... czyli podróże małe i duże ...

Hiszpania 2014

 

… czyli…. Malaga, tikitaki i …… Mulhacen 🙂

Mulhacen

GPS:  3D Mulhacen 3D  2D Mulhacen 2D

Flagi zawieszone już na ścianie więc czas zabrać się za pamiętniki z wakacji 😛 O to żebyśmy na czas byli na lotnisku we Wrocławiu zadbał Piotrek :):) tym razem postanowiliśmy polecieć liniami Ryanair ponieważ promocja na lot do Malagi w Hiszpanii trafiła się nam na termin naszego urlopu tj. 9-16 maja. Wylot mieliśmy o godz. 10:30. Sama odprawa poszła bardzo sprawnie a samolot wystartował szybko i bez żadnych opóźnień 🙂 a ja jak zwykle prawie cały lot przespałam.

  Lotnisko Wrocław Poszukiwania w Granadzie Pomarańczki Granada nocą

[M] Kilka słów o samolotach Ryanair`a; nie są to Airbusy, do których zdołałem się już przyzwyczaić lecz Boeningi 737-800, jest tam dużo ciaśniej i bardziej surowo za to ekipa pokładowa z Ryanair`a jest naprawdę szybka i sprawna; start przebiega szybko i nie ma kwiatków takich jak w EasyJetcie z tym, że 3:30 h to maksymalny czas, który wytrzymam w takiej konserwie (mam 193 cm wzrostu)

W Maladze byliśmy około godz. 14:00. Temperatura około 25 °C, softshelle od razu powędrowały do plecaków, niestety buty na nogach zostały górskie bo po wymianie ich na sandały nie byłoby na nie miejsca w plecakach. Na stronie internetowej lotniska dowiedzieliśmy się, że do Granady można dostać się autobusami odjeżdżającymi z dworca w centrum Malagi lub spod lotniska. Błędnie wybraliśmy autobus z lotniska odjeżdżający o godz. 16:00. Niestety okazało się, że większość miejsc została zarezerwowana przez internet i jak już przyszła nasza kolej na zakup biletu u kierowcy okazało się, że dysponuje on już tylko jednym wolnym miejscem. Dobrze, że w tym momencie podjechał autobus do centrum, udało nam się szybko dostać na dworzec autobusowy i stamtąd o godz. 17:00 bez żadnych problemów wyjechaliśmy w stronę Granady.

[M] Strona lotniska w Maladze rozwiewa wszelkie wątpliwości transportowe, naprawdę polecam bo czasy odjazdów autobusów i pociągów są dokładne i nie ma tam żadnej niespodzianki http://www.malagaairport.eu/ Wychodząc z lotniska w kierunku przystanku autobusowego znajduje się okienko informacji turystycznej, gdzie można dowiedzieć się co i jak, również w języku angielskim z tym, że musimy czasem liczyć się, iż Hiszpanie mogą mówić słabiej w języku Shakespeare ale to naród niesamowicie życzliwy i pomocny dlatego wszelkie wątpliwości rozwiązują się bez problemu 🙂

Podróż zajęła jakieś 2h45min. Pokój w Hostelu Arroyo w Granadzie mieliśmy zarezerwowany przez Booking.com i bez problemu do niego dotarliśmy przy użyciu nawigacji w telefonie. Pokój znajdował się na samej górze więc wchodzenie było trochę męczące ale widoki z tarasu, przez który przechodziło się idąc do pokoju, rekompensowały wszystko.

[M] Ja jako „techniczny” wyprawy żeby ułatwić sobie życie wykorzystywałem elektronikę jaką z sobą miałem a transmisja danych w roamingu w UE jest naprawdę tania, link z booking.com do google maps prowadzi za rękę do hotelu i naprawdę szkoda czasu na błądzenie i pytanie etc.

Pokój malutki ale przytulny ze wspólną łazienką na zewnątrz 🙂 na szczęście oprócz nas były w tej części pensjonatu jeszcze tylko 2 osoby, więc nie było kolejek do łazienki 😛 Od razu ruszyliśmy pozwiedzać trochę okolicę, zaopatrzyć się w mapę Sierra Nevada, zrobić kilka fotek i coś zjeść 🙂 chcieliśmy spróbować kuchni hiszpańskiej a ostatecznie wylądowaliśmy w chińskiej restauracyjce, która serwowała wszelkie potrawy w porcjach nie do przejedzenia 🙂

[M] Nauczeni doświadczeniem z innych krajów trochę baliśmy się wielkości porcji i rodzaju posiłku a nazwy hiszpańskie nic nam nie mówiły – no to chińczyk i znowu bomba 🙂 micha na cztery osoby 😛 Wrócę jeszcze do pokoju ano w rezerwacji miała być klimatyzacja owszem była ale nie działała.

Rano 10 maja mieliśmy wykupiony bilet na autobus do Trevélez na godz. 10:00 ale niestety przed wyjazdem musieliśmy kupić kartusz z gazem a o 10:00 dopiero otwierany był sklep InterSport, który udało się nam rano znaleźć. Gaz kupiliśmy dopiero po 10:00 i musieliśmy kupić nowe bilety na autobus. Po 3h10min byliśmy już w Trevélez.

