... czyli podróże małe i duże ...

Mont Blanc 2011

                                               … czyli double vision : )

Alpy

Mont Blanc chodził nam po głowie już dawno. 2011r miał być rokiem realizacji tego misternego planu. No ale do takiego wypadu trzeba się najpierw przygotować. Przygotowanie stanowił Kurs Zimowej Turystyki Wysokogórskiej w styczniu 2011r a jego opis to już osobna zakładka. Następnym etapem realizacji planu było znalezienie przewodnika, z którym moglibyśmy nasz cel osiągnąć. Wybór padł na Tomka Kobielskiego i organizowane przez niego wyjazdy. Po spotkaniu wiedzieliśmy już jak będzie wyglądało zdobywanie szczytu w jego towarzystwie. Wiedzieliśmy, że na szczyt pójdziemy na ciężko z namiotem i od początku trasy na piechotę bez ułatwień w postaci wyciągu czy kolejki. Tak więc zaczęliśmy kompletowanie sprzętu, zaopatrzyliśmy się w namiot wyprawowy Marabut Komodo Plus XL i oczywiście w cieplejsze puchowe śpiwory z Małacha :P. Niestety tak się poukładało, że w planowanym terminie Tomek brał udział w Himalajskich podbojach a naszą skromną grupę przekazał swojemu towarzyszowi i przyjacielowi Marcinowi. Tu zmienił się trochę plan zdobycia góry, ponieważ Marcin preferował raczej wejście na lekko.

  Uliczki Chamonix Pole namiotowe (Chamonix)

Nasza grupa miała liczyć cztery osoby, mnie, Marcina, Arka i przewodnika tj. Marcina drugiego . Z Arkiem dogadaliśmy się już na spotkaniu organizacyjnym i razem z nim ruszyliśmy do Chamonix jego samochodem po tym, jak Marcin przewodnik dał nam znać, że sprowadza już wcześniejszą grupę i możemy wkrótce ruszać. Przejazd zajął nam mniej więcej 12 godzin. 26.06.2011r na miejscu w Chamonix znaleźliśmy pole namiotowe, które wskazał nam Marcin i się tam rozbiliśmy. W dniu, w którym przyjechaliśmy do Chamonix poprzednia grupa już je opuszczała. Pierwszego wieczoru wybraliśmy się oczywiście na małą wycieczkę poznawczą.

 

[M] Kilka słów o Chamonix: ano spodziewałem się miasta trzy razy gorszego od Zakopanego – czyli Krupówek, białych misi, natrętnych górali, chamskiej komercji i tu „zonk” na starcie wjeżdżając nie zauważyłem kiczowatych reklam noclegów czy innych ośrodków narciarskich, wręcz nie zauważyłem nawet reklam (dziwne), na polu namiotowym nikt nas nie chciał naciągnąć na cokolwiek, można było się wykąpać, załadować telefon, dopytać….. szok, samo miasto jakieś takie przytulne brak podstarzałych „lovelasów” z „dżaksowanymi” turbo lolitami w białych kozaczkach, nie ma pijanych górali z bryczkami, kurde jakoś tak normalnie.

  Widok z Iglicy Aquille du Midi Widok z Iglicy

 

Na drugi dzień 27.06.2011r postanowiliśmy w ramach aklimatyzacji wybrać kolejką się na Aquille du Midi (3842 m n.p.m.). Spodziewaliśmy się długiej kolejki do kasy biletowej sądząc po tym jak w Zakopanym wygląda wyjazd kolejką na Kasprowy a tu jednak miłe zaskoczenie. Kolejka, mimo iż krótka nie była, została bardzo sprawnie obsłużona przez kasjerkę.

[M] Nie kasjerkę a kasjerki 🙂 bo z tego co pamiętam było ich pięć, nas akurat obsłużyła bardzo miła Azjatka. Zaskoczenie też dla mnie było to, iż parking pod wyciągiem na Aquille du Midi jest …. free 🙂 nie do pomyślenia w Zakopanem, kolejny szok ekipa obsługująca kolejkę jest miła wesoła chętna do pomocy, a … bym zapomniał, w kolejce po bilet brak chytrych górali, którzy za drobną opłatą odstąpią miejsce z przodu 😛

 

Na sam wyjazd kolejką czekaliśmy może 20 minut a podróż nią przebiegała w dwóch etapach. Na samej górze wydawało mi się, że nogi mam z ołowiu, przez barierki widzieliśmy jak poniżej inni turyści chodzą wręcz zygzakiem 🙂 no cóż, my też pierwszy raz byliśmy na takiej wysokości i mieliśmy prawo odczuwać skutki braku tlenu. Podziwialiśmy piękne widoki dookoła i dodatkowo wjechaliśmy jeszcze windą na iglicę, coby być jeszcze wyżej 😛 Po powrocie oczywiście wspólne z przewodnikiem wyjście na lampkę wina i podziwianie pięknego zachodu słońca a na kolację wybraliśmy się na kebaby, oczywiście na polu namiotowym na turystycznej kuchence też coś pichciliśmy ale fast fooda też należało spróbować.

