... czyli podróże małe i duże ...

Lourdes 2018

… czyli cyrk, wodospad i takie tam

Cirque de Gavarnie

 

Pojawiła się promocja Ryanaira na loty z Krakowa do Lourdes, hmm miasto kojarzyło nam się z pielgrzymkami i objawieniem Matki Bożej, ale po dokładnym zlustrowaniu mapy okazało się, że bardzo blisko jest stamtąd w Pireneje, a góry te zrobiły na nas bardzo pozytywne wrażenie gdy zdobywaliśmy Pic Coma Pedrosa w Andorze, więc co tam mamy ciekawego ? Ano cyrk lodowcowy, najwyższy wodospad we Francji oraz kilka trzytysięczników do zdobycia, no to jest powód aby tam pojechać, ale zacznijmy może jak zawsze od technicznych aspektów naszej małej wyprawy :

– sam lot serwowany przez Ryanair na trasie Kraków – Lourdes – Kraków kosztował nas 399,20 zł za dwa bilety, czyli niecałe 200 zł na głowę, nie jest źle jak na weekendowy wypad, do w sumie miejsca kultu religijnego i to w sezonie!

– taxi z lotniska po 8 euro na głowę, czyli 16 euro

– bilet Lourdes – Gavarnie – 2 euro, powrót za darmo, ale o tym później

nocleg w centrum Lourdes niedaleko Sanktuarium Maryjnego w Hôtel Alliance 2 x 35 euro, nocleg ze śniadaniem

– jakieś drobne kwoty na wydatki

– bilet Lourdes – lotnisko – 2 euro

– aplikacja maps.me jako główna mapa do poruszania się w rejonie Gavarnie.

Ze sobą zabraliśmy też namiot, który już testowaliśmy na wypadzie do Bergen, jedną noc zamierzaliśmy spędzić w górach, więc cały sprzęt biwakowy mieliśmy ze sobą. Początek jak to już bywa tradycyjnie przy Ryanairze mieliśmy opóźniony, a co za tym idzie żegnaj tani transporcie z lotniska do centrum :/ Za to w trakcie lotu spotkaliśmy bardzo sympatycznego nauczyciela historii, który opowiadał nam o swoich podróżach do byłych republik ZSRR, co bardzo uprzyjemniło nam lot i zainspirowało nas na kolejne wyjazdy 🙂 Wypakowanie bagaży w Lourdes, a raczej w pobliskim Tarbes, gdyż tam znajduje się lotnisko, było szybkie i sprawne. No to wychodzimy i … stoi autobus, ale nie dla psa kiełbasa 🙂 owszem transport jest, ale dla zorganizowanej wycieczki, która leciała z nami. No cóż.., no to szukamy alternatywy- są taksówki ale pewnie cena dla dwóch osób będzie zaporowa, hmm… i tak poznaliśmy sympatyczną dziewczynę Asię, plus jeszcze jedną polkę (imienia nie pamiętam), a kwota 32 euro rozbiła się na 4 osoby, a co za tym idzie 16 euro za naszą dwójkę było jak najbardziej zjadliwe.

Około godziny 22:00 byliśmy pod dworcem kolejowym w Lourdes, pożegnaliśmy się z dziewczynami ( z Asią ugadaliśmy na wspólny powrót na lotnisko w niedzielę) i ruszyliśmy za głosem maps.me do miejsca naszego noclegu. Trzeba przyznać, że Lourdes jest bardzo przyjemnym francuskim miasteczkiem, spacer późnym wieczorem był bardzo przyjemny, samo miasto leży nad rzeką Gave de Pau, a z atrakcji oprócz Sanktuarium Maryjnego, nad miastem góruje zamek Chateau fort de Lourdes, do którego nie zawędrowaliśmy ze względu na brak czasu :/ Dużo małych kafejek, wąskie uliczki, mosty, ogólnie bardzo spokojnepełne uroku miasteczko.

Zameldowanie przebiegło bezstresowo, coś na szybko do zjedzenia, kąpiel i idziemy spać bo jutro o 9:01 mamy autobus do Gavarnie.

Największą piekielnością wyjazdu do Francji jest logistyka, to nie Włochy gdzie wszędzie dojedziesz pociągiem, czy Bałkany gdzie autobus jeździ często i gęsto, we Francji bywa różnie, a językiem na stronach internetowych jest nie angielski, a francuski, do tego nie ma żadnej ikonki mówiącej o zmianie języka :/ Wykombinowanie transportu zajęło nam dużo więcej czasu niż normalnie 🙂