[M] Dodać należy, iż trasa pnie się serpentynami w górę i osoby z lękiem przestrzeni lepiej niech nie siedzą przy oknie, gdyż często się zdarza, że po drugiej stronie drogi jest przepaść.

Trafiliśmy na siestę i zamknięte sklepy. Jako, że trzeba było zrobić jakieś zapasy na drogę postanowiliśmy pójść zjeść wreszcie coś typowo hiszpańskiego i poczekać do otwarcia sklepów. W przytulnej restauracyjce Mesón del Jamón zamówiliśmy plato alpujarreño składający się ze smażonych ziemniaczków, papryki, miejscowych kiełbas, przepysznej szynki La Alpujarra i jajka sadzonego a do tego sok pomarańczowy i później kawę. Po takim posiłku doprawionym przepięknymi widokami z tarasu

  Nasza restauracja w Trevelez Kino drogi :) Mećka Niezbyt udany pomysł

byliśmy gotowi na kilkudniową nawet wędrówkę. Miejscowe sklepiki w międzyczasie znowu zaczęły tętnić życiem, udało się nam zdobyć zapas wody a w miejscowej piekarni bagietkę 🙂 Klucząc wąskimi uliczkami natrafiliśmy na właściwy szlak i ruszyliśmy w górę około godz. 17:00. Do szczytu Mulhacén mieliśmy jakieś 7h drogi a do Laguna Hondera 5h. Niestety czasy opisane na mapach i drogowskazach to rzecz względna 😛 Powoli szliśmy pod górę robiąc po drodze mnóstwo zdjęć 🙂 natrafiliśmy na punkt widokowy z opisaną panoramą i dzięki temu wiedzieliśmy jakie szczyty mamy przed sobą.

[M] Trzeba wspomnieć o licznej zwierzynie hodowlanej – patrz krowy i byk, który przyglądał się nam z oddali, do tego koniki i kozy, początek trasy wiedzie przez ogrodzone pola uprawne i pastwiska.

Z powodu upału część wody wypiliśmy po drodze więc puste butelki uzupełniliśmy wodą z miejscowego strumyka, w którym zanurzyliśmy później zmęczone już trochę stopy 🙂 po 3 godzinach drogi i tak zatrzymały nas zbierające się czarne chmury 🙂 postanowiliśmy czym prędzej rozbić namiot bo spodziewaliśmy się deszczu w każdej chwili. W oddali na pewno padało ale nas na szczęście burza ominęła 🙂 Niestety nowy namiot zakupiony w sklepie Lidl okazał się dużo mniejszy od wcześniej używanego. Na mniejszy zdecydowaliśmy się z powodu limitu wagowego bagażu rejestrowego ograniczonego do 15kg. Po wrzuceniu do namiociku plecaków i mat samopompujących na nas nie zostało już wiele miejsca :p Jako, że nadal nie padało spokojnie ugotowaliśmy i zjedliśmy sobie zupki a na przystawkę zjedliśmy wędzoną kiełbasę kupioną w Granadzie w supermarkecie Alcampo (Auchan) i część wielkiej bagietki, która w sumie starczyła nam spokojnie na 3 dni i nie straciła wiele na świeżości przez ten czas 😛 Noc niestety okazała się męką 🙂 ja miałam problem ze znalezieniem pomiędzy plecakami miejsca na nogi a już nie wiem jak pomieścił się w namiocie Marcin przy swoim wzroście 193cm 🙂 do tego szybko się okazało, że z powodu niskiej temperatury w nocy (około 5-6 °C) wewnątrz namiotu zaczęła skraplać się para wodna.

[M] Trzeba powiedzieć też klika słów o wysokościach: wioska Trevelez znajduje się na wysokości 1400 m npm i uznawana jest za najwyżej położoną wioskę w Hiszpanii. Nam po 2h z hakiem udało się wyjść na wysokość naszych Rysów czyli ok. 2500 m npm i tam postanowiliśmy biwakować. Mimo ciepłego dnia (bardzo ciepłego) noc na tej wysokości temperaturowo jest męcząca a najgorszy jest poranek, wtedy temperatura spada najbardziej, trzeba tez dodać, iż słońce wstaje późno, około 7:00 było jeszcze ciemno.

Rano przez jakieś 2h suszyliśmy śpiwory, maty i sam namiot 😛 ale przez ten czas spokojnie przygotowaliśmy sobie śniadanko i kawę. Około 9:00 mijali nas pierwsi turyści idący do Laguna Hondera. Może około 10:00 też ruszyliśmy się z kryjówki wynalezionej pomiędzy sosenkami na wypłaszczeniu przed La Campinuela. Podeszliśmy może jakieś 300m do góry, gdzie zatrzymali się na odpoczynek inni turyści i tam naszym oczom ukazał się strumyczek oraz kamienny szałas, w którym spokojnie można było przetrwać noc. My nie zatrzymywaliśmy się tu bo w sumie dopiero co ruszyliśmy w trasę. Przed nami szlakiem dziarsko przemykało białe

  Śnieżny mostek Zimna woda zdrowia doda Laguna Hondera Hola !

