu wieży w 1903. Obecnie wieża jest własnością miejską.

No cóż, wieża wygląda imponująco ale nie udało się nam jej zdobyć, ano było już za późno i biletów nie można już było kupić, zmartwieni ruszyliśmy na pobliski szczyt Bila Hora, po drodze podziwiając zachód słońca. Na samym szczycie znajduje się wieża obserwacyjna, którą postanowiliśmy odwiedzić w następnym dniu. Po ciemku ruszamy szlakiem przez widziany za dnia mniejszy i już nieczynny kamieniołom, bez niespodzianek … no może po drodze, mieliśmy ubaw z bawiących się Czechów na jakiejś miejscowej domówce, gdzie jeden co chwile wykrzykiwał „jabadabaduuuuuu” niosące się po okolicy 🙂 Tak dotarliśmy do naszego hotelu 🙂 z pokoju podziwialiśmy oświetlone miasteczko wraz z Trubą, toaleta i idziemy spać bo drugi dzień zapowiadał się bardzo ciekawie, w planie muzeum Tatry (nie, nie tego piwa tylko fabryki samochodów).

Ranek zaczęliśmy od bardzo dobrego śniadania, czego tam nie było 🙂 tak najedzeni poszliśmy się wymeldować, zostawiając nasze plecaki w hotelowym depozycie, gdzie pilnowały bankomatu, a raczej jego zaplecza 🙂 Ruszamy szlakiem od hotelu przez kamieniołom, który odwiedziliśmy w nocy, tam też zajadamy się wyśmienitą czeską czekoladą Studenska, podziwiając z góry napisy ułożone z kamieni 🙂 Ruszamy dalej bo w planie Bila Hora, a na niej wieża obserwacyjna. Po drodze trafiamy na sympatycznego psiaka targającego ze sobą kilka razy większą gałąź, a idąc dalej Słoneczną Ścieżką na szczyt, trafiamy na krąg krzeseł zrobionych z pieni drzew, gdzie na każdym z nich było oznaczenie znaków zodiaku. W schowkach tych siedzisk można znaleźć karteczki z informacjami o danym znaku oraz chyba na ile pozwala mi znajomość czeskiego przeczytać horoskop swojego znaku 🙂

Ruszamy dalej by za chwile znaleźć się na szczycie Bila Hory, kupujemy bilety i wspinamy się na 43 metrową wieżę, aby z niej podziwiać okolicę. Widok z ponad drzew jest fantastyczny mimo, że pogorszyła nam się już pogoda. Na platformie wsłuchujemy się w opowieść Czecha na temat zakładów Tatra i znajdującej się tam kiedyś jednostki wojskowej w której ww. odbywał służbę wojskową, to jeszcze bardziej nas utwierdziło w tym, iż ruszamy do pobliskich Koprivnic.

Trasą wyznaczoną w Maps Me ruszamy do Koprivnic a dokładnie do znajdującego się tam Muzeum Techniki poświęconego marce samochodów Tatra, czego tam nie było. Od naprawdę bardzo starych pierwszych produkowanych modeli, skończywszy na rajdowym monstrum :), trafiłem nawet na Tatrę, która brała udział w Rajdzie Paryż – Dakar co ciekawe w dzieciństwie ten samochód pamiętam z okładki Młodego Technika, po prostu czad. Mogłem podotykać, zajrzeć do kabiny oj uciechy miałem co niemiara. Znaleźć też możemy samochód Ochotniczej Straży Pożarnej z Cieszyna 🙂 i tak uciekły nam dwie godziny z małym hakiem, samo muzeum posiada naprawdę imponującą kolekcję pojazdów, ot miejsce które trzeba odwiedzić.

Tak przy okazji odwiedziliśmy też, przygotowaną ekspozycję poświęconą urodzonemu w Koprivnicy Emilowi Zatopek, czeskiemu biegaczowi, długodystansowcowi , czterokrotnemu złotemu medaliście olimpijskiemu, by też18-krotnym rekordzistą świata, trzykrotnym mistrzem Europy, wielokrotnym mistrzem Czechosłowacji. Uważany był za jednego z najlepszych lekkoatletów wszech czasów. Trochę zgłodnieliśmy i w pobliskiej restauracji raczymy się czeskimi specjałami, oczywiście w towarzystwie os 🙂 Najedzeni ruszamy w kierunku Truby, aby tym razem znaleźć się na jej szczycie, trasa mija nam szybko po drodze musimy uważać na „Koćky” o czym informuje nas wywieszka na bramie mijanego domu „Pozor Koćky” 🙂

Tym razem bez problemu kupujemy bilet, ale już wejść przez bramki się nie da, bo nasz bilet nie chce z nami współpracować, szybka pomoc obsługi rozwiązuje ten problem i ruszamy krętymi schodami na szczyt. Po drodze zerkamy w dół, gdzie możemy zauważyć kościotrupa, który leżąc na dole wieży przygląda się nam radośnie, zachęcając do skoku i przyłączenia się do jego towarzystwa 🙂 Z zaproszenia nie korzystamy 🙂 Widok z wieży jest imponujący, szkoda tylko, że pogoda jest ciut gorsza niż dzień wcześniej, ale nie można mieć wszystkiego naraz 🙂 Delektujemy się widokami, czas szybko płynie i powoli musimy już wracać po nasze bagaże, aby ruszyć w kierunku dworca kolejowego.

Tak też robimy, zabieramy naszych strażników bankomatu 🙂 i ruszamy do restauracji niedaleko dworca na obiadek przed wyjazdem, czyli hranolky i syr plus oczywiście dobre czeskie piwko 🙂 Tak najedzeni ruszamy na dworzec aby za chwilę znaleźć się w „motorićce” i pomknąć w kierunku Studenky, tam dowiadujemy się, iż nasz pociąg jest dość mocno opóźniony, więc lądujemy w pobliskiej gospodzie, gdzie raczymy się ponownie piwkiem wydając ostatnie już korony. Pociąg przyjeżdża wsiadamy i w ciągu godzinki jesteśmy z powrotem w Pszczynie 🙂 Sumując, można naprawdę fajnie spędzić weekend i to za bardzo rozsądne pieniądze u naszych południowych sąsiadów. 🙂