Z hotelu ruszamy w rejon dworca kolejowego, gdzie o 9:01 ma ruszać autobus do Gavarnie, z opisu wynika, że cena biletu to 2 euro, szybkie przeliczenie odległości 50 km i niecałe 9 zł w starej Unii – nie wierzę. Autobus podjeżdża o czasie, wsiadamy i zdziwienie dwa bilety 4 euro… a jednak 🙂 Francja roxx. Trasa bardzo urokliwa, wiedzie przez francuskie wioski, tunele, przepaści powoli wspinamy się do góry. Sama trasa do Gavarnie jest jednym z etapów wyścigu kolarskiego Tour de France, co od razu widać po znakach ostrzegających o poruszających się rowerzystach, jak i dużej ilości cyklistów trenujących w tym rejonie. W Gavarnie byliśmy o 10:30 i od razu z przystanku autobusowego ruszyliśmy do sklepu turystycznego celem zakupu butli gazowej do naszego jetboila. Wybraliśmy najmniejszą, ale sympatyczny sprzedawca zaproponował nam większą w tej samej cenie, więc połakomiliśmy się niczym nosacz sundajski na awokado i zakupiliśmy większą wersję 🙂 Zostało już tylko kupić wodę w pobliskim sklepie i ruszyć na szlak. Tak też zrobiliśmy, ale po drodze jeszcze musimy napić się kawy, usiedliśmy w pobliskiej kafejce dekorowanej w związku z mającym odbyć się meczem ćwierćfinałowym Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej pomiędzy Francją i Urugwajem, tam też spotkaliśmy sympatycznego psiaka o imieniu Mija 🙂 Pokrzepieni kawusią ruszyliśmy na szlak mijając sklepiki z pamiątkami, oraz agencje turystyczne specjalizujące się w transporcie osiołkami i konikami leniwych turystów do cyrku lodowcowego 🙂

Szlak ma trochę ponad 5 kilometrów, porównywalny do trasy nad Morskie Oko, bardzo przyjemna widokowa trasa wzdłuż rzeki Gave de Gavarnie z daleka widać cyrk lodowcowy. W ogóle co to jest cyrk lodowcowy ? Półkoliste lub owalne zagłębienie otoczone z trzech stron stromymi stokami (ścianami), a z czwartej ryglem skalnym . Powstaje powyżej granicy wiecznego śniegu w wyniku erozyjnej działalności lodowca górskiego. Dno cyrku lodowcowego może być przegłębione, nachylone, schodowe lub płaskie. Cyrk lodowcowy ma najczęściej kształt misy.

To tyle za Wikipedią, samo w sobie wygląda niesamowicie.

Dochodzimy do znajdującego się w pobliżu górskiego hotelu Hotellerie du Cirque, gdzie nie zamierzaliśmy nocować, bo ceny byłyby pewnie kosmiczne. W pobliżu jest też restauracja, gdzie można napić się i coś zjeść.

Powoli wyłania się clue programu, czyli najwyższy wodospad we Francji i jeden z najwyższych w Europie, Grande Cascade de Gavarnie mający 422 metry wysokości. Widok jest imponujący, po drodze pojawia się śnieg, ale na początek tylko jedna taka sobie łacha, dalej szlak wiedzie już bez białego szaleństwa z tym, że zaczyna robić się chłodno i mokro, opadająca woda tworzy chłodną mgiełkę. Widok jest imponujący, za głazami zostawiamy plecaki, ubieramy kurtki i ruszamy pocykać zdjęcia, zimna bryza zatyka oddech jest naprawdę kosmicznie, cali mokrzy wracamy z powrotem do pozostawionych plecaków.

Po ścianach cyrku zlewają się jeszcze inne wodospady a pod nimi rozpościera się śnieżna pustynia, wygląda to magicznie. Ruszamy po śniegu do następnego wodospadu, gdzie po drodze trafiamy na śrubę lodowcową, oj w zimie tu musi się dziać 🙂

Drugi wodospad ciut mniejszy zlewa się jak Grande Cascade również ze ścian cyrku, ale nie tworzy mikroklimatu 🙂 możemy przejść po śnieżnym moście na druga stronę utworzonej przez niego rzeki, aby odpocząć i pokrzepić się kawą. Widok jest cudowny, cieszymy oczy Grande Cascade i tak mija godzina 🙂 Powoli pojawiają się chmury, znowu straszy nas aplikacja Yr, ale dla nas pogoda nie jest straszna 🙂

W planie był też szczyt, trzytysięcznik Taillon 3144 m npm, więc dość leniuchowania ruszamy w górę, bo do naszego cyrku zaczynają pompować się chmury. Szlak pnie się ostro w górę, idziemy już w chmurach. Trochę przeraża nas, że będziemy wracać tą samą trasą, wspinaczka wygląda jak wejście na Kościelec od strony Czarnego Gąsienicowego 🙂 Po drodze trafiamy na małe wodospady zlewające się ze ścian. Przez chmury już nie widać naszego olbrzyma, ale dalej słychać niosący się po skałach szum opadającej wody. Yr-ka napawa optymizmem, bo około 19:00 ma się przejaśniać, pniemy się dalej, w pewnym momencie zaczynamy widzieć niebieskie niebo, wtedy też Bożenka robi mi epickie zdjęcie rodem z jakieś gry w stylu World of Warcraft 😛