kudłate psisko a jakiś kawałek za nim właścicielka. Prawdopodobnie było to częste miejsce jego spacerów bo psiak był pewny siebie i nie zastanawiał się czy właścicielka jest tuż za nim. W pewnym momencie poza szlakiem przemknęli przez płynący z góry potok a my nadal trzymaliśmy się szlaku. I tu upewniliśmy się, że psiak i jego właścicielka to miejscowi 🙂 tam gdzie szlak przecinał potok z powodu wezbranej wody nie mogliśmy przedostać się na drugą stronę 😛 musieliśmy nadłożyć drogi, pójść w górę potoku i tam po śnieżnym mostku go przekroczyć a potem już na przełaj przedostać się do szlaku 🙂 Powyżej zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek i minęło nas kilku turystów podążających w tym samym kierunku. Widoczną ścieżką doszliśmy w okolicę dwóch niewielkich wodospadów spływających właśnie od Laguna Hondera a potem szliśmy już na wyczucie ponieważ szlak częściowo przykryty był łachami śniegu i bez raków ciężko byłoby pójść właściwą ścieżką w górę. Zrobiliśmy małe kółeczko i dotarliśmy wreszcie do jeziorka u podnóża szczytu Mulhacén. Kobiety z pieskiem już tu nie zastaliśmy ale grupa młodzieży, która nas wyminęła również się tu zatrzymała na postój. Samowystarczalność musi tu być popularna ponieważ również i oni mieli ze sobą palnik i naczynia i tak jak my postanowili przygotować coś smacznego na świeżym powietrzu. Po nowy zapas wody potrzebny do gotowania wróciłam kawałek wcześniej, gdzie wartko płynął strumyk, miałam dzięki temu większą pewność, że ta woda nam nie zaszkodzi 🙂

[M] Woda miała posmak ziemi ale przy tej temperaturze smakowała jak diabli 😛

Zaraz po nas do Laguna Hondera dotarła jeszcze mała wycieczka na koniach. Wydaje mi się, że żeby w 5h dotrzeć tu z Trevélez trzeba mocno wyciągać nogi i szybko nimi przebierać 😛 tym bardziej, że upał nie wpływa dobrze na prędkość marszu 😛 Po dłuższym postoju i posiłku młodzież, która zatrzymała się niedaleko nas ruszyła w dół a my poszliśmy jeszcze spojrzeć w dół wodospadu a później ruszyliśmy w górę.

[M] Wymieniliśmy jeszcze informacje między sobą m.in. na temat temperatury w nocy. Później kombinowaliśmy chwilę jak wyjść na grzbiet Mulhacena, bo oznaczenia: im wyżej tym gorzej ale nie jest to tragedia to nie trasa na Phan Xi Pang w Wietnamie, bez problemu da się zorientować w terenie.

Do szczytu zgodnie z rozpiskami szlaków powinniśmy mieć 2h ale wydaje mi się, że szliśmy jeszcze jakieś 3 godziny. Najpierw stromo pod górkę a potem powoli kamienistą granią na szczyt mijając po drodze kilka przewyższeń. Już na szczycie Mulhacén 3482m npm (wysokość wg mapy Sierra Nevada zakupionej w Granadzie)

[M] Mapa jest hiszpańska, góra jest hiszpańska więc trzymajmy się wysokości autochtonów a nie jakiś pierdół z Wikipedii 😛

wdrapaliśmy się na platformę z niewielkim słupem by ogarnąć przepiękne widoki i całą przestrzeń wokół 🙂 Jeszcze tylko telefon do domu, że udało się nam wejść na szczyt i trochę leniuchowania na platformie z nogami spuszczonymi w przepaść 🙂 Z zaciekawieniem przyglądała się temu wszystkiemu górska kozica 🙂 Pierwotnie myśleliśmy, żeby spać w kamiennym szałasie tuż pod szczytem ale okazało się, że nie miał on już dachu a wewnątrz było sporo śniegu. Chcąc