[M] Genialne w Chamonix jest to, że siedzi się w knajpce w centrum miasta patrzy na zachód słońca na tle Alp, do tego winko jakaś przegryzka i wcale nie jest to kosmicznie drogie, a wieczorem klimat francuskich uliczek jest niesamowity.

  Niema pociagu :( Odpoczynek na trasie na trasie

Samo podejście na Mont Blanc rozpoczęliśmy 28.06.2011r od krótkiej podróży kolejką linową, następnym etapem miał być przejazd kolejką wąskotorową do Orlego Gniazda ale niestety trasa kolejki była remontowana i zamiast przyjemnej przejażdżki czekała nas przechadzka wzdłuż torów 😛 i to w obuwiu dancingowo-wypadowym tj. w butach wysokogórskich 😛 świetnie się prezentowały przy temperaturze około 28 °C no i całkiem dobrze grzały 😛

 

[M] Taka moja sugestia dwie pary butów, albo nawet zabrać ze sobą sandały. Z Orlego Gniazda i prawie (podkreślam prawie) pod Tete Rousse da się dojść bez wysokich butów. Ja sam przeżyłem traumę w moich wysokich Scarpach .

Tak mozolnym krokiem doszliśmy do ogólnodostępnego budynku znajdującego się na wysokości około 2700m n.p.m. i tam postanowiliśmy przenocować. Ja po drodze odczuwałam już skutki zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu i przejście to było dla mnie dosyć męczące.

 

Parter budynku, gdzie znajdowało się łóżko był już zajęty przez innego turystę więc my zainstalowaliśmy się na poddaszu. Przed budynkiem udało się nam jeszcze zrobić kilka fotek i podziwiać górskie kozice. Nie zdecydowaliśmy się na podejście wyżej choćby w celu lepszej aklimatyzacji. Staraliśmy się zjeść jakiś liofilizat na kolację ale jakoś nic nam na tej wysokości nie smakowało. Noc spędziliśmy we własnych śpiworach na karimatach przy szelestach buszującej puchatej myszy.

[M] Mysz puchata roxx 🙂 wcinała ciacho na poddaszu 🙂

Rano 29.06.2011r nadal nie miałam ochoty nic zjeść ani się napić. Ruszyliśmy w stronę schroniska Tete Rousse 3150 m n.p.m. Tam wypiliśmy po coli na wzmocnienie i przezbroiliśmy się w raki i uprzęże. Dalej do schroniska Gouter 3817 m n.p.m. szliśmy już w asekuracji lotnej. Wspinaczkowo trasa nie była trudna, częściowo była ubezpieczona jak przy via ferratach, nie będę też pisała jak strasznym przeżyciem było przejście przez kuluar rolling stones.

  Obuwie sportowe Powoli do góry Powoli do góry

[M] Kilka słów o wspomnianym zespole Mick`a Jagger`a , jakoś tak wcześniej znajomi opowiadali nam niestworzone rzeczy co się tam niby dzieje, tak naprawdę jest to kawałek odkrytego terenu gdzie troll siedzący na górze może trafić Cię kamieniem – jak idziesz wcześnie rano to troll z reguły śpi do tego przechodząc szybko szansa, że Cię trafi jest dużo niższa. Sumując powiem tak: jak jesteś Kenny z South Parku to i na Tarnicy w łeb kamieniem dostaniesz. Na nas nie spadały żadne kamienie, pogoda była stabilna i staraliśmy się tylko jak najszybciej pokonać to miejsce żeby nie kusić losu. W oddali co prawda słychać było huk co pomniejszych schodzących lawin i czasem można było je dojrzeć. Po dojściu do schroniska byliśmy dosyć zmęczeni. Udało się nam zdobyć miejsca noclegowe więc byliśmy spokojni, resztę popołudnia spędziliśmy w jadalni, wychodziliśmy podziwiać widoki a wieczorem zjedliśmy bardzo smaczną kolację. Obsługa schroniska też była bardzo miła. W nocy ciężko było spać. O drugiej ogłoszona została pobudka dla osób, które chcą ruszyć w kierunku szczytu Mont Blanc. Arek uznał, że nie czuje się najlepiej i nie będzie próbował zdobyć szczytu, my zdecydowaliśmy się wyjść ale nasze zbieranie się i pakowanie na drogę przebiegało wręcz w zwolnionym tempie. Nie wiem ile zajęło nam ruszenie w trasę ale przed nami wyszło już trochę grup. 30.06.2011r w mroku nocy było widać jasne światełka, tych, którzy byli już na szlaku. Droga szła bardzo mozolnie, szliśmy krok za krokiem i co chwilę przystawaliśmy ze zmęczenia. W pewnym momencie po odpoczynku dało się już zrobić zaledwie kilka kroków do przodu. Na wysokości około 4103m n.p.m. zadecydowaliśmy o odwrocie.