Powoli wychodzimy poza poziom przetaczających się chmur, widok jest niesamowity w oddali widać też schronisko, które niestety jest nieczynne :/ i … masa śniegu. Nie mamy raków, więc dalsza trasa raczej nie ma sensu, góra nie ucieknie, a będzie powód żeby tu wrócić. Jesteśmy gdzieś na wysokości naszych Rysów, czyli około 2500 m npm i rozbijamy się na wypłaszczeniu, ze śladów widać, iż nie tylko my tu chcieliśmy zanocować 😛

Namiot rozbity, zaczyna się zachód słońca, a w dole może chmur zasłaniające cyrk i całą trasę do Gavarnie, widok niesamowity. Jemy kolację przy tak pięknych widokach, że aż nie chce się kłaść spać, jeszcze długo mamy otwarty namiot i podziwiamy kolory jakie rzuca zachodzące słońce na skały. W nocy wychodzimy z namiotu aby podziwiać niebo pełne gwiazd i cyrk już bez chmur – czad.

Na wschód słońca zaspaliśmy 🙂 zjadamy śniadanie, pakujemy się podziwiając Pireneje, ruszamy w dół, trasa nie jest tak przerażająca jak na początku myśleliśmy, do tego po drodze spotykamy świstaki i stada kozic górskich, ot taki bonus dla nas od przyrody 🙂 Musimy się trochę sprężać, bo autobus odjeżdża o 11:00, tempo mamy niezłe więc jesteśmy przed czasem. W miejscowym sklepiku kupujemy coś do picia i czekamy na transport racząc się jakimś sokiem.

Mija 11:00, 11:30 autobusu nie ma, no cóż mamy zapas czasu możemy czekać, jakoś tak około 11:40 pojawia się autobus i całą grupką oczekujących pakujemy się do środka, kierowca nie chce opłaty za przejazd, no cóż może skasuje nas jak będziemy wysiadać. Ruszamy, z rozmowy między francuzem a jadącymi obok nas anglikami dowiaduję się, że skoro się spóźnił, kierowca nie pobiera opłaty, średnio mi się chce w to wierzyć, ale w momencie gdy opuszczamy autobus i nikt nie chce od nas opłaty, to co mówili pasażerowie się uprawdopodabnia 🙂 4 euro na cukierasy 🙂

W Lourdes jesteśmy już grubo po południu, ruszamy coś zjeść i tu kolejne zdziwienie, można dobrze zjeść w miejscowych restauracyjkach za około 8-10 euro, szok!!!! Toż to Francja 🙂 Nakarmieni przez miejscowego restauratora (polecamy ręcznie cięte frytki), ruszamy do hotelu, aby porzucić nasze plecaki, wykąpać się, przebrać i wyruszyć w miasto.

Na początek trochę historii: Lourdes to największy we Francji i jeden z największych na świecie ośrodków kultu maryjnego i cel pielgrzymek, odwiedzany rocznie przez 6 mln osób z całego świata (w okresie od marca do października). Według nauki Kościoła rzymskokatolickiego 11 lutego 1858 roku przy jaskini Massabielle 14-letniej Bernadecie Soubirous objawiła się Matka Boża, przedstawiając się jej w miejscowym dialekcie: «Que soy era Immaculada councepciou» – «Jestem Niepokalane Poczęcie». W 1874 r. w tym miejscu ustawiono statuę Matki Bożej z Lourdes, następnie neogotycką bazylikę. Sama Bernadette Soubirous wstąpiła w 1866 roku do klasztoru Nevers, a w 1933 r. została kanonizowana. To tyle za Wikipedią. Sama bazylika robi niesamowite wrażenie, grota gdzie ukazała się Matka Boża jest za bazyliką a w całym tym rejonie czuć klimat duchowości, kwintesencją jest nabożeństwo odbywająca się w trzech językach o godzinie 21:00 w intencji chorych. Na placu przed bazyliką widać chorych wożonych przez wolontariuszy na specjalnie skonstruowanych wózkach, łopoczą flagi z każdego zakątka świata, widok i niosący się głos pieśni maryjnych tworzy specyficzny klimat.

Po tak duchowym doznaniu pokręciliśmy się jeszcze po wąskich uliczkach miasta aby finalnie udać się do hotelu, gdyż rano około 8:00 musieliśmy wyruszyć na lotnisko.

W niedzielę szybkie śniadanie i ruszamy pod dworzec kolejowy w Lourdes, aby wsiąść bez niespodzianek do lotniskowego autobusu. Na przystanku spotykamy Aśkę i w trasie wymieniamy się opowieściami o Lourdes 🙂 Lot przebiegał bez niespodzianek (dziwne Ryanair się nie spóźnił) i tak wróciliśmy do Polski z naszej przygody we Francji 🙂