  Mulhacen ! Na szczycie Schronisko samoobsługowe Na zewnątrz

nie chcąc, żeby uniknąć spania w naszym lekkim, małym i deszczowym namiocie musieliśmy zejść do bezobsługowego schroniska Refugio Vivac La Caldera na wysokości 3065m npm. Zejście w dół w kierunku schroniska i jeziorek było dosyć strome do tego kończyło się dużą śnieżną łatą mokrego śniegu. Tu już każde z nas znalazło sobie swoją drogę przez śnieg i błoto ale ostatecznie zeszliśmy do drogi wiodącej pomiędzy jeziorkami do niewielkiego schroniska. Wiedzieliśmy, że jest ono bezobsługowe i może pomieścić około 20 osób ale i tak byliśmy pod jego wrażeniem. Wewnątrz znajdowały się 2 drewniane podesty ułożone piętrowo, z drabiną na wyższy poziom, duży stół z ławami wokół i jedna długa ława wzdłuż drugiej ściany schroniska. Ogarnęłam trochę miejsce na składowanie śmieci ponieważ w schronisku znajdują się też zmiatki i łopatki aby miejsce zostawić uporządkowane. Na stole na turystów, którym zabrakło prowiantu ktoś zostawił hermetycznie zapakowane ciastka, herbatniki, babeczki, kubeczki i sztućce jednorazowe, była też szmatka aby przetrzeć po sobie stolik i świece na podstawce, zapalniczka już niestety nie działała, ponadto w schowku pod ławą zostawionych było kilka kartuszy z gazem, gdyby ktoś potrzebował. Do tego schronisko miało otwierane okno i podwójnie otwierane drzwi. Kilka metrów od niego było niewielkie jeziorko ale na szczęście mieliśmy jeszcze wodę więc nie musieliśmy z niego korzystać 🙂 Przy stoliku zrobiliśmy sobie kawę, zjedliśmy kiełbaski chorizo (zapas zrobiony jeszcze w Alcampo) z bagietką i zabraliśmy się do segregacji i układania zdjęć na laptopie. Malutki laptop mimo tego, że były to dodatkowe gramy w bagażu bardzo się nam przydał, nie tylko do robienia na bieżąco kopii zrobionych zdjęć ale i do korzystania z internetu dostępnego w miejscowych pensjonatach i do zabicia czasu na wieczór poprzez oglądanie filmów. Na moment w schronisku towarzyszył nam jeszcze jakiś chłopak ale on tylko ugotował sobie posiłek, zjadł, zabrał plecak i czekan i ruszył w dalszą drogę.

[M] Ewentualnie odstraszył go zapach naszych skarpet :p Dodać jeszcze muszę, iż na szlaku zjadłem hiszpańską muchę ale nie był to afrodyzjak 😛

Po ekwipunku sądzę, że miał bardziej ambitne plany niż my 🙂 Mimo, że w nocy temperatura spadła poniżej 0 °C w schronisku utrzymywało się długo 20 °C i dopiero nad ranem spadło do 16 °C. Po spędzeniu wcześniejszej nocy w namiocie tu mieliśmy prawdziwe luksusy.

[M] Musze dodać, iż Bożenka ma idealny czas wychodzenia za potrzebą w nocy 🙂 była to uwaga …. godzina 0:00 😛

Rano okazało się, że koło schroniska krąży grupka 4 kozic i z zaciekawieniem nas obserwują. Trzeba było uzgodnić kolejność korzystania z jeziorka 😛 oczywiście najpierw kozice a później my 😛 w zamian za taki układ pięknie pozowały nam do zdjęć i umiliły poranek swoją obecnością. Pozostało nam się już tylko spakować, posprzątać po sobie i ruszyć w dalszą drogę szeroką ścieżką. Niestety po tej stronie zbocza było jeszcze sporo łach śniegu i w pewnym momencie jedna pojawiła się przed nami utrudniając dalszą drogę. Marcin uparcie próbował ją przejść a ja już po 3 krokach uznałam, że zejdę mocno w dół i ją ominę. Marcin w połowie drogi też tak uznał. Zeszliśmy niżej i dalszą drogę pokonywaliśmy już

  Na szlaku Alto del Chorrillo Już blisko :) Gazpacho

alternatywną ścieżką poniżej właściwej. Za jakiś czas czekało nas kolejne przebijanie się przez łachę śniegu ale już mniejszą i tu z pomocą Marcina dałam już sobie radę 🙂 W dole widać było kolejne schronisko a my weszliśmy już na właściwą ścieżkę. Po tej stronie zbocza dopiero niedaleko końca zagrodzonej głazami ścieżki spotkaliśmy pierwszą turystkę podążającą w kierunku Refugio-Vivac. Poprosiliśmy o zrobienie nam zdjęcia a później odwdzięczyliśmy się robiąc zdjęcie napotkanej dziewczyny z pięknymi widokami w tle 🙂 po dotarciu do głazów zagradzających drogę zobaczyliśmy też znak ostrzegający przed spadającymi kamieniami 🙂 to by wyjaśniało te spore głazy porozrzucane wzdłuż całej ścieżki 😛 w oddali zobaczyliśmy niewielki pagórek a na nim jakiś słupek z tabliczką 🙂 Marcin rzucił okiem na mapę i okazało się, że przed nami widać szczyt Alto del Chorrillo o wysokości 2721m npm 🙂 poszliśmy w jego kierunku spacerkiem na przełaj lekko pod górkę 😛 po 8 minutach w swojej kolekcji mieliśmy kolejny zdobyty szczyt 😛 pomiędzy głazami niedaleko szczytu wbity był jeszcze drewniany kij 🙂 okazało się, że zaznaczał on wejście do jaskini 🙂 wejście nawet w miarę szerokie ale nie sprawdzaliśmy jak głęboka jest ona wewnątrz 🙂 po równie krótkim zejściu do drogi znaleźliśmy kierunkowskaz z oznaczeniem Trevélez 3h a kawałek dalej drogowskaz z oznaczeniem Trevélez 2h 🙂 okazało się, że szliśmy 2:30 h więc prawda leżała pośrodku. Zejście od Refugio-Vivac mimo wszystko nie było tak widokowe jak trasa po drugiej stronie zbocza, do tego na całej trasie praktycznie nie było wody. Ominęliśmy ścieżkę do schroniska widzianego wcześniej z góry (3,5 km drogi) i w pełnym słońcu szliśmy dzieląc się ostatnią butelką wody ze strumyka po drugiej stronie Mulhacén’a. Na domiar złego w przypływie roztargnienia nie posmarowałam sobie kremem z filtrem 50 uszu i na jednym miałam już spory bąbel po oparzeniu słonecznym. Mimo nużącej drogi i zmęczenia nie mogło być jeszcze tak źle bo po drodze napychałam kieszenie kolorowymi kamykami znalezionymi na ścieżce 😛 Niedaleko przed Trevélez znaleźliśmy dopiero strumyk, z którego można było napić się wody i zanurzyć w nim stopy 🙂 niestety dużej ulgi to nie przyniosło. Po 30 minutach byliśmy już w Trevélez i trafiliśmy do restauracyjki, w której byliśmy już przed ruszeniem w trasę. Tym razem postanowiliśmy spróbować Gazpacho i był to strzał w dziesiątkę. Przepyszny chłodnik zaspokoił nie tylko głód ale i pragnienie do tego wypiliśmy po soku z pomarańczy i po małym piwie 🙂 wreszcie było nam chłodno i przyjemnie na zadaszonym tarasie a od właściciela restauracji dostaliśmy do tego jeszcze po kanapce z miejscową szynką 🙂 pycha 😛 Z rozpisek na internecie dotyczących naszej trasy wiedzieliśmy, że autobus do Granady odjeżdża o godz. 16:00. Przystanek znaleźliśmy bez problemu bo na tym samym wysiadaliśmy po przyjeździe ale niestety nie było na nim żadnego rozkładu jazdy. Marcin dla pewności zapytał jeszcze o godzinę przyjazdu autobusu miejscowego chłopaka i cierpliwie czekaliśmy. Sam autobus przyjechał może 2-3 min później ale ważne, że przyjechał i mieliśmy transport powrotny. W Granadzie już bez wcześniejszej rezerwacji ruszyliśmy w kierunku Hostelu Arroyo. Tym razem trafił się nam pokój z łazienką ale co do ceny to się nie dogadaliśmy bo chłopak, który tego dnia wydawał nam klucze podał inną a osoba, która była w recepcji na drugi dzień rozliczyła nas jednak drożej 🙁 ale nie ważne.