[M] Bożenka jest Terminatorem, prawdę mówiąc słabym ogniwem byłem ja, jak na 3800 bolała mnie tylko głowa i dało się zauważyć spadek percepcji, to 300 metrów wyżej była już tragedia: widziałem podwójnie, każdy krok był męką, zacząłem liczyć kroki aby tylko do przodu w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, ze może się to dla mnie skończyć nie wesoło (choroba wysokościowa jest dość wredna i może mieć nawroty) uznałem, że wracam a co za tym idzie Marcin i Bożenka towarzyszyli mi do schroniska, gdzie udało mi się zasnąć i trochę pozbierać.

 

  W chmurach W chmurach Chmurki :) Jeszcze więcej chmur

My nie mamy parcia w górę, góry w tym miejscu stały i stać będą jeszcze długo więc jeśli nie w tym roku to w następnym albo i za kilka lat spróbuje się ponownie. Tym razem wysokość nas pokonała. Po woli schodziliśmy z powrotem do schroniska a w niedalekiej odległości od szlaku widzieliśmy potężne szczeliny. W schronisku musieliśmy się położyć, po krótkim odpoczynku jak widziałam przekrwione oczy Marcina to bałam się zapytać jak się czuje bo nie wiedziałam co mi odpowie. Ciężko było się nam przemóc, wstać i spakować na drogę powrotną. Przez noc padał śnieg więc szlak był pokryty świeżym puchem, schodziło się więc trochę ciężej niż wchodziło do tego cały czas mijały nas osoby idące w górę. Wystarczyło nam w sumie zejść około 300m poniżej schroniska i od razu poczuliśmy się jak nowo narodzeni.

[M] To co pisze Bożenka jakieś 200-300 m niżej, więcej tlenu i organizm dostaje kopa.

Nad nami świeciło słońce a poniżej nas znajdowała się pierzyna chmur. Widoki przy schodzeniu były niesamowite. Schodzenie szło nam naprawdę szybko ale przypłaciliśmy to późniejszymi zakwasami. Załapaliśmy się jeszcze na ostatni wagonik kolejki linowej jadący w dół 🙂 i tak dotarliśmy z powrotem na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. Skorzystaliśmy też od razu z prysznica przy tym parkingu. No cóż, komu w drogę temu deskorolka 🙂 trzeba nam było ruszyć z powrotem do domu. Podsumowując naszą pierwszą walkę z wysokością i własnymi organizmami brakło nam po prostu trochę wiedzy, na temat wysokości i objawów choroby wysokogórskiej. Ważne na wysokości jest picie dużej ilości płynów i jedzenie pomimo tego, że się nie chcę a ponadto nie pokonywanie większej wysokości niż 1000m w ciągu 24 godzin wędrówki. Podczas kolejnej próby będziemy o tym wiedzieć 🙂 mimo to wyjazd uważam za udany, urzekło nas Chamonix, przegrana walka z wysokością zmobilizowała nas do kolejnych planów zmierzenia się z nią, no i przede wszystkim miło spędziliśmy urlop.

[M] Mam zawsze respekt do gór ale tak jak wytresował mnie Mount Blanc to chyba później już żadna góra (tekst ten pisze w 2014 roku) wysokość to naprawdę bardzo duży problem i jeśli nie pokonuje się jej z głową (zaaklimatyzowanie) to skutki są opłakane – ja i tak miałem dużego fuksa, iż oprócz „double vision” nic więcej mi się nie stało.