  Trevelez Kozuchy Street art Malaga, Maria Zambrano El Chorro

Najważniejszy był prysznic i zrobienie małego prania. Później poszliśmy jeszcze na spacer, spróbowaliśmy miejscowych lodów i na sam koniec postanowiliśmy zjeść coś małego. Jako, że nie chciało się nam daleko chodzić a niedaleko Hostelu była restauracja serwująca m.in. fast food (Urban coś tam) to tam się udaliśmy. Marcin uznał, że weźmiemy podwójnego hamburgera bo zwykły to mogłoby być za mało 😛 i po dłuższym oczekiwaniu na zamówienie oczy otworzyliśmy szeroko 😛 żeby ogarnąć nim te wielkie kanapki, które dostaliśmy na dużych talerzach. Marcin zmieścił może 2/3 ale ja nie zmieściłam nawet połowy mimo że trochę głodna jednak byłam 😛 W zasadzie tutaj zakończył się pierwszy etap naszej wycieczki 🙂 w góry ruszyliśmy z Granady i do Granady wróciliśmy. W naszym planie haczyk postawiliśmy przy punkcie nr 1 tj. zdobyciu szczytu Mulhacén.

[M] Jak ktoś ma ochotę to na samej górze naszej opowieści znajdują się dwa sympatyczne rysunki z „krówciami” to linki do tras z GPS`u przedstawionych w formie 3d i 2d w wersji 2d jest możliwość ściągnięcia śladu i wgrania do nawigacji.

Następnym punktem planu miało być przejście Ścieżki Króla 🙂 w plecakach przez cały ten czas nosiliśmy dodatkowo uprzęże i lonże. Sam pomysł podsunął nam kolega z pracy Tomek 🙂 a po obejrzeniu filmów z przejścia trasy na YouTube od razu wiedzieliśmy, że spróbujemy. Rano zdążyliśmy na autobus z Granady do Malagi o godz. 12:00 i po niecałych 3 godzinach naprowadzaliśmy się już na Hostel Nomadas. Ofertę oczywiście dzień wcześniej znaleźliśmy na booking.com. Hostel wybraliśmy głównie ze względu na cenę ale jego usytuowanie okazało się idealne. Był zaledwie 1,5km od dworców i jakieś 3km od portu. Do tego okazało się, że w dzielnicy, w której się znajdował mieliśmy sporo supermarketów, gdzie mogliśmy spokojnie zrobić zakupy natomiast w dzielnicy turystycznej bliżej centrum i portu o supermarket nie było już tak prosto a i ceny wszelkich produktów rosły wprost proporcjonalnie do zmniejszającej się odległości od centrum i portu 😛 W cenie pokoju mieliśmy ponadto wliczone śniadanie a pokój dostaliśmy wraz z całym wydzielonym segmentem z wejściowymi drzwiami na piętrze 🙂 Na początek postanowiliśmy wysłać kartki pocztowe do domu ale na pobliskiej poczcie czekała nas niespodzianka 😛 znaczki kupuje się w sklepach Tabacco, dobrze, że wrzuca się nadal do skrzynki pocztowej w celu wysłania 😛

[M] Tu uwaga: w dzielnicy turystycznej wciskają kit, iż znaczek do krajów europejskich kosztuje 1,3 eurasa, pani na poczcie dość wyraźnie mi zapisała, że takowy znaczek kosztuje 0,75 eurasa i za tyle sprzedał mi go sympatyczny Hiszpan w sklepie Tabacco, sztuczka polega na tym, że na znaczku nie ma ceny 🙂

Do tej pory nie korzystaliśmy z kolei hiszpańskich tak więc postanowiliśmy jeszcze przejść się tego dnia na dworzec i sprawdzić połączenie do El Chorro, gdzie czekała na nas Ścieżka Króla. Jako, że na dworcu wszystko łącznie z rozkładem jazdy pociągów i najkorzystniejszymi połączeniami okazało się być dokładnie tak jak opisywano to na stronach internetowych dotyczących tej wycieczki, od razu zakupiliśmy bilety na następny dzień. Wyjazd planowaliśmy na godzinę 10:05 a powrót z El Chorro na godzinę 18:03 Do dworca mieliśmy blisko a śniadanie w hostelu ustalone na godz. 8:00 więc wszystko było idealnie. Rano w aneksie kuchennym czekały na nas filiżanki jednak chłopak, który rano nas przywitał nie znał zbytnio angielskiego 🙂 a w zasadzie to wcale nie znał 😛 na migi pokazał nam coś co jak sądziliśmy oznacza, iż jedzenie jeszcze jest przygotowywane 😛 jednakże jego gestykulacja jak się okazało oznaczała, iż mamy sobie sami przygotować śniadanie 😛 wyjaśniły nam to dopiero włoszki, które również nie doczekały się śniadania i wreszcie dogadały się z chłopakiem o co chodzi 😛 i tak było sympatycznie i smacznie 🙂 po wszamaniu płatków, kanapek i tostów oraz wypiciu kawy i soku pomarańczowego wzięliśmy plecaki z uprzężami i lonżami i ruszyliśmy w stronę dworca 🙂 Po okazaniu biletu bez problemu weszliśmy na perony, jednakże wcześniej dokładnie prześwietlono cały nasz bagaż 😛 Wiedzieliśmy, że mamy wysiąść na 4 stacji ale okazało się, że pociąg zatrzymuje się jeszcze na dwóch pośrednich stacjach. Każda stacja i tak wyświetlona była na monitorze jeszcze przed zatrzymaniem się pociągu i powtórzona przynajmniej 2 razy przez miły damski głos dobiegający z głośników więc z wysiadką nie było problemu 🙂 do tego przed właściwą stacją do drzwi ruszyła grupa młodzieży z plecakami, z których radośnie zwisały sobie buty do wspinaczki, kaski, ekspresy i karabinki 😛 nie sposób było nie zorientować się, że El Chorro niedaleko.

[M] Jazda pociągiem upłynęła w wesołej atmosferze, bo wraz z Bożenką zinterpretowaliśmy napisy po Hiszpańsku, iż pociągiem można przewozić zwierzęta ważące tylko 20 kg 🙂 a te lżejsze muszą być dociążone. Całą drogę snuliśmy wizje yorka ważącego 2 kg z kamizelką ważącą 18 kg 😛

  Widok na Ścieżkę Króla Między tunelami Widok na El Chorro Domki letniskowe :) Ścieżka Króla

Wysiedliśmy na bardzo klimatycznym dworcu kolejowym a dziewczyny, które zdążyły wysiąść przed nami wrzeszczały radośnie na widok wielkich ścian skalnych widocznych przed nami 🙂 Z lenistwa uznaliśmy, że pójście za tą grupą będzie dobrym pomysłem, jednak nie mieliśmy pewności czy wybierają się od razu pod ścianę czy najpierw gdzieś się wypakować 🙂 Najpierw szliśmy pomiędzy zabudowaniami i obok nieczynnego sklepiku, następnie obok lokalu prowadzonego przez dwóch zabawnych rastafarian a w pewnym momencie, gdy drogi się rozeszły i jedna szła w dół a druga w górę, my poszliśmy górą a grupa przed nami w dół, gdzie widoczny był Camping. Do końca nie byliśmy pewni naszego wyboru ale znaleźliśmy sobie niewielki opuszczony domek, na kamiennym płotku, którego przebraliśmy sandały na obuwie bardziej odpowiednie. Podeszliśmy jeszcze później ścieżką na wzniesienie i wtedy Marcin zauważył, że jednak powinniśmy byli pójść dołem. No cóż 😛 czasu i tak mieliśmy dużo, bo do El Chorro dojechaliśmy około 10:45. Droga w dół szła najpierw obok Campingu, później niedaleko linii kolejowej by wreszcie przejść w ścieżkę. Ścieżką przeszliśmy obok domków letniskowych wykutych w skale i zeszliśmy do Kościółka niedaleko rzeki. Już wtedy Marcin zauważył, że z góry schodzą wręcz wycieczki i to dzieciaków. Hmmmm….. czy na pewno wybraliśmy drogę pod właściwą trasę ?:P Pozostało mieć nadzieję, że tak 😛 W końcu przed El Caminito Del Rey znajduje się punkt widokowy, więc może chodzą tam wycieczki szkolne 🙂 Podeszliśmy w górę drogi i zastanawialiśmy się, w którym miejscu jest wejście na szlak, którym zejdzie wycieczka bo już widzieliśmy, że na drodze wiodącej w kierunku wysokiego i pięknego mostu kolejowego rozwieszony jest łańcuszek z zakazem wstępu. A jednak wycieczka zeszła do drogi, przed którą jest zakaz wstępu. Marcin jeszcze kontrolnie zapytał nauczyciela czy ta droga prowadzi pod Ścieżkę Króla i okazało się, że tak 🙂 jednak mężczyzna dodał szybko, że jest ona zamknięta 🙁 co nas nie pocieszyło. Pomknęliśmy zamkniętą drogą w górę ale w pewnym momencie drogą z góry pomykała sobie radośnie mała koparko-ładowarka 🙁 zachowawczo się wycofaliśmy ale okazało się, że pracownik w ogóle się nami nie przejął i jeszcze krzyknął do nas „Hola” więc grzecznie odpowiedzieliśmy „Hola” i jak przejechał znowu ruszyliśmy w górę. Doszliśmy do miejsca z drewnianymi barierkami z widokiem na ścianę skalną i samą trasę 🙂 przy barierce było jeszcze starsze małżeństwo z lornetką. Na Ścieżce Króla widzieliśmy sporo osób ale podejrzanie wszystkie były w kaskach 🙂 Marcin w rozmowie ze spotkanym mężczyzną z lornetką i jego żoną ustalił, że są to jednak pracownicy, a część platformy wyraźnie wyróżniająca się kolorem żółtym to dobudowany od mostu kolejowego podest. Małżeństwo ruszyło drogą w kierunku charakterystycznego zielonego mostu kolejowego więc my również. Niestety jak byliśmy już niedaleko mostu Pani kierowniczka budowy przeszła przed most, i zaczęła machać do nas rękami 😛 wyraźnie nie spodobała się jej nasza obecność. Mężczyzna również się wycofał ale zaczął wspinać się na przełaj na wzniesienie nad drogę 🙂 nie mieliśmy żadnych innych planów więc ruszyliśmy za nim 🙂 okazało się, że powyżej znajdował się właśnie punkt widokowy, który był celem wycieczki szkolnej 🙂 było tam kilka ławeczek, na których można było odpocząć, jak również tablica informacyjna dotycząca El Caminito Del Rey. Mieliśmy bardzo dużo czasu na podziwianie Ścieżki Króla ale i tak trzeba było ruszyć w dół. Schodząc mieliśmy okazję zobaczyć pociąg wyłaniający się z tunelu kolejowego i zaraz potem znikający w następnym. Później zeszliśmy sobie na chwilę do rzeki bo błotnistym brzegu 🙂 ja oczywiście w ubłoconych butach ześlizgnęłam się później ze stromej ścieżki w pobliżu domków w skałach. Ciągle mieliśmy jednak dużo czasu do 18-tej. Wypiliśmy po małym piwie w restauracyjce przy dworcu i ruszyliśmy na spacer drogą, którą na samym początku wycieczki poszliśmy w górę przy Campingu. Myśleliśmy dojść ścieżkami pod wielką ścianę ale ostatecznie zatrzymaliśmy się gdzieś w sosnowym lasku niedaleko ściany i leniwie podziwialiśmy widoki.

[M] Miejscowe piwo mnie sponiewierało i średnio chciało mi się gdziekolwiek chodzić, miejscowy wytrąbił w tym czasie litr tego specyfiku 😛

Po błogim leniuchowaniu ponownie zeszliśmy w kierunku dworca kolejowego, gdzie postanowiliśmy zjeść w restauracyjce, z której widać było Ścieżkę Króla. Dla zabicia głodu i pragnienia zamówiliśmy sobie Gazpacho i sok pomarańczowy a później podumaliśmy jeszcze

  a teraz kaktus :) ja Cię pamiętam z Maroka Plaże Malagi Alcazaba Widok na Malage Kwiatek

trochę nad pracownikami, którzy co prawda przywrócą Ścieżce dawną świetność, bezpieczeństwo jak i dodadzą trochę nowoczesności ale jednak…… mogli zacząć trochę później 🙁 spóźniliśmy się może miesiąc 🙁 no cóż…. w marcu 2015r prace remontowe powinny się zakończyć więc kto wie 🙂 może wybierzemy się znowu 🙂 Podróż powrotna minęła równie przyjemnie jak przejazd do El Chorro 🙂 W drodze do Hostelu zrobiliśmy jeszcze zakupy w supermarkecie i już chyba nigdzie się nie ruszaliśmy. Następnego dnia przed północą czekała nas już trasa na lotnisko a stamtąd rano do domu 🙁 dobraliśmy kolejną dobę pobytu żeby przed wyjazdem nie tułać się po mieście z plecakiem. Rano po śniadaniu ruszyliśmy w miasto szukać pamiątek i po 6 dniach pobytu w Hiszpanii zobaczyć plażę 😛 Flagę Hiszpanii Marcin zdobył już w Granadzie w chińskim markecie, mi udało się niedaleko dworca kolejowego na straganie zdobyć ładną figurkę sowy a później jeszcze jedną sowę-kalendarz w chińskim markecie, gdzie Marcin dostał też flagę Andaluzji. Jeśli chodzi o plażę to plaża jak plaża 🙂 piaszczysta 🙂 fale goniły Marcina 😛 a na plaży toples opalały się dziewczęta w wieku 70+ (ja nie zauważyłam ale Marcin i owszem 😛 )

[M] Trauma, stawiam na Niemki 🙂

Niestety słoneczko troszkę za bardzo nas przypiekło 🙁 ale zauważyliśmy to dopiero wracając do Hostelu. Jeszcze będąc na plaży widzieliśmy górującą nad Malagą Twierdzę Alcazaba więc postanowiliśmy przyjrzeć się jej bliżej. U podnóża twierdzy znajdował się rzymski amfiteatr a sama twierdza mogła być zwiedzana po zakupie biletu w automacie. Zwiedzając ją mogliśmy wchodzić na mury i nie musieliśmy trzymać się żadnego ustalonego kierunku zwiedzania 🙂 przy wejściu wzięliśmy folder z zaznaczonymi kolejnymi miejscami wartymi uwagi wewnątrz twierdzy i z taką mapą zwiedzaliśmy kolejne jej poziomy podziwiając przy tym widoki rozpościerające się na port i na miasto oraz niewielkie patia z niezwykłą roślinnością i fontannami. Oczywiście wystawy w twierdzy też zwiedziliśmy 🙂 W drodze powrotnej kluczyliśmy troszkę wąskimi uliczkami, żeby ominąć jak najszybciej turystyczną część miasta i wrócić na naszą stronę kanału burzowego 😛 Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze przed Katedrą Wcielenia ale wejście za cenę 5 euro nas nie interesowało, natrafiliśmy jeszcze na Teatr Cervantesa i powolnym krokiem ruszyliśmy już w kierunku kanału burzowego i mostu wiodącego do sąsiedniej dzielnicy. Zjedliśmy jeszcze w restauracji niedaleko naszego Hostelu jakieś miejscowe danie ale przezornie już wzięliśmy jedną porcję dla nas obojga i całe szczęście, bo po całej porcji nie udałoby się nam zmieścić nawet w głodnych brzuszkach 😛 następnie zrobiliśmy ostatnie zakupy w supermarkecie i zaczęliśmy się pakować. O 22:40 pożegnaliśmy się z obsługą Hostelu i ruszyliśmy na dworzec kolejowy skąd około 23:33 odjeżdża ostatni pociąg na lotnisko. Kolejny bezproblemowy zakup biletu, tym razem z automatu i ruszyliśmy na peron. Załapaliśmy się nawet na wcześniejszy pociąg bo tuż po 23-ciej. O tak dziwnej porze ruszyliśmy na lotnisko dlatego, że nasz lot zaplanowany był na godz. 6:30 dnia następnego a rano pierwsze autobusy i pociągi ruszają około godz. 5:30 co uniemożliwiłoby nam zdążenie na samolot. Na lotnisku znaleźliśmy właściwy terminal a tam już część podróżnych rozlokowała się na ziemi i smacznie spała 🙂 my również znaleźliśmy sobie miejscówkę a potem rozłożyliśmy maty samopompujące 🙂 spało się nawet całkiem wygodnie choć czasem ze snu wyrywało głośne chrapanie kogoś śpiącego nawet całkiem daleko od nas 😛 rano szybka odprawa i jeszcze zakup wina i byczka Toro Rojo na bezcłówce a potem błyskawiczna obsługa przez pracowników Ryanair. Lot jak zwykle prawie w całości przespałam. I to w zasadzie byłby koniec tej milszej części przygody 🙂 przygody udanej mimo, iż zrealizowaliśmy tylko jeden z dwóch punktów naszego ambitnego planu 🙂 niemiło zrobiło się od Wrocławia, gdzie wylądowaliśmy. Najpierw kierowca autobusu przewiózł nas do dworca PKP myśląc chyba, że wiezie worki z kartoflami a później kwitliśmy na dworcu PKP czekając na opóźniony o godzinę pociąg ze Szczecina i straciliśmy przynajmniej 2 możliwe połączenia z Katowic do Pszczyny :/ nawet nie mam nerwów żeby o tym pisać więc zostawię to Marcinowi.

[M] Piszemy o naszych wyjazdach i tak średnio chce mi się pisać o MPK we Wrocławiu czy PKP, rzadko korzystamy z tych instytucji a po Hiszpanii w Polsce czułem się jakbym wylądował w Związku Radzieckim, ku pocieszeniu ta opinia nasuwa się tylko przez pryzmat MPK i PKP.

Polecamy:

Hostel Nomadas w Maladze
Restaurację Mesón del Jamón w Trevélez
Supermarkety i Chińskie Markety w Maladze 🙂
Komunikację kolejową i autobusową w Hiszpanii 🙂

 

Mulhacen panorama

Mulhacen